sobota, 7 stycznia 2017

Piekło wojny

Wrzesień 1939 roku stał się początkiem kilkuletniej gehenny narodu polskiego. Już podczas napaści na Polskę, Niemcy wykazywali się często okrucieństwem wobec ludności cywilnej. Jednym z symboli tamtych czasów jest zdjęcie przedstawiające płaczącą dziewczynkę nad ciałem swej starszej siostry. 


fot. Julien Bryan 


W 1939 roku Julien Bryan był już znanym i znakomitym reporterem. Tuż po wybuchu wojny udało mu się przyjechać do Warszawy, aby dokumentować obronę polskiej stolicy. Był on jedynym zagranicznym reporterem w tym czasie, który pozostał w mieście praktycznie do końca oblężenia. Dzięki pomocy ówczesnego prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego, otrzymał samochód i asystenta, co pozwoliło mu na pełniejsze dokumentowanie codziennego życia mieszkańców stolicy. Poprzez jego pracę możemy zobaczyć, jak wyglądała obrona miasta, a także jej tragiczne skutki. Z Warszawy udało mu się wyjechać tuż przez kapitulacją, zabierając ze sobą ponad sześć godzin filmów i 700 zdjęć. 

Jedną z tych fotografii, która pojawiła się wkrótce na okładkach wielu światowych gazet było wspomniane zdjęcie. Stało się jednym z dowodów okrucieństwa niemieckich lotników, którzy bestialsko bombardowali stolicę, wybierając najczęściej cele cywilne. W całym kraju uciekająca ludność nieustannie musiała chronić się przed lotnictwem, które atakowało z broni maszynowej napotkane kolumny jak i pojedyncze osoby. Podobnie również było w Warszawie, gdzie w wielu miejscach poruszanie się po mieście stwarzało ogromne zagrożenie. Jednak chcąc zdobyć jedzenie, należało ryzykować. 

14 września amerykański reporter na tyłach Cmentarza Powązkowskiego w rejonie ul. Ostroroga i Wawrzyszewskiej zauważył na jednym z pól dziewczynkę płaczącą nad ciałem niewiele starszej od niej osoby. Wkrótce okazało się, że była to siostra dziewczynki. Udało mu się zrobić wtedy kilka ujęć, które następnie wykorzystano na okładkach wielu gazet na całym świecie. Opisywana fotografia jest jednym z najbardziej tragicznych i poruszających świadectw września 1939 roku. Aż trudno jest patrzeć na wielki dramat rozgrywający się na naszych oczach. Poza zabitej być może świadczy o wielkim cierpieniu, jakie ją spotkało w ostatnich chwilach życia. Ciężko jest sobie wyobrazić, co musiała czuć dziewczynka w tym momencie. 

Zaraz po wojnie Julien Bryan wrócił do Polski, by dokumentować wygląd stolicy po wyzwoleniu. W latach 50. w Expressie Wieczornym zamieścił informacje o tym, iż poszukuje osób, które znalazły się na jego wojennych fotografiach. Okazało się, że dziewczynka ze zdjęcia przeżyła wojnę. Była nią Kazimiera Mika, z domu Kostewicz. We wrześniu 1939 roku miała 12 lat. Wraz z rodzicami i szóstką rodzeństwa mieszkała na Powązkach. Każdego dnia ktoś wysyłany był po jedzenie do gospodarza Neumana na ul. Tatarską. 13 września przyszła kolej na jej siostrę Andzię, która była od Kazimiery starsza o dwa lata. Kiedy przechodziła otwartym polem przy cmentarzu, nagle pojawiły się niemieckie samoloty. Dokonały one obstrzału ludności cywilnej. Niestety jeden z pocisków trafił Andzię w szyję, a szrapnel pod łopatkę. Kazimiera znalazła siostrę następnego dnia, a całą sytuację udokumentował Bryan. Udało mu się zrobić kilka zdjęć jak i nakręcić krótki film. Po tym wszystkim odłożył sprzęt i przytulił dziewczynkę, chcąc jej jakoś pomóc. 

fot. Julien Bryan 


Po wojnie reporter kilkukrotnie spotykał się z panią Kazimierą, a teraz jego pracę kontynuuje syn. Z okazji 70. rocznicy wydarzeń wrześniowych otwarto w Warszawie wystawę upamiętniającą pracę Juliena Bryana. Znalazła się na niej także pani Kazimiera. Tak wspomina tamte wydarzenia.  


fot. Julien Bryan 

Polecam również zobaczyć film stworzony przez Bryana:



źródła:
https://fototekst.pl/czarny-wrzesien-1939/
http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34889,6986800,Bohaterowie_zdjec_sprzed_70_lat.html
http://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/prosze-wybacz-mi-warszawe,145072.html
http://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/70-lat-a-ja-ciagle-drze-gdy-widze-to-zdjecie,144970.html





poniedziałek, 2 stycznia 2017

Tragedia na Przełęczy Diatłowa

Tylko w samym XX wieku miało miejsce wiele wydarzeń, które do dziś pozostają dla nas zagadką. Jednym z nich jest tragedia na Przełęczy Diatłowa, kiedy to w 1959 roku w tajemniczych okolicznościach zginęło 9 uczestników studenckiej wyprawy w góry Uralu. 


namiot ekspedycji


W styczniu 1959 grupa rosyjskich turystów pod kierownictwem Igora Diatłowa ruszyła na wyprawę, której celem było zdobycie szczytu Otorten 1234,2 m n.p.m. Jej celem było przygotowanie podróżników do warunków arktycznych na wypadek przyszłych ekspedycji polarnych. Zaplanowana przez nich trasa o długości 350 kilometrów miała najwyższy, III stopień trudności. W skład wyprawy wchodzili Zinaida Kołmogorowa, Ludmiła Dubinina, Aleksandr Kolewatow, Rustem Słobodin, Jurij Kriwoniszczenko, Jurij Doroszenko, Nikołaj Thibeaux-Brignolle, Jurij Judin, Siemion Zołotariow oraz Igor Diatłow. 26 stycznia grupa znalazła się we wsi Wiżaj, która stanowiła punkt startowy. Na miejscu okazało się, że Jurij Judin z powodu choroby musi zrezygnować z dalszej podróży. Nie wiedział wtedy, że ocali mu to życie.

Mimo ostrzeżeń ze strony lokalnych mieszkańców o sporym niebezpieczeństwie, studenci chcą stanąć na szczycie, albowiem nikt jeszcze nie dokonał tego w okresie zimowym. Warto dodać, że dla Mansów, rdzennych mieszkańców Uralu - okolice szczytu uważane były za święte, zakazane. Ponieważ były to niezwykle odludne tereny, jakikolwiek kontakt z grupą był niemożliwy. Diatłow ustalił wcześniej, że po powrocie od razu wyśle znajomym telegram z informacją o sukcesie wyprawy. Termin ustalono na 12 lutego. Brak jakichkolwiek informacji o grupie początkowo nie dziwił, albowiem spodziewano się lekkiego opóźnienia. 15 lutego zostaje ogłoszony jednak alarm, a pomoc wyrusza dopiero 5 dni później.  

Na miejscu zjawiają się zarówno znajomi studentów jak i jednostki wojska oraz milicji. 26 lutego jednej z grup udaje się znaleźć w okolicy Chołatczachl ślady turystów prowadzące na przełęcz u stóp szczytu. Po wydostaniu się poza linię drzew napotykają namiot wyprawy Diatłowa. Jest on poważnie uszkodzony, w jego wnętrzu znajdują się wszelkie rzeczy niezbędne do przeżycia, a co najdziwniejsze - został on rozcięty od wewnątrz. Wokół namiotu widać ślady ludzkich stóp. Kierując się wzdłuż nich w stronę lasu sosnowego, ekipa natrafia na dwa pierwsze ciała. Są to Kriwoniszczenko i Doroszenko, bosi i ubrani tylko w bieliznę. W nocy rozpalili oni ognisko jednak nie uratowało ich to przed zamarznięciem. 300 metrów dalej spod śniegu wystaje ciało Diatłowa. Rozpoczyna się śledztwo. Do 5 marca udaje się znaleźć 2 kolejne ciała: Słobodina i Kołmogorowej. Wszystkie ciała posiadały na sobie mniej lub więcej ubrań oraz widoczne ślady odmrożeń. Z powodu dużej warstwy śniegu i trudnych warunków atmosferycznych, dalsze poszukiwania zostają wstrzymane do wiosny. 



4 maja w małym wąwozie odnalezione zostają pozostałe 4 ciała. Ich stan był jednak zupełnie inny od wcześniej zbadanych. Thibeaux-Brignolle miał strzaskaną czaszkę, Dubinina złamania 10 żeber po obydwu stronach klatki piersiowej, Zołotariow połamanych 6 żeber, a Kolewatow ranę skroni do kości. Oprócz tego ciała Zołotariowa i Dubininej nie miały oczu, a Dubinina miała także wyrwany język oraz część twarzy. Prowadzący sekcję lekarz stwierdził, że takie obrażenia powstają zwykle podczas wypadku samochodowego i nie mogą być spowodowane udziałem osób trzecich. Kiedy na niektórych ubraniach wykryto ślady promieniowania, prowadzący sprawę prokurator otrzymał od władz polecenie natychmiastowego zamknięcia sprawy, a jej akta aż do lat 80. zostają utajnione i zamknięte w archiwum. 

ciało Dubininej 

Oczywiście od samego początku wokół całej sprawy narosło wiele legend i hipotez. Udało się ustalić, że do feralnego zdarzenia doszło w nocy z 1 na 2 lutego. Z nieznanych dotąd przyczyn nagle wszyscy uczestnicy ekspedycji w pośpiechu opuścili namiot. Dlatego też praktycznie każda z osób nie miała na sobie kompletnej wierzchniej odzieży. Trzeba też sobie zdać sprawę z faktu, że na zewnątrz panowało ponad - 20 stopni Celsjusza, a przy silnym wietrze temperatura odczuwalna była jeszcze niższa. W takich warunkach człowiek długo nie wytrzyma, tym bardziej bez ubrania. 

Śledczy brali pod uwagę kilka wydarzeń. Jednym z nich był atak Mansów rozwścieczonych wejściem nieproszonych gości na zakazany teren. Nie znaleziono jednak żadnych śladów osób trzecich. Inną hipotezą było zejście lawiny, jednak nie doszukano się śladów tego zjawiska (o tym w dalszej części tekstu). Bardzo wiele mówiono o tym, iż wyprawa znalazła się na terenie poligonu wojskowego, gdzie testowano nową broń. Wielokrotnie znajdowano w rejonie szczytu metalowe fragmenty, które mogłyby wskazywać na wykorzystywanie rakiet lub bomb - stąd też ślady promieniowania. 

Istnieje także hipoteza związana z istotami pozaziemskimi. Tylko w samym lutym i marcu 1959 roku wiele osób zaobserwowało na niebie duże i niezwykle jasne kule, które przez długi czas utrzymywały się na niebie. Być może jedna z nich została uwieczniona na ostatnim zdjęciu wykonanym przez członków ekspedycji. 



Pojawiła się także informacja o człowieku śniegu. Choć wykluczono udział osób trzecich, to jednak obrażenia na ciałach wskazywać mogą na działanie dużej siły. Brak części twarzy u Dubininej może sugerować udział zwierząt, jednak teren ten znany jest w okresie zimowym z tego, że nie zapuszczają się tam zwykle wilki czy niedźwiedzie. W internecie można natrafić na jedno ze zdjęć wywołanych z aparatu Diatłowa. Trudno orzec, czy w tym wypadku jest ono autentyczne i kogo przedstawia. 



Od wielu lat niektórzy twierdzą, że na działanie grupy studentów miały silny wpływ infradźwięki, czyli fale dźwiękowe, które nie są słyszalne przez ludzkie ucho. Mogą być wywoływane przez silne wiatry, lawiny, wybuchy, rakiety lub przelatujące odrzutowce. Choć ich nie słyszymy, to jednak mogą one powodować u nas głębokie stany depresyjne i poczucie nagłej paniki. Mogłoby wtedy dojść do takiego zdarzenia u studentów, jednak wciąż nie pozostaje rozwiązana sprawa poważnych obrażeń głowy czy klatki piersiowej. 

Jeden z badaczy, Jewgenij Bujanowow, po niezwykle żmudnym i dokładnym śledztwie ustalił, że przyczyną tej tragedii mogła być mała lawina - osunięcie deski śnieżnej. tuż nad namiotem. Spowodowała ona poważne obrażenia u części osób, a także nagły atak paniki przed kolejną lawiną. Szczegółowo o tej hipotezie możecie przeczytać pod tym linkiem. 

Na koniec warto dodać, że nie był to jedyny taki przypadek w rejonie Góry Śmierci. Przez kolejne kilkadziesiąt lat dochodziło do kilku niewytłumaczalnych zdarzeń, kiedy to w tajemniczych okolicznościach ginęli członkowie ekspedycji lub nawet całe wyprawy. Świadkowie tych wydarzeń lub też przeprowadzane przez śledczych badania wskazują zawsze na ten sam czynnik - nagły atak paniki, stany lękowe, szybkie opuszczenie bezpiecznego miejsca. 

źródła:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Tragedia_na_Prze%C5%82%C4%99czy_Diat%C5%82owa
http://www.planetagor.pl/articles/entry/Tajemnica-tragedii-na-prze-czy-Diat-owa-cz-I-pytania-bez-odpowiedzi
http://wmrokuhistorii.blogspot.com/2014/03/tragedia-na-przeeczy-diatowa.html
http://strefatajemnic.onet.pl/extra/smierc-na-przeleczy-diatlowa/brw48





sobota, 24 grudnia 2016

Rozejm bożonarodzeniowy

Okres świąteczny to czas, w którym dochodziło do wielu niezwykłych wydarzeń. Jednym z nich był tak zwany rozejm bożonarodzeniowy, kiedy to na okres kilku dni żołnierze niemieccy i brytyjscy zdecydowali się ogłosić nieformalne zawieszenie broni, aby wszyscy mogli w spokoju spędzić święta.

fot. NN


I wojna światowa była jedną z najbardziej krwawych i moim zdaniem bezsensownych w historii. Miliony ofiar w wojnach okopowych i walki o kilka kilometrów czy nawet metrów ziemi nie były w żaden sposób warte tylu osób. W lecie 1914 roku większość żołnierzy wyruszała na linię frontu z nadzieją i pewnością, że wojna zakończy się w ciągu kilku tygodni. Tymczasem w grudniu po obu stronach mroźnych i ponurych okopów miliony osób musiały spędzić święta z dala od rodzin. Dowódcy nie zareagowali przy tym na apel papieża Benedykta XV, aby w okresie świątecznym zaprzestano walk.

24 grudnia w okolicach Ypres, korzystając z ciszy na froncie, niemieccy żołnierze postanowili udekorować lampkami i ozdobami świątecznymi teren przy swych okopach. Ich pozycje zostały rozświetlone przez świece, lampki, a także drzewka świąteczne. Brytyjska strona bała się prowokacji ze strony wroga, jednak nie zarządziła ostrzału. Tymczasem niemieccy żołnierze zaczęli śpiewać kolędę Cicha noc, do której szybko przyłączyli się Brytyjczycy. Ta chwila zadecydowała i obie strony nagle zaczęły wychodzić z okopów. Do takich spotkań dochodziło na wielu odcinkach frontu belgijskiego, na ziemi niczyjej.

Obie strony zaczęły wymieniać się podarunkami. Niemcy sprezentowali Brytyjczykom między innymi beczkę piwa, a ci odwdzięczyli się śliwkowym puddingiem. Wkrótce do szeregowców dołączyli także oficerowie, którzy między sobą uwzględnili zawieszenie ognia przynajmniej do końca okresu świątecznego. Było to niezwykłe wydarzenie. Żołnierze, którzy jeszcze przed chwilą mogli się pozabijać, nagle wspólnie spędzali czas. Była to dla nich namiastka rodzinnej atmosfery jak i odskocznia od codziennych trudów frontowych.

Na drugi dzień obie strony zebrały i pochowały swych poległych, a często zdarzało się, że wspólnie uczestniczono w ceremoniach pogrzebowych. W pobliżu Armentieres rozegrano najbardziej znany z tego okresu mecz piłkarski, zakończony zwycięstwem Niemców nad Brytyjczykami 3:2. Na innych odcinkach frontu dochodziło także do bratania się niemieckich żołnierzy z francuskimi, belgijskimi, hinduskimi czy nawet Algierczykami. Dla wielu osób była to okazja do skonfrontowania się z fałszywymi i panującymi do tej pory po obu stronach stereotypami.

fot. NN


Dopiero po kilkunastu godzinach wieści o rozejmie dotarły do dowództwa. Oczywiście za wszelką cenę starało się ono zakończyć ten stan, jednak w wielu miejscach mimo ustalonej wcześniej godziny 8:30, 26 grudnia nie rozpoczęto walk. W niektórych odcinkach rozejm trwał do nowego roku, a nawet 3 stycznia. Szacuje się, że w rozejmie mogło brać udział ponad 100 tysięcy żołnierzy. Dla wielu z nich powrót do codzienności po tych wydarzeniach był niezwykle trudny – jak można strzelać do kogoś, z kim dopiero co się wymieniło podarunkami, rozmawiało o swych rodzinach?! Dowództwo zdecydowało się po świętach najczęściej na wymianę stacjonujących jednostek, aby nie mogło dojść do ponownego bratania się.

W kolejnych latach dochodziło do ponownych prób bratania się, jednak były to sytuacje jednostkowe, a tym bardziej zapobieganie przez generałów.

Wydarzenie to na trwałe zapisało się w historii. W ostatnim czasie zostało przypomniane dzięki filmowi Joyeux Noel oraz reklamie firmy Sainsbury's.





Źródła:
http://pierwszawojna.info/historie/boze-narodzenie-1914/
http://dzieje.pl/aktualnosci/rozejm-bozonarodzeniowy-swiateczne-pojednanie-zolnierzy-w-1914-r
https://pl.wikipedia.org/wiki/Rozejm_bo%C5%BConarodzeniowy