Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sport. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2022

Lionel Messi - goniąc marzenia

Za nami z pewnością niezwykłe Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Po raz pierwszy rozgrywane na Bliskim Wschodzie i w dodatku o innej porze roku, przyniosły sporo emocji. Choć miały wielu bohaterów, to jednak na zawsze zapiszą się w historii dzięki Leo Messiemu. Człowiek nazywany przez wielu najlepszym piłkarzem w historii, wreszcie spełnił swoje największe marzenie. 


fot. Bao Tailiang


13 lipca 2014. Mamy 113. minutę meczu, kiedy to Mario Götze w finale MŚ w Brazylii strzela w dogrywce bramkę na 1:0, zapewniając reprezentacji Niemiec tytuł mistrzowski. Temu wszystkiemu przygląda się Leo Messi, który być może zdaje sobie sprawę, że jego największe marzenie w karierze już nigdy się nie spełni. Piłkarz, który w kryzysowym momencie praktycznie na własnych barkach wyciąga drużynę z fazy grupowej, wie, że upragniony sukces był na wyciągnięcie ręki. Choć w piłce klubowej osiągnął już praktycznie wszystko, to wciąż brak mu sukcesu z reprezentacją. Ciąży na nim ogromna odpowiedzialność, jak i również presja. Od lat porównywany jest do boskiego Diego. Maradona traktowany jest w Argentynie niczym bóg, więc każde z nim zestawienie jest dla gracza nobilitacją, jak i swego rodzaju klątwą. 

Właśnie z dekoracji finalistów 2014 pochodzi pierwsze zdjęcie, które prezentuje Messiego podążającego po srebrny medal. Na jego twarzy wyraźnie widać smutek, a nawet pewną pustkę, która może się kojarzyć z wypalonym człowiekiem.  

Messi często pada ofiarą krytyki argentyńskich mediów i kibiców, którzy zarzucają mu brak zaangażowania, jak i to, że nigdy nie dorówna legendzie. Leo doskonale to wie właśnie w 2014 roku, kiedy pierwszy raz od 24 lat Argentyna znalazła się w finale MŚ. Nad reprezentacją ciąży jakieś fatum. Można je nieco porównać do tego, które towarzyszy Anglikom na każdym mundialu. Naszpikowana gwiazdami kadra ma problemy z przebrnięciem 1/4 czy 1/8 finału. Z każdymi kolejnymi mistrzostwami wydaje się, że marzenie o pucharze jest nierealne, a zegar tyka. To tyczy się nie tylko Messiego, lecz także i kilku innych Argentyńczyków. 

Sam Lionel również przeżywa wzloty i upadki. Funkcjonująca niczym szwajcarski zegarek FC Barcelona nagle zacina się. Kończą się przez to liczne sukcesy, co powoduje także problemy finansowe. Messi w końcu decyduje się na opuszczenie Blaugrany i przenosi się do Paryża. Sezon 2021/2022 to jeden z najgorszych w jego karierze. Strzela wtedy tylko 11 bramek, z czego w Ligue 1 jedynie 6. Zupełnie inaczej wygląda jednak sytuacja z kadrą Argentyny. W czerwcu 2021 roku rozpoczyna się kolejna edycja Copa América. Messi ponownie staje się liderem drużyny, która dzięki jego golom i asystom zostaje mistrzem Ameryki Południowej. To nie tylko pierwszy tytuł w karierze reprezentacyjnej Messiego, lecz także pierwsze trofeum Argentyny na arenie międzynarodowej od 1993 roku. 

Nadchodzi przełom listopada i grudnia 2022 roku. Rozpoczynająca mundial z serią 36 meczów bez porażki, Argentyna uchodzi za jednego z faworytów turnieju. W pierwszym meczu kilka minut rozluźnienia doprowadza do katastrofy i Albicelestes sensacyjnie przegrywają z Arabią Saudyjską 1:2. W kolejnym spotkaniu męczą się z Meksykiem i dopiero przepiękny strzał Messiego daje im prowadzenie. Jest to punkt zwrotny na tych mistrzostwach. Rozpoczyna się ich ścieżka do finału, który już teraz można uznać za najlepszy w historii. Tu znów błyszczy Messi, który jest jednak raz po raz wstrzymywany przez równie genialnego Mbappé. Rzuty karne to jak zwykle loteria, jednak z większym szczęściem dla Argentyńczyków, którzy zaczynają szaleć z radości. Wśród nich jest także zapłakany Messi, który właśnie nie tylko spełnił swoje największe marzenie, lecz także dorównał boskiemu Diego. Moment, w którym podchodzi i całuje Puchar Świata, na zawsze przejdzie do historii i być może utnie wiele dyskusji, kto jest najlepszym graczem w dziejach futbolu. 

To tylko pokazuje, że nigdy nie warto rezygnować z marzeń, a podążając za nimi, można sięgnąć po upragniony cel. 


niedziela, 9 kwietnia 2017

Milimetry od śmierci!

Sport, zwłaszcza drużynowy, często wiąże się z ryzykiem kontuzji. Sytuacje złamanych kości, naderwań, skręceń są na porządku dziennym. Jednak to, co przytrafiło się Clintowi Malarchukowi, na trwałe zapisało się w historii hokeja. To prawdziwy cud, że tego dnia bramkarz Buffalo Sabres nie pożegnał się z życiem.


fot. Craig Melvin

Hokej od samego początku stał się efektowną, a przy tym niezwykle niebezpieczną dyscypliną sportową. Dowodzi tego chociażby zdjęcie Terryego Sawchuka, który przez większość swej kariery bramkarskiej grał bez ochronnej maski.

fot. Ralph Morse
Bramkarze narażeni byli na silne uderzenia krążka hokejowego, a także kontakt z atakującymi graczami. Dziś chronieni są przez liczne elementy wyposażenia, które okazują się jednak czasem zawodne. Doświadczył tego Clint Malarchuk. 22 marca 1989 roku meczu pomiędzy St. Louis Blues i Buffalo Sabres omal nie przypłacił życiem. Podczas gry Steve Tuttle oraz Uwe Krupp zderzyli się ze sobą na wysokości bramki pilnowanej przez Malarchuka. Nieszczęśliwie obaj wpadli na bramkarza, a łyżwa Tuttle'a przecięła mu tętnicę.

Nagle cała hala zamarła. Widzom ukazał się widok broczącego krwią Clinta. Był to przerażający obraz, który na myśl przywoływał bardziej sceny z krwawych horrorów. Zanotowano wiele przypadków omdleń, problemów z sercem, a niektórzy zawodnicy zaczęli wymiotować. Malarchuk był pewien, że umiera. Jego jedynym pragnieniem było opuszczenie lodu, gdyż wiedział, że w telewizji mecz ogląda jego matka. Jak sam stwierdził potem, nie chciał, aby widziała jego ostatnie chwile. Kazał wtedy przekazać, że ją kocha oraz wezwał księdza.

Na całe szczęście życie uratował mu Jim Pizzutelli, trener od przygotowania fizycznego. W czasie wojny w Wietnamie służył on jako medyk. Szybko zatamował krwotok tętniczy, dzięki czemu dał hokeiście czas do przybycia lekarzy. Do tego momentu stracił on ponad 1,5 litra krwi! W czasie podróży do szpitala Malarchuk był cały czas świadomy, a nawet żartował, że chciałby wrócić na trzecią tercję. Lekarze musieli założyć mu aż 300 szwów, aby zaszyć 15-centymetrową ranę. Okazało się, że brakowało około 3 milimetrów, aby bramkarz wykrwawił się w ciągu minuty na oczach kibiców.

Zaledwie kilka tygodni po tym incydencie, powrócił na taflę i kontynuował karierę do 1997 roku.

Warto zapoznać się także z materiałem wideo:


Źródła:
https://en.wikipedia.org/wiki/Clint_Malarchuk







środa, 29 czerwca 2016

Maradona - Ręka Boga

Ponieważ jesteśmy teraz w klimatach piłkarskich, dlatego najnowszy wpis dotyczyć będzie futbolu, a dokładniej pewnego głośnego wydarzenia z 1986 roku. Wtedy to Diego Maradona strzelił swą najsłynniejszą bramkę. I niestety było to jedno z największych oszust i niesportowych zachowań w historii sportu. 


fot. Bob Thomas

22 czerwca 1986 roku w ćwierćfinale Mistrzostw Świata w piłce nożnej rozgrywanych w Meksyku zmierzyły się ze sobą drużyny Argentyny i Anglii. Mecz ten miał niezwykle ważne znaczenie dla obu krajów w kontekście wojny o Falklandy, która mimo zakończenia 4 lata wcześniej, nadal budziła niezwykłe emocje i była przyczyną wielu waśni między oboma narodami. Faworytem tego spotkania jak i całego turnieju byli Argentyńczycy, jednak dosyć długo męczyli się oni z wyspiarzami. Wtedy to w 51. minucie spotkania Diego Maradona postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Przy wyskoczeniu do dośrodkowania zdawał sobie sprawę, że jest zbyt niski, by pokonać bramkarza Anglików, Petera Shiltona. Wyciągnął on wobec tego swą rękę, którą to skierował piłkę do siatki. Choć praktycznie cały stadion widział to nieczyste zagranie, to jednak tunezyjski arbiter tego spotkania uznał strzeloną bramkę. Chwilę potem Maradona dokonał drugiej niebywałej rzeczy, gdzie przebiegł z piłką połowę boiska, mijając przeciwników niczym tyczki i zdobywając drugą bramkę dla swej drużyny. Anglików stać było tylko na honorowe trafienie i to Albicelestes cieszyli się z awansu do półfinału, a potem z mistrzostwa globu. 

Sam Maradona dopiero wiele lat później publicznie przyznał się do ręki, choć do dzisiaj twierdzi, że była to Ręka Boga. Zdaniem wielu ekspertów było to jedno z najbardziej kontrowersyjnych i nieczystych zagrań w historii futbolu. Do dziś nie wiadomo, czy gdyby sędzia nie uznał bramki Argentyńczyka, to mecz nie potoczyłby się zupełnie inaczej. 



Źródła:
http://www.polskieradio.pl/43/265/Artykul/1490523,Diego-Maradona-po-29-latach-przeprosil-sedziego-za-reke-Boga


wtorek, 26 maja 2015

Człowiek-pochodnia

Ułamek sekundy decyduje często o tym, że fotografowi udaje się uwiecznić ten jeden decydujący moment, jaki całkowicie wpływa na odbiór jego obrazu. Najnowszym przykładem tego może być zdjęcie Sebastiana Borowskiego z roku 2014. 


fot. Sebastian Borkowski

26 kwietnia 2014 roku na stadionie miejskim we Wrocławiu odbywał się mecz pomiędzy Śląskiem Wrocław a Zagłębiem Lubin. Jak to zwykle bywa, w czasie meczu kibice zaczęli odpalać race. Sebastian Borkowski specjalizuje się między w fotografii sportowej. Będąc na tym meczu, zauważył nagle, że jeden z kibiców z Lubina zachowuje się niezwykle agresywnie. Co chwilę wchodził na ogrodzenie, machał zapaloną racą w kierunku stewardów. Do tego z oczywistych względów był on zamaskowany. 

W pewnym momencie jeden z miejscowych ochroniarzy zbliżył się do kibica w celu przeprowadzenia interwencji. Autor zdjęcia był przekonany, że ochroniarz ten w ręku trzyma niewielką gaśnicę. Okazało się jednak, że był to gaz pieprzowy. Ten po zetknięciu się z zapaloną racą, natychmiast wywołał pożar i kibic na moment zapłonął, niczym żywa pochodnia. Choć w tym wypadku może się wydawać, że kibic powinien w takiej sytuacji odnieść poważne poparzenia, to jednak do tego na szczęście nie doszło. Całość zapłonu trwała zaledwie ułamki sekund, co można choćby zaobserwować po zupełnym braku reakcji ze strony reszty kibiców. Sam "poszkodowany" po prostu zeskoczył z ogrodzenia i wmieszał się w tłum. Najprawdopodobniej przed poparzeniami ochroniła go kominiarka. 

Autor zdjęcia dopiero w czasie przeglądania plików zauważył, co tak naprawdę udało mu się uchwycić. Po publikacji tej fotografii w mediach rozgorzała dyskusja na temat bezpieczeństwa na stadionach. Zwracano uwagę na słabe przeszkolenie ochroniarzy, a także niedostateczne zabezpieczenia podczas kontroli kibiców. Zdjęcie to także ukazało się w wielu zagranicznych mediach, choć jedynie w charakterze ciekawostki, nie w związku z sytuacją na polskich stadionach. 

Niedawno Sebastian Borkowski otrzymał za tę fotografię II nagrodę w prestiżowym konkursie Grand Press Photo .

Sytuację ze zdjęcia można zobaczyć także na zamieszczonym filmie:

Źródła:
http://fotoblogia.pl/7393,zdjecie-czlowieka-pochodni-symbolem-rzeczywistosci-stadionowej
http://sport.fakt.pl/kibic-slaska-zapalil-sie-od-ataku-gazem-lzawiacym,artykuly,458019,1.html
http://www.prw.pl/articles/view/42577/Sebastian-Borowski-nominowany-do-Grand-Press-Photo-2015



poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Tragedia na stadionie Heysel

29 maja 1985 roku miała miejsce jedna z największych tragedii w historii piłki nożnej. W czasie finału Pucharu Europy pomiędzy drużynami FC Liverpool oraz Juventusu Turyn doszło do zamieszek na trybunach, w wyniku których śmierć poniosło 39 osób, a setki innych zostało rannych.

fot. Nick Didlick
Tego dnia miało odbyć się finałowe spotkanie Pucharu Europy na stadionie Heysel w Brukseli. Lata 80. były okresem, kiedy dochodziło do wielu ekscesów oraz burd ze strony kibiców piłkarskich. W szczególności prym w tym wiedli brytyjscy kibice. Rok wcześniej Liverpool sensacyjnie pokonał w finale AS Romę, co doprowadziło do napaści włoskich kibiców na sympatyków angielskiej drużyny. W związku z tym obawiano się, że kolejny finał może być okazją do wzięcia rewanżu. Niestety obawy te okazały się zasadne.

Do Belgii zjechali się nie tylko sympatycy Liverpoolu, lecz także kibice innych brytyjskich drużyn. W teorii włoscy oraz angielscy kibice dostali po 25 tysięcy biletów, a przeciwne sektory miały zostać oddzielone od siebie. W praktyce jednak wielu włoskich emigrantów w Belgii wykupiło bilety w neutralnej strefie, w wyniku czego fani obu drużyn znaleźli się tuż obok siebie. Przed samym spotkaniem na murawie pojawili się młodzi belgijscy piłkarze, którzy mieli zagrać mecz przeciwko sobie. Pechowo obie drużyny miały na sobie barwy podobne do Liverpoolu oraz Juventusu. Sprawiło to, że każda ze stron wybrała swą drużynę i zaczęła jej gorąco dopingować.

Atmosfera na trybunach gęstniała z każdą chwilą. W pewnym momencie angielscy fani zaczęli obrzucać Włochów butelkami oraz kawałkami betonu. Gdy Włosi odpowiedzieli na agresję, ich przeciwnicy przypuścili frontalny atak na ogrodzenie strzeżone jedynie przez kilkudziesięciu policjantów. Po drugiej stronie ludzie wpadli w panikę. Wszyscy starali się jak najszybciej wydostać z zagrożonego sektora. Rosnący tłum napierający na mur sprawił, że ten szybko zawalił się, co doprowadziło do prawdziwej tragedii. Część osób została przygnieciona elementami konstrukcji, natomiast wiele innych osób zostało stratowanych przez spanikowany tłum. W czasie zamieszek śmierć na trybunach poniosło 39 osób (w większości Włochów), a najmłodsza ofiara miała zaledwie 11 lat. 

Chociaż początkowo całą winą za tragedię obarczono angielskich kibiców, to jednak śledztwo belgijskiej policji wykazało, że akcja ratunkowa prowadzona była chaotycznie oraz przez niedostateczną liczbę osób. Ponadto sam stadion miał fatalny stan techniczny, w wielu miejscach beton był popękany, brakowało na miejscu bezpiecznych wyjść ewakuacyjnych, a do tego zabezpieczenie meczu stało na bardzo niskim poziomie. 

Tego dnia na stadionie znajdował się między innymi Nick Didlick, fotograf pracujący dla agencji Reuters. Na jego najbardziej znanym zdjęciu ukazany został włoski kibic niosący na rękach swego rannego syna. W tle można zaobserwować dynamikę groźnego i napierającego tłumu. Jego obraz w porównaniu z wieloma innymi zdjęciami zrobionymi tego dnia, pokazuje tragedię jednostki na tle tłumu. Tymczasem prawdziwe dantejskie sceny można zaobserwować na zamieszczonym poniżej filmie:


Warto dodać, że mimo tak ogromnej tragedii finałowe spotkanie zostało rozegrane i zakończyło się zwycięstwem zespołu włoskiego 1:0. UEFA błyskawicznie zareagowała na wspomniane wydarzenia, wykluczając wszystkie angielskie zespoły z europejskich pucharów na 5 lat, a Liverpool na okres sześciu lat. Niedługo potem zaczęto wprowadzać o wiele bardziej restrykcyjne przepisy, dzięki którym znacząco wzrósł poziom bezpieczeństwa na stadionach. Pokłosiem tych wydarzeń było skazanie zaledwie 14 osób. które przyczyniły się do tragedii. 

Źródła:
http://stadiony.net/aktualnosci/2010/05/tragedia_na_heysel_25_lat_temu
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zamieszki_na_Heysel


piątek, 31 maja 2013

Flu Game

Lata 90. to okres, kiedy wielu z nas interesowało się rozgrywkami NBA, a na ustach wszystkich była jedna osoba, prawdziwa żywa legenda koszykówki - Michael Jordan. Zdecydowanie nie było i zapewne w najbliższym czasie nie będzie w NBA tak wielkiej postaci, która potrafiła porywać swą grą tłumy. W jego karierze było wiele wspaniałych momentów, a jednym z nich, najbardziej zapadającym w pamięci był słynny Flu Game. 


Fot. Tom Cruze

Jest rok 1997. W historii NBA był to czas niezapomnianych pojedynków o mistrzostwo pomiędzy Chicago Bulls a Utah Jazz. Nadchodził piąty mecz finału, kiedy to Jazzmani przy stanie rywalizacji 2:2 podejmowali u siebie Byki. W noc poprzedzającą mecz, Jordan zapadł na tajemniczą chorobę. Wił się na podłodze z bólu, wymiotował i miał wysoką gorączkę. Wszystko wskazywało na to, że nie ma jakichkolwiek szans na grę w nadchodzącym meczu.

On jednak mimo wszystko nie chciał się poddawać. Tuż przed meczem, odwodniony, osłabiony, z wysoką gorączką, z trudem zakładał na siebie meczowy strój. Z szatni wychodził zataczając się, jednak oznajmił trenerowi, że jest gotów do gry. Pierwsza kwarta w jego wykonaniu była fatalna. Zawodnik biegał zaledwie na 50-60% procent swych możliwości, miał problemy z koncentracją, celnością. Jednak w drugiej kwarcie, gdy przeciwnicy odskoczyli na 16 punktów, coś nagle zmieniło się w nim. Z niewiadomych przyczyn zyskał w sobie siłę i motywację, znów zaczął przypominać dawnego siebie. Dzięki temu w ciągu zaledwie drugiej kwarty rzucił aż 17 punktów.

Gdy nadchodzi trzecia kwarta, zmęczenie znów daje o sobie znać i Jordan ponownie snuje się na parkiecie. Na ławce wygląda na niezwykle zmęczonego, a okłady z lodu niewiele pomagają. Lecz przy ponownym prowadzeniu zespołu z Utah, MJ powraca na parkiet, by w niewiarygodny sposób poprowadzić swój zespół do zwycięstwa 90:88. W całym spotkaniu rzucił aż 38 oczek. Tuż po końcowym gwizdku opadając z sił, osunął się w ramiona Scottiego Pippena, co zostało uwiecznione na powyższym zdjęciu. Cała ta sytuacja przeszła do historii jako Flu Game, albowiem w oficjalnych komunikatach podawano, że w tym czasie Jordan zmagał się z grypą. 

Tuż po meczu koszykarz powiedział, że była to chyba najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek w życiu zrobił. W tym dniu pokazał, dlaczego jest najlepszym koszykarzem na świecie. Flu Game zapisało się jako jeden z najwspanialszych momentów w finałach. 

Wydawało się, że cała sytuacja przeszła już do annałów historii, jednak w ostatnim czasie Tim Grover, który od roku 1989 pełnił rolę osobistego trenera Jordana od przygotowania atletycznego, stwierdził, że koszykarz mógł zostać "otruty" przez kucharzy z Salt Lake City. W momencie, gdy nie można było nic zamówić do jedzenia z hotelowej kuchni, Jordan wraz z kilkoma osobami zamówił pizzę. 

"Wieczorem siedzieliśmy całą grupą w hotelu. Po godzinie 21. nie dało się już nic zamówić z kuchni, a Michael zgłodniał. Nie mogliśmy znaleźć żadnej restauracji, więc postanowiliśmy zamówić pizzę z pobliskiego lokalu. Wszyscy wiedzieli, że mieszkaliśmy w tym hotelu, przebywaliśmy tam od jakiegoś czasu, a w tym rejonie wówczas było niewiele innych. 
Pizzę przyniosło aż pięciu dostawców. Odebrałem ją, ale od razu powiedziałem chłopakom, że mam złe przeczucia. Ze wszystkich osób w pokoju MJ był jedynym, który jadł. Nikt inny nie chciał ani kawałka. Później, o drugiej w nocy, obudził mnie telefon - Michael kazał mi przyjść do siebie. Zobaczyłem, jak leży zwinięty w kłębek. Natychmiast wezwałem lekarza drużyny i powiedziałem mu: to zatrucie, nie grypa" - wspomina Grover.

Bez znaczenia na to, czy była to grypa, czy zatrucie pokarmowe, piąty mecz finału NBA w roku 1997 i wspaniała gra Jordana na zawsze przeszły do historii koszykówki.




Źródła:
http://sports.espn.go.com/espn/espn25/story?page=moments/79
http://nba.przegladsportowy.pl/Koszykowka-Michael-Jordan-a-tzw-Flu-Game,artykul,167500,1,299.html
http://en.wikipedia.org/wiki/1997_NBA_Finals#Game_5:_The_Flu_Game


niedziela, 24 lutego 2013

Muhammad Ali vs. Sonny Liston

W historii mieliśmy do czynienia z wieloma wybitnymi bokserami, jednak żaden nie zdobył takiej popularności i nie budził tylu kontrowersji, co Muhammad Ali. Zdecydowanie jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych wizerunków stało się zdjęcie autorstwa Neila Leifera, ukazujące Alego stojącego nad leżącym przeciwnikiem. 


                                                           fot. Neil Leifer

Cassius Clay, gdyż tak na początku nazywał się słynny bokser, swą przygodę z boksem rozpoczął w wieku 12 lat. Bardzo szybko okazał się niezwykle utalentowanym zawodnikiem, który do 18-go roku życia zdobył wiele tytułów w amatorskim boksie w tym najważniejszy, czyli złoty medal igrzysk olimpijskich wywalczony w 1960 roku w Rzymie. Po zdobyciu medalu, Clay przeszedł na zawodowstwo i do roku 1964 zwyciężył we wszystkich 19 walkach. Już wtedy znany był ze swego niezwykłego sposobu poruszania się po ringu, gdzie zdawało się, że tańczy ze swym przeciwnikiem.W tym samym roku otrzymał szansę stoczenia walki o mistrzostwo świata z Sonnym Listonem. Ku zaskoczeniu wszystkich, 22-letni bokser pokonał sensacyjnie mistrza, a biegając po ringu wykrzykiwał, że "wstrząsnął światem".

Zdobycie tytułu mistrza świata całkowicie zmieniło życie młodego boksera. Wkrótce wstąpił do Nation of Islam, gdzie przyjął nową tożsamość - Muhammada Alego. W roku 1965 doszło do rewanżowej walki o mistrzostwo świata pomiędzy Alim a Listonem, w czasie którego Neil Leifer wykonał swe najsłynniejsze zdjęcie.

Leifer już od czasów liceum zdobywał uznanie jako dobry fotograf. W wieku 16-u lat jego zdjęcie trafiło na okładkę Sports Illustrated, renomowanego magazynu sportowego w USA. W ciągu kilku lat publikował swe zdjęcia w takich magazynach i czasopismach, jak plus Look, Life, Newsweek. 25 maja 1965 r., Leifer został poproszony o zrobienie materiału z pojedynku WBC Heavyweight Championship pomiędzy Alim i Sonnym Listonem, który odbył się w Arenie St Dominick w Lewiston. 

W ciągu dwóch minut od rozpoczęcia pojedynku, Liston nagle runął na deski i wydawało się, że nie będzie w stanie wstać. Sędzia poprosił Alego, by ten udał się do boku narożnika, jednak bokser odmówił. Zamiast tego stanął nad Listonem, krzycząc: "Wstań i walcz, frajerze! To był właśnie ten moment, w którym wykonano historyczne zdjęcie. Chwilę potem ogłoszono zwycięstwo Alego. 

  

Tuż po kontrowersyjnej walce zaczęły się różne spekulacje. Wiele osób uważało, że walka została ustawiona. Podejrzewano, że Liston wystąpił w rewanżu tylko dla pieniędzy, a także krążyły słuchy, iż przed walką był on nękany przez bractwo islamskie, które groziło śmiercią jego córce. Ostatecznie sprawa została zbadana przez FBI, jednak nie dopatrzono się żadnych nieprawidłowości. Wygrał po prostu znakomicie przygotowany do walki Ali. 

Leifer później tak wspominał o swym zdjęciu:
Każdy edytor czasopisma oczekiwałby wtedy idealnego zdjęcia nokautu. Właśnie w Lewiston, nokaut nastapił w idealnym miejscu i momencie, dokładnie tam, gdzie chciałem. Gdy robiłem zdjęcie, moją jedyną myślą było: "Zostań tam, Sonny! Proszę nie wstawaj!"

Fotograf przyznał, że szczęście w fotografii sportowej odgrywa ogromną rolę. W czasie walki znajdował się w lepszym położeniu niż jego kolega ze Sports Illustrated, Herbie Scharfman, który uchwycił dokładnie tę samą scenę, jednak jego zdjęcie nie oddało takiego dramatyzmu, jak fotografia Leifera.

Po pewnym czasie Leifer stał się uznaną osobą w świecie fotografii prasowej, a jego zdjęcia zdobiły ponad 200 okładek najpopularniejszych czasopism i magazynów. Losy Alego nie potoczyły się jednak tak różowo.

Przez kilka kolejnych lat Ali z powodzeniem bronił swego tytułu mistrza świata, jednak jednocześnie bardzo negatywnie wypowiadał się o wojnie w Wietnamie i uczestniczył w wielu antyrządowych manifestacjach. Za odmowę służby wojskowej został skazany na więzienie w zawieszeniu, odebrano mu tytuł oraz licencję na boksowanie. Dopiero po trzech latach i wygranej apelacji ponownie mógł zmierzyć się ze swymi przeciwnikami. Do roku 1981 odniósł wiele zwycięstw, lecz zanotował także kilka porażek. Mimo wszystko do dzisiaj pozostaje jedną z najwybitniejszych postaci w historii boksu.

Obecnie Muhammad Ali cierpi na chorobę Parkinsona, która znacznie utrudnia mu poruszanie się. Według lekarzy przyczyną choroby był typowy styl walki boksera, który zachęcał przeciwników do ataku i przyjmował przez to wiele ciosów na głowę. Wybitny sportowiec udziela się w wielu organizacjach dobroczynnych i pokojowych, a jego córka Laila Ali, poszła w ślady ojca i również pokonuje swe przeciwniczki na bokserskim ringu. 

Na sam koniec bardzo pozytywny filmik o tym niezwykłym człowieku:



Źródła:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Muhammad_Ali_%28bokser%29
http://www.amateurphotographer.co.uk/how-to/icons-of-photography/535639/muhammad-ali-vs-sonny-liston-by-neil-leifer-iconic-photograph

czwartek, 31 maja 2012

Gest Kozakiewicza

W 1980 roku po raz pierwszy w historii wydarzenia polityczne całkowicie przesłoniły ideę organizacji Igrzysk Olimpijskich. Ze względu na radziecką inwazję na Afganistan w grudniu 1979, większość krajów Zachodu zbojkotowało igrzyska w Moskwie (kraje komunistyczne zrewanżowały się w taki sam sposób cztery lata później w Los Angeles). Już samo powierzenie organizacji tak ważnej imprezy Rosjanom było bardzo kontrowersyjną decyzją.  Jednak dla naszego kraju zawody w Moskwie zapisały się zupełnie z innego powodu - jednego człowieka i jego gestu skierowanego w stronę rosyjskiej publiczności. 



                                                 
Igrzyska Olimpijskie w Moskwie miały być ogromnym sukcesem Związku Radzieckiego. Specjalnie na ten okres zbudowano nowe obiekty sportowe za równowartość 9 miliardów dolarów. Stolica została na czas igrzysk specjalnie zmieniona, by zagraniczni zawodnicy, reporterzy oraz turyści nie poznali prawdziwego oblicza sowieckiej Rosji. Niepożądanych obywateli, w tym wiele młodzieży wywieziono poza miasto. Na sklepowe półki trafiły zagraniczne towary, których mieszkańcy i tak mieli zakaz kupowania. Wiele ulic zostało ozdobionych kolorowymi billboardami, specjalnie zasłonięto ulice nędzy. Żeby ceremonia otwarcia przebiegała w słonecznej pogodzie, przez dwa dni nad miastem rozpylano specjalne środki chemiczne.


Większość miejsc na trybunach stadionów oraz hal zapełnili działacze i członkowie organizacji partyjnych czy społecznych, a także przebrani żołnierze. Ich zadaniem miało być wyłącznie dopingowanie radzieckich sportowców. Z powodu bojkotu zachodnich federacji, poziom zmagań sportowych znacznie zmalał, choć nie przeszkadzało to Rosjanom w wypaczaniu wyników sportowych. Jeszcze przed zawodami tyczkarzy, w czasie konkursu rzutu oszczepem specjalnie otwierano i zamykano wrota stadionu, by poprzez zmianę prądów powietrznych zmienić odległość rzutu poszczególnych zawodników.   W czasie konkursu skoku o tyczce 30 lipca również zastosowano ten zabieg, jednak okazał się on nieskutecznym na niesamowitego Polaka. Kim on był?Władysław Kozakiewicz pochodził z biednej rodziny repatriantów spod Wilna. Dzięki pomocy starszego brata zaczął trenować skok o tyczce. Już w roku 1974 zdobył srebrny medal Mistrzostw Europy w Rzymie. Jednak czas jego największego triumfu miał dopiero nadejść. 
Wielkim faworytem gospodarzy był Konstantin Wołkow. Wszyscy liczyli, że pokona dwóch Polaków: Kozakiewicza i Ślusarskiego. Oprócz stosowania chwytu z wrotami stadionu, publika przy każdym skoku Polaków głośno buczała i gwizdała. Kozakiewicz postanowił pokazać rosyjskiej publice na co go naprawdę stać. O podziale medali miała przesądzić wysokość 5 metrów i 74 centymetrów. Przy drugiej próbie Polak pokonał tę wysokość, co dało mu złoty medal! Swą radość okazał w bardzo nietypowy sposób - krzyżując ramiona odpowiedział wrogiej publiczności.  
    Następnie udało mu się pokonać wysokość 5.78, czym pobił rekord świata. Wołkow musiał zadowolić się drugim miejscem ex aequo ze Ślusarskim.  Zdjęcia słynnego gestu pojawiły się w prasie na całym świecie. Francuska gazeta L'Equipe ogłosiła, że było to jedno z najciekawszych wydarzeń w całej historii igrzysk. Dla Polaków w okresie solidarnościowych strajków stał się on ważnym symbolem, a Kozakiewicza okrzyknięto bohaterem narodowym. Niestety zdjęcia naszego sportowca ukazały się w Polsce jedynie w gazetce podziemnej. Choć odbierano w wielu kręgach gest Kozakiewicza jako sprzeciw wobec władzy sowieckiej, to on sam twierdzi, że chodziło jedynie o publikę. Chciał do niej wykrzyczeć "zobaczcie, zwyciężyłem", lecz nikt by go nie usłyszał. Dlatego zdobył się na taki czyn.  Początkowo Polak nie zdawał sobie sprawy z powagi całej sytuacji. Po zawodach złożono specjalny protest, chcąc Kozakiewicza zdyskwalifikować i odebrać mu złoty medal. Na szczęście polski związek tłumaczył się, że ich zawodnik dostał skurczu mięśni i tak musiał okazać swą radość. Jednak po powrocie do kraju traktowano go niczym banitę. Zabrano mu paszport i odebrano mieszkanie w Gdyni. W 1985 roku wyjechał na stałe do Niemiec. Obecnie mieszka pod Hanowerem i posiada podwójne obywatelstwo.   Źródła:http://www.polskieradio.pl/9/325/Artykul/463160,Trudne-zycie-po-gescie-Kozakiewicza-http://www.polskieradio.pl/39/245/Artykul/253443,Gest-Kozakiewiczahttp://www.gazetawroclawska.pl/artykul/288256,wladyslaw-kozakiewicz-to-byl-taki-nasz-polski-gest,1,id,t,sa.html  

czwartek, 26 stycznia 2012

Cud w Bernie

W roku 1954 odbył się mecz, który przeszedł do historii piłki nożnej jako "Cud w Bernie". Tego dnia reprezentacja RFN sensacyjnie została najlepszym zespołem na świecie. W finale Niemcy pokonali jedną z najlepszych ekip, jakie kiedykolwiek mogliśmy podziwiać na piłkarskich arenach.

Początek lat 50-tych, to absolutna dominacja reprezentacji Węgier. Od 16-go maja 1950 roku do finałowego spotkania 4-go lipca 1954, Węgrzy nie ponieśli żadnej porażki. O sile tego zespołu przekonało się kilka europejskich potęg, a Polacy, którzy w 4 spotkaniach stracili ponad 20 bramek mieli się z nimi zmierzyć w eliminacjach do mundialu w Szwajcarii. Nasza reprezentacja w obawie przed kompromitacją oddała dwumecz walkowerem. 

O sile reprezentacji stanowili zawodnicy zespołu Honvéd Budapeszt. Podobnie jak Legia Warszawa, Honvéd był zespołem wojskowym, dzięki czemu przy wsparciu rządu mógł pozyskiwać najlepszych piłkarzy z innych węgierskich drużyn. Pod okiem trenera Gustava Szebesa powstawała jedna z najlepszych jedenastek w historii piłki nożnej. Zespół był oczkiem w głowie komunistycznych władz. Sami zawodnicy nie byli jednak zbytnio zadowoleni z panującej sytuacji politycznej. Najważniejszymi zawodnikami drużyny byli: Grosics, Bozsik, Kocsis, Hidegkuti, Puskas i Czibor. Na mundial jechali w roli absolutnych faworytów i każde inne miejsce niż pierwsze oznaczałoby wielką porażkę. 

Po drugiej stronie mamy reprezentację Zachodnich Niemiec. W skutek represji po zakończeniu II wojny światowej, aż do roku 1950 Niemcy nie mogli rozgrywać meczów międzypaństwowych. Do samego mundialu w Szwajcarii rozegrali ledwie 18 spotkań w okresie czterech lat! Na mistrzostwach nikt nie dawał im żadnych szans na jakikolwiek sukces. 

W pierwszym spotkaniu Węgrzy rozbili Koreę Południową aż 9:0, a Niemcy pokonali Turcję 4:1. W kolejnym meczu obie reprezentacje spotkały się ze sobą. Węgrzy nie dali swym przeciwnikom żadnych szans, wygrywając 8:3. Mimo wszystko obie reprezentacje uzyskały awans do ćwierćfinału. "Złota jedenastka" zgodnie z oczekiwaniami wygrała wszystkie spotkania i awansowała do finału. Ich półfinałowy pojedynek z Urugwajem uznawany jest za najlepsze spotkanie w historii MŚ. Nieoczekiwanie w finale ekipa Madziarów znów miała zmierzyć się z RFN. Niemcy eliminując Jugosławię oraz Austrię sensacyjnie znaleźli się wielkim finale.

Dnia 4-go lipca o godzinie 17 przy frekwencji przekraczającej 60 tysięcy ludzi, odbyło się spotkanie, które przeszło do historii piłki nożnej. Tego dnia nad stadionem przeszła ulewa i Niemcy upatrywali nadzieję w grząskim boisku. Po 8 minutach spotkania Węgrzy prowadzili już 2:0 i wszystko zapowiadało kolejny pogrom. Tymczasem sensacyjnie już w 18 minucie mieliśmy remis. Druga połowa upłynęła pod dyktando węgierskiej ekipy, która przeprowadzała huraganowe ataki na bramkę przeciwnika. Jednak między słupkami Niemiec stał Toni Turek, który dokonywał nieprawdopodobnych wyczynów. W 84. minucie cały stadion eksplodował z radości, gdyż to RFN za sprawą Helmuta Rahna objęło prowadzenie. Węgrzy w 89. minucie strzelili wyrównującą bramkę, choć z niewyjaśnionych względów Anglik, William Ling nie uznał tej bramki. Przez większość spotkania arbiter sędziował na korzyść Niemców. 


Niemcom udało się utrzymać wynik i sensacja stała się faktem. Oto drużyna złożona głównie z amatorów, pokonała najlepszy zespół na świecie. Od tego czasu zespół niemiecki należy do ścisłej światowej czołówki. Natomiast dla Węgrów był to początek końca tej wspaniałej ery. Po nieudanym powstaniu przeciw komunistom w 1956 roku, wielu reprezentantów uciekło na Zachód. Zespół w latach 60-tych dwukrotnie sięgnął jeszcze po złoto olimpijskie, choć były to ostatnie wielkie sukcesy na arenie międzynarodowej. Warto wspomnieć, że jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw w Szwajcarii, Węgrzy przypuszczali, że Zachód nie pozwoli zwyciężyć komunistycznemu państwu.

Ostatnimi laty powątpiewa się w "czysty" sukces RFN. Istnieją solidne podejrzenia, że reprezentanci Niemiec stosowali doping. Lekarz drużyny, Franz Loogen wykonywał bardzo wiele zastrzyków witamin, choć mógł to być Pervitin oparty na metaamfetaminie. Choć są to tylko przypuszczenia, to jednak faktem jest, iż po zakończeniu mistrzostw aż ośmiu Niemców zachorowało na żółtaczkę, a dwóch z nich po latach zmarło na zapalenie wątroby. 

Źródła:
http://altiok.blox.pl/2011/07/4-VII-1954-Cud-w-Bernie-z-dopingiem-w-tle.html
http://soccerlog.net/2010/02/05/szwajcaria-1954--v-mistrzostwa-swiata-w-pilce-noznej/