niedziela, 19 kwietnia 2020

Marvin Heemeyer - bohater czy szaleniec?

Dosyć często słyszy się o lokalnych konfliktach, gdzie mieszkańcy toczą nierówne boje z urzędnikami. Zazwyczaj szczęśliwy lub smutny finał ma miejsce w sądzie bądź też kończy się rażącą niesprawiedliwością. Nic też dziwnego, że od lat dużym zainteresowaniem cieszy się sprawa Marvina Heemeyera. Ten mechanik z USA postanowił samemu wymierzyć sprawiedliwość. Czy był tylko doprowadzonym do skraju szaleńcem czy może bohaterem? 


fot. N.N 



Urodzony w 1951 roku Marvin Heemeyer z zawodu był spawaczem i mechanikiem. Zdaniem wielu był znakomitym specjalistą od tłumików. Przez lata pracował w różnych firmach, marząc jednocześnie o własnym warsztacie. Po wielu latach ostatecznie udało mu się zrealizować marzenie, gdy osiedlił się w małym miasteczku Granby w stanie Kolorado. Kupił w atrakcyjnej cenie hektar ziemi, który był i tak o wiele większy niż potrzebował. Kilka lat po otwarciu warsztatu do Marvina zgłosił się prywatny inwestor z zamiarem zakupu dużej części działki. Początkowo kwota wynosiła 250 tysięcy dolarów, jednak Marvin podniósł ją do 375 tysięcy, a następnie do miliona. Nie wiadomo, jaka była ostateczna kwota, jednak wkrótce okazało się, że był to dopiero początek kłopotów mechanika. Okazało się bowiem, że plany budowy nowej cementowni zakładały odcięcie warsztatu Marvina od drogi dojazdowej i kanalizacji. Mniej więcej od 2001 roku Marvin wchodzi w ostry spór z ratuszem. Jego wszelkie wnioski i sprawy sądowe o zbudowanie nowej drogi dojazdowej zostają odrzucone. Nie może zbudować kanalizacji, gdyż jej część ma przechodzić przez teren cementowni. Co pewien czas mechanika odwiedzają policjanci, którzy wlepiają mu kolejne dyskusyjne mandaty. Ratusz za pośrednictwem lokalnej gazety oczernia Marvina. Wszystko to ma na celu wykurzenie go z własnej posesji. Mężczyzna kupuje nawet buldożer z myślą o samodzielnej budowie drogi dojazdowej, lecz i tu natrafia na opór lokalnych władz. Marvin postanawia skapitulować. W 2003 roku sprzedaje teren warsztatu sortowni śmieci i ma 6 miesięcy na opuszczenie tego miejsca. Nikt jednak nie wie, że w jego głowie powstawał wtedy plan zemsty.

Marvin sukcesywnie na swej liście zapisuje osoby czy miejsca, które zaszły mu za skórę. Przez kilka ostatnich miesięcy w swym zamkniętym warsztacie przygotowuje się do spektakularnej akcji. Zakupiony wcześniej buldożer zamienia w czołg. Komatsu D335A zostaje poddany wielu modyfikacjom. Obudowany zostaje dwiema warstwami płyt pancernych, między którymi wylano beton. Wnętrze kabiny posiadało klimatyzację oraz system monitorów, gdyż buldożer otoczony był kamerami. Z zewnątrz pojazd został oblany olejem i smarem, przez co niemożliwym było wejście na szczyt buldożera. Ponadto mężczyzna uzbroił pojazd w kilka karabinów. Z góry Marvin umieścił niezwykle ciężki właz, który ostatecznie zespawał od środka. Nie planował zatem się poddać. 

4 czerwca 2004 roku Marvin Heemeyer rozpoczął swą zemstę. Na początek udał się do fabryki cementu, którą znacząco uszkodził. Wyruszył następnie do miasta. Na jego liście znajdował się posterunek policji, siedziba lokalnej gazety, ratusz, kilka prywatnych domów. Łącznie Marvin zniszczył 13 budynków. Lokalna policja była wręcz przerażona pojazdem Marvina. Żadne dostępne środki, w tym inne maszyny budowlane nie były w stanie zrobić krzywdy Marvinowi. Mechanik użył nawet ostrej amunicji, jednak za każdym razem specjalnie strzelał nad głowami policjantów. Na miejsce przybywa SWAT i wojsko, lecz i oni nie są w stanie nic zrobić Killdozerowi (nazwa nadana przez media). Wreszcie po ponad 2 godzinach demolki buldożer ulega awarii. Marvin Heemeyer od początku nie chciał oddać się w ręce policji, dlatego też postanawia odebrać sobie życie. Policji z obawy przed zaminowaniem pojazdu zajęło 10 godzin, aby dostać się do wnętrza buldożera. Z przerażeniem odkryli, że Marvin miał tak dużo amunicji, iż bez trudu mógłby urządzić masakrę w mieście. Tymczasem wszystko zostało przez niego dokładnie zaplanowane. Nikt nie ucierpiał w czasie ataku, a łączne straty wyceniono na 7 milionów dolarów. Odnaleziono później listę i kilka nagrań Marvina, jednak nie ujawnił w nich do końca swych motywacji.



Mężczyzna został pochowany w nieznanym miejscu, a jego pojazd rozebrano na wiele części, które trafiły na różne złomowiska. Pozostaje zatem pytanie, czy Marvin Heemeyer był zwykłym szaleńcem czy jednak bohaterem?

Źródła:




niedziela, 15 marca 2020

Księżna Diana - gest, który znaczył wiele

Są takie gesty, które dla jednych są czymś zwyczajnym, dla innych zaś mogą mieć ogromne, symboliczne wręcz znaczenie. Z pewnością taką sytuacją było podanie dłoni przez księżną Dianę pacjentowi choremu na AIDS. Co w tym takiego dziwnego? 


fot. Tim Graham


Lata 80. i 90. to okres, kiedy na Zachodzie społeczeństwo zmagało się z coraz większą ilością zachorowań na HIV i AIDS. Pierwsze kliniczne przypadki AIDS zanotowano w Stanach Zjednoczonych w 1981 roku. Jednak HIV pojawił się już 20 lat wcześniej w Kongo. Nie potrzeba było jednak dużo czasu, aby stał się problemem globalnym. Stał się on domeną osób homoseksualnych oraz uzależnionych od narkotyków. Jednak przypadek Magica Johnsona pokazał, że każdy może być narażony na zakażenie. Ogłoszenie przez niego w listopadzie 1991 roku, że jest nosicielem wirusa HIV, było szokiem nie tylko dla całego sportowego świata, lecz i mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Koszykarz jednak przekonywał, że zarażenie nastąpiło zapewne poprzez posiadanie wielu partnerek seksualnych. Johnson stał się szybko bohaterem Ameryki, który poświęcił się pomocy chorym jak i edukacji innych na temat HIV i AIDS.

Zanim to jednak nastąpiło, również w 1991 roku miało miejsce inne ważne wydarzenie. Księżna Diana podczas podróży do Kanady postanowiła odwiedzić Casey House w Toronto. Było to hospicjum dla osób chorych na AIDS. Diana w pewnym momencie przywitała się z jednym z mężczyzn. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że księżna nie miała na sobie rękawiczek. W owym czasie wśród większej części społeczeństwa panowało przekonanie, że wirus HIV przenosi się przez dotyk. Tym czynem Diana pokazała, że nie można obawiać się chorych, a takie gesty są dla nich ogromnym wsparciem. Stała się jedną z pierwszych znanych osób, które bez obaw podchodziły do zarażonych. W tym samym roku odwiedziła także brazylijski ośrodek dla zarażonych sierot, gdzie bez obaw brała małe dzieci na ręce, przytulała je czy nawet całowała. Między innymi dlatego do Diany przylgnął później przydomek "Królowa ludzkich serc". 

O osobach zakażonych mówiła: HIV nie sprawia, że ludzie stają się niebezpieczni, dlatego możesz uścisnąć im dłonie i przytulić. Niebo wie, że tego potrzebują. 

Warto na końcu jednak dodać, że pierwszą znaną osobą, która nie bała się kontaktu z chorymi była Barbara Bush. Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych już w 1989 roku bez obaw przytulała małe dzieci w ośrodku dla zarażonych. Jej zdjęcie jednak nie miało tak dużej siły przebicia jak fotografia Lady Di. 

fot. Dennis Cook
Źródła:
https://rarehistoricalphotos.com/princess-diana-aids-1991/?fbclid=IwAR0tXXsUwPDc3P6gkSoc6ASIm8jcMd2kURoJETnGw608OBcv0vwSuTKWyKw
https://www.womansday.com/life/entertainment/a55591/this-old-photo-of-princess-diana-is-going-viral/
https://www.cbc.ca/radio/asithappens/as-it-happens-wednesday-full-episode-1.4624832/aids-worker-remembers-when-barbara-bush-cradled-baby-donovan-in-1989-1.4624843





środa, 26 lutego 2020

Martin Elliott - Tennis Girl

Są takie zdjęcia, o których dziś możemy mówić jako "kultowych" w świecie popkultury. Niewątpliwie jednym z najbardziej znanych obrazów w historii jest Tennis Girl. 


fot. Martin Elliott





Nie od dziś wiadomo, że wielu mężczyzn i nie tylko nie zawsze interesuje się światem tenisa jedynie ze względu na wyniki sportowe. Eugenie Bouchard, Ana Ivanović, Anna Kurnikowa, Martina Hingis czy Marija Szarapowa przyciągały lub nadal przyciągają na korty miłośników damskiej urody. Być może wpływ na popularyzację damskiego tenisa wśród mężczyzn miało pewne zdjęcie, które wykonane zostało we wrześniu 1976 roku przez Martina Elliotta. Ukazuje ono tenisistkę, która kroczy po korcie w tenisowym uniformie oraz z rakietą w prawej dłoni. Interesująca jest jednak lewa strona, gdzie dziewczyna sięga dłonią pośladka, pokazując jednocześnie, że nie ma na sobie bielizny. Całość jest przy tym świetnie oświetlona przez promienie zachodzącego słońca. 

Osobą na zdjęciu była Fiona Butler, wówczas 18-letnia dziewczyna fotografa. Sam obraz został wykonany na jednym z kortów Uniwersytetu w Birmingham. Dziewczyna w ogóle nie grała w tenisa, a wszystkie rekwizyty, łącznie z uniformem i rakietą należały do Carol Knotts, przyjaciółki Martina. Ponieważ Fiona wciąż mieszkała z rodzicami, wymusiła na Martinie, aby na zdjęciu nie było widać jej twarzy. Dopiero po 25 latach, w 2001 roku fotograf ogłosił światu, że na zdjęciu znajduje się własnie Fiona. W międzyczasie fotografia ta stała się prawdziwym fenomenem. Zdjęcie zostało sprzedane agencji Athena, która po raz pierwszy opublikowała je w kalendarzu na 1977 rok. Przez następne lata Tennis Girl sprzedawana była jako plakat, a agencja zarobiła na niej krocie, gdyż oficjalnie samych plakatów sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy. Można się tylko domyślić, że tenisowa sylwetka Fiony przez lata zdobiła pokoje wielu nastolatków, a także była dla niektórych tym, czym później stały się magazyny dla dorosłych. Obecnie jest także łakomym kąskiem dla kolekcjonerów i miłośników stylu retro. 

Sam Martin Elliott także zarobił sporo na swym zdjęciu, gdyż zachował prawa autorskie, dzięki którym mógł liczyć na zyski z licencji. Mówi się, że mógł zainkasować na konto około 250 tysięcy funtów. Był jednak artystą jednego zdjęcia, gdyż żadna inna jego fotografia nie zyskała uznania wydawców. Zmarł w 2010 roku na raka. Fiona z kolei unikała rozgłosu, a przy tym nigdy nie rościła sobie praw do zdjęcia. Dziś jest szczęśliwą żoną milionera. 

fot. N.N


Źródła: