Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 września 2022

Atta Kenare - tragedia w Bam

Zapominamy często o tym, jak wielkie niebezpieczeństwo czai się pod nami. Jednak Ziemia przypomina o sobie licznymi trzęsieniami, które doprowadzają do mniejszych kub większych katastrof. Jednym z krajów, który mocno ucierpiał w wyniku takich zdarzeń jest Iran. W grudniu 2003 roku w ułamku chwili zniszczeniu uległo miasto Bam.


fot. Atta Kenare


26 grudnia o godzinie 01:56 miasto Bam w południowo-wschodnim Iranie zostało nawiedzone przez trzęsienie o sile 6,6 w skali Richtera. Jego epicentrum znajdowało się 10 kilometrów na południowy zachód do miasta. Choć główne wstrząsy trwały mniej niż pół minuty, to jednak przyczyniły się do kolosalnych zniszczeń. Do końca nie wiadomo, jaka była liczba ofiar, jednak najczęściej mówi się o 26-34 tysiącach, gdzie rannych było nawet kilka razy więcej. To najtragiczniejsze tego typu wydarzenie w historii kraju.

Tak duża liczba ofiar spowodowana była nie tylko samym trzęsieniem, lecz w szczególności lokalnymi warunkami mieszkalnymi. Większość obiektów zbudowanych zostało z marnej jakości cegły, przez co w ułamku sekund zapadało się niczym domki z kart, grzebiąc śpiących mieszkańców. Przeprowadzone analizy wykazały, że aż 90% budynków i elementów infrastruktury w rejonie Bam zostało uszkodzonych lub zniszczonych, gdzie 70% domów zostało wręcz całkowicie zniszczonych. Blisko 100 tysięcy osób zostało bez dachu nad głową.

Jednym z powodów tak dużej liczby ofiar było to, że stosunkowo ciężkie dachy zapadały się, niwelując obszar ewentualnych kieszeni powietrznych. Przez to właśnie wszechobecny kurz i brak tlenu powodowały, że spora część ofiar niestety udusiła się. To właśnie takie ofiary na swoich zdjęciach uwiecznił Atta Kenare. Irański fotograf przybył na miejsce dzień po tragedii, gdzie był świadkiem wielu ludzkich dramatów. Na prezentowanym zdjęciu widzimy ojca, który niesie swoich dwóch martwych synów. Po wyglądzie ich ciał można się domyślać, że to właśnie uduszenie najprawdopodobniej było przyczyną śmierci. Ciężko nawet wyobrazić sobie, jak wielki to był dramat dla tego mężczyzny.

Wśród relacji mieszkańców Bam powtarzają się historie, gdzie ludzie mieli kontakt ze swoimi bliskimi, by ci po kilku czy kilkunastu minutach zamilkli na zawsze. Dopełnia to obraz tragedii samych ofiar, jak i rodzin, które nie miały możliwości przyjścia z pomocą. Choć warto wspomnieć, że zdarzały się cudowne i szczęśliwe chwile dla ratowników. Ostatnią żywą osobę wyciągnięto spod gruzów dopiero 8 stycznia, a więc blisko 2 tygodnie po trzęsieniu.

Iran w tym czasie mógł liczyć na międzynarodową pomoc, a trzęsienie w Bam przyczyniło się również do opracowania nowych przepisów budowlanych, jak i również norm dla ekip ratunkowych. Dziś miasto zostało odbudowane, lecz wielu ocalonych wciąż zmaga się z traumą wynikającą z tamtych wydarzeń.

Zdjęcie to nagrodzone zostało 2. miejscem w konkursie World Press Photo 2004 w kategorii Wydarzenia. 

Źródła:

https://www.borna.news

https://en.wikipedia.org/wiki/2003_Bam_earthquake

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

World Press Photo 2020: Tomasz Kaczor - Przebudzenie

Choć mamy wielu wybitnych fotografów, to jednak dopiero pierwszy raz w historii zdarzyło się, aby osoba z Polski została nominowana do głównej nagrody w konkursie World Press Photo. Choć słynna i prestiżowa nagroda trafiła w ręce Yasuyoshiego Chiby z Japonii, to jednak Tomasz Kaczor zdobył główną nagrodę w kategorii Portret. Co warto wiedzieć o tej fotografii?

fot. Tomasz Kaczor



W 2018 roku w tej samej kategorii główną nagrodę otrzymał Magnus Wennman. Udało mu się zrobić zdjęcie dwóch dziewczynek z Kosowa, które w ośrodku w Szwecji zapadły na tajemniczy syndrom rezygnacji. Tym dziwnym przypadkiem zainteresowała się Dorota Borodaj, żona Tomasza Kaczora. Postanowiła napisać o tej chorobie artykuł dla Dużego Formatu. Okazało się, że w Polsce w ośrodku dla uchodźców w Dębaku jest właśnie taka dziewczynka, Ewa, która pochodzi z Armenii. Wraz z rodzicami zmuszona była do ucieczki z kraju, skąd trafili do Szwecji. Tam właśnie zaczęły się problemy zdrowotne dziewczynki. Zapadła ona na coraz częściej spotykany syndrom rezygnacji. Jest to zespół objawów przypominających śpiączkę, który dotyka dzieci imigrantów. 

Naukowcy odkryli, że dzieci imigrantów, które zostały poddane traumie mogą właśnie zapaść na taką niewyjaśnioną śpiączkę. Na początku zaprzestają aktywności fizycznej, później jeść i pić. Ostatecznie ich stan faktycznie przypomina znamiona letargu. Według lekarzy ze Skandynawii jest to u dzieci reakcja na brak poczucia bezpieczeństwa. Może stanowić także formę obrony. Wiele z nich przeżyło bowiem ciężkie czasy: utratę rodziny, bliskich, znajomych, domu, widok wojny, trafienie do zupełnie obcego miejsca. Zdaniem lekarzy na chwilę obecną nie ma zarówno dokładnej przyczyny jak i sposobu leczenia. Zalecana jest jedynie terapia podobna do tej, jaką stosuje się u dzieci w śpiączce. Część osób po pewnym czasie wybudza się z tego stanu, inne zaś wciąż tkwią w zawieszeniu między snem a jawą. Sporo o tym temacie mówi dokument dostępny na Netfliksie: Pokonani przez życie. 




Dorota Borodaj szybko zapoznała się z Ewą i jej rodziną, którym towarzyszyła przez kilka miesięcy. Na całe szczęście dziewczyna stale robiła postępy w rehabilitacji. Redakcja poprosiła dziennikarkę o możliwość zrobienia zdjęć do artykułu. Ta naturalnie zgłosiła się z tym do męża. Rodzina Ewy nie miała nic przeciwko, dlatego Tomaszowi Kaczorowi udało się zrobić szybką serię kilku zdjęć. Najbardziej przenikliwy i przykuwający uwagę był portret Ewy otoczonej przez bliskich. Na tym zdjęciu dziewczyna wygląda niezwykle dojrzale, wręcz trudno uwierzyć, że ma tylko 15 lat. Był to czas, kiedy dziewczyna znajdowała się już w kolejnej fazie wybudzenia, jednak wciąż musiała być karmiona przez sondę. W szczególności wrażenie robią oczy Ewy, która zdaje się patrzyć w obiektyw wzrokiem dorosłej i doświadczonej życiowo osoby. Dziś na całe szczęście jest już zdrowa, chodzi do szkoły, a także całkiem dobrze mówi po polsku. Niestety jej rodzina wciąż zmaga się z odmowami w sprawie przyznania specjalnego statusu uchodźcy. Dlatego ich przyszłość w Polsce wciąż jest niepewna. 

Źródła:
https://www.fotopolis.pl/inspiracje/wywiady/33483-cos-wiecej-niz-ilustracja-do-tekstu-tomasz-kaczor-opowiada-nam-o-zdjeciu-nagrodzonym-w-world-press-photo-2020
https://kultura.onet.pl/wiadomosci/polski-fotograf-z-world-press-photo-tomasz-kaczor-czujemy-sie-bezpieczni-ale-nie/g387re3
https://noizz.pl/film/pokonani-przez-zycie-dzieci-imigrantow-zapadaja-w-spiaczke/spqwqj5
https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-04-18/dzieci-zmuszone-do-emigracji-przezywaja-pieklo-tomasz-kaczor-o-nagrodzonej-fotografii/

środa, 13 marca 2019

George Junius Stinney - skazany za niewinność

Tak często łączone hasła prawa i sprawiedliwości nie zawsze idą ze sobą w parze. W dziejach mieliśmy już wiele przypadków, kiedy niewinne osoby skazano na surowe wyroki czy nawet karę śmierci. Jedna z takich mniej znanych historii dotyczy 14-letniego George'a Juniusa Stinney'a Jr. 


fot. N.N


Lata 40. XX wieku w Stanach Zjednoczonych to okres, w którym wciąż panuje segregacja rasowa, w szczególności widoczna w południowych stanach. Choć wielu czarnoskórych żołnierzy walczy na frontach II wojny światowej, to jednak wciąż spotykają się z wykluczeniem, rasizmem (świetnym przykładem tego zjawiska jest nominowany do Oskarów film Mudbound). W samej Ameryce ciemnoskóra ludność musi korzystać z osobnych miejsc w autobusach, kin, hoteli czy restauracji. Na porządku dziennym są wszelkie nadużycia policyjne. Idealnym i niestety tragicznym tego przykładem jest George Junius Stinney.

W 1944 roku w miasteczku Alcolu w Południowej Karolinie dochodzi do morderstwa dwóch białych dziewczynek, 11-letniej Betty June Binnicker i 8-letniej Mary Emmy Thames. Następnego dnia policja zatrzymuje George'a jako podejrzanego. Według funkcjonariuszy chłopiec na posterunku przyznaje się do postawionych mu zarzutów. Wkrótce dochodzi do procesu, który trwa łącznie mniej niż 3 godziny. Ława przysięgłych składająca się jedynie z białych obywateli wydaje werdykt, a sędzia uznaje chłopca winnym, skazując go na karę śmierci. Obrońca nie wykazuje większych chęci pomocy, pomijając nawet opcję odwołania się od wyroku. Po kilku miesiącach dochodzi do egzekucji na krześle elektrycznym. Strażnicy mieli ponoć spore problemy z dostosowaniem krzesła do wątłej budowy ciała chłopca, a w czasie wykonywania wyroku odsłoniła się spod maski przerażona twarz George'a. Stał się on jedną z najmłodszych osób skazanych na karę śmierci. 

Jeszcze przed wyrokiem wiele osób wysyłało do gubernatora stanu listy z prośbą o ułaskawienie. Ten jednak w roku wyborów bał się negatywnej opinii publicznej, przez co odmówił skorzystania z tego prawa. Tuż po wyroku, Catherine, siostra George'a rozpoczęła walkę o dobre imię chłopca. 

Od początku wiele na to wskazywało, że został on niesłusznie skazany. Przede wszystkim obie dziewczynki zabito przez zadanie wielu ciosów ciężką belką kolejową. Wątpliwie, aby chłopiec o wadze ledwie 40 kg mógł dysponować taką siłą. Zeznania policyjne również budzą wiele zastrzeżeń. George miał się ponoć przyznać do uderzenia dziewczynek w obronie własnej. Nie ma z przesłuchań żadnych nagrań, protokołów, jedynie notatki obu policjantów. Wszystko na to wskazuje, że same zeznania zostały wymuszone w czasie tortur. Odmawiając łaski, gubernator argumentował ten fakt, iż obie dziewczynki zostały zgwałcone przez chłopca. Tymczasem żadne badania medyczne nie potwierdzają takiego zdarzenia. 

Dopiero w 2004 roku lokalny historyk, George Frierson zaczął żmudne zbieranie wszelkich informacji na temat chłopca i wydarzeń sprzed 60 lat. Dzięki jego staraniom i ponownym otwarciu sprawy, w 2014 roku sąd orzekł, że George Junius Stinney został niesłusznie skazany na karę śmierci, jak i również nie zagwarantowano mu praw zawartych w konstytucji.  

Tak według filmowców mogła wyglądać egzekucja chłopca:



Źródła:
https://en.wikipedia.org/wiki/George_Stinney








niedziela, 18 listopada 2018

Wait for me, Daddy

II wojna światowa zakończyła się ogromnymi stratami ludzkimi, zmianami kulturowymi, społecznymi jak i terytorialnymi. Przyniosła jednak również wiele ikonicznych zdjęć, które stały się symbolami tamtych czasów. Jednym z częściej spotykanych obrazów, które można znaleźć w książkach historycznych jest fotografia z 1940 roku, ukazująca pożegnanie syna z ojcem wyruszającym na wojnę. 

fot. Claude P. Dettloff

Gdy 3 września zgodnie z obowiązującymi traktatami i umowami Wielka Brytania wypowiedziała wojnę III Rzeszy, w ciągu kilku dni wydarzenia w Europie przemieniły się w światowy konflikt. Wraz z Wyspiarzami do wojny przystąpiły Indie, Kanada, Nowa Zelandia, Australia czy Związek Południowej Afryki. Dla setek tysięcy mężczyzn oznaczało to pobór oraz wyruszenie na wojnę. 

Jack Bernard od początku wojny służył w Regimencie Kolumbii Brytyjskiej (Duke of Connaught's Own Rifles). Przez pierwszy rok działań zbrojnych jego jednostka pozostawała jednak na terenie Kanady, strzegąc wybrzeża przed możliwym atakiem wroga. 1 października 1940 roku wyruszyć miała w nieznane żołnierzom miejsce. Tego dnia Claude P. Dettloff, fotograf z gazety The Province wybrał się na ulice New Westminster w Kolumbii Brytyjskiej, aby wykonać kilka zdjęć z przemarszu mężczyzn. Gdy przymierzał się do wykonania kolejnego ujęcia, nagle z tłumu gapiów wybiegł mały chłopiec. Okazało się, że był nim pięcioletni Warren "Whitey" Bernard, syn Jacka. Tuż za nim widać, próbującą złapać syna, Bernice.  

Zdjęcie stało się ikoniczne, pokazując to, czego zwykle nie widać na zdjęciach wojennych - rozłąki z rodziną. Choć sądząc po uśmiechach żołnierzy, panuje tu miła atmosfera, to jednak dla większości z nich był to moment, w którym opuszczali najbliższych na najbliższe 5 lat. Żaden z nich zapewne nie zdawał sobie sprawy, że wojną, na którą wyruszają, zabierze im aż tyle lat życia. Fotografia ta szybko opublikowana została w lokalnych gazetach, a nawet w magazynie Life. Wisiała przy tym praktycznie w każdej szkole w Kolumbii Brytyjskiej. 

Regiment ku zaskoczeniu żołnierzy został przeniesiony w inny region Kanady, gdzie przez kolejne dwa lata nadal strzegł wybrzeża. Dopiero w 1942 został przetransportowany do Anglii. Do boju żołnierze ruszyli w lipcu 1944 roku w północnej Francji. Następnie walczyli w Holandii oraz w Niemczech. Do końca wojny spośród mężczyzn widocznych na zdjęciu 122 zginęło, a 213 odniosło rany. Na całe szczęście Jack cały i zdrowy powrócił do rodzinnego domu. Oczywiście lokalni reporterzy nie omieszkali uwiecznić tego momentu na zdjęciu. Małżeństwo Jacka nie przetrwało jednak próby czasu i kilka lat później doszło do rozwodu. Niemniej jednak, w przeciwieństwie do milionów innych żołnierzy na całym świecie, mógł się cieszyć, że udało mu się bez szwanku wrócić z piekła wojny. 

fot. Claude P. Dettloff



Źródła: https://rarehistoricalphotos.com/wait-for-me-daddy-1940/
https://en.wikipedia.org/wiki/Wait_for_Me,_Daddy


wtorek, 13 marca 2018

Agent Orange - niewidzialny amerykański zabójca

Wojna w Wietnamie z pewnością była jedną z najbardziej brutalnych w II połowie XX wieku. Starcie komunizmu z kapitalizmem przyczyniło się do śmierci kilku milionów osób, dokonując wręcz istnego spustoszenia w tym azjatyckim regionie. Obie strony decydowały się na radykalne metody walki z wrogiem, jednak bez wątpienia najgroźniejsze skutki niosło ze sobą użycie przez siły amerykańskie środków do opryskiwania roślin. Jeden z nich, zwany Agentem Orange, do dziś nęka Wietnamczyków.

fot. Marie Dorigny


Jak zapewne niektórzy czytelnicy wiedzą, siła wojsk Wietnamu Północnego tkwiła przede wszystkim w działaniach partyzanckich prowadzonych w dżungli. To właśnie dżungla, lasy, liczne wioski w ich sąsiedztwie stanowiły bazy operacyjne Wietkongu. Dzięki licznym kanałom przerzutowym, pomocy ludności wiejskiej, partyzanci oraz regularna armia mogły prowadzić działania obronne i zaczepne z wrogiem. Zdając sobie sprawę z naturalnego obrońcy Wietkongu, Amerykanie wpadli na pomysł likwidacji chroniącej ich roślinności.

W tym celu do Wietnamu zaczęto sprowadzać ogromne ilości herbicydów. Jest to rodzaj pestycydów, których zadaniem było wyniszczenie drzew, pól uprawnych. Do początku lat 70. w ramach operacji Ranch Hand na wietnamskie pola i lasy zrzucono ponad 70 mln litrów herbicydów. Przyjmuje się, że spryskano około 1/4 Wietnamu Południowego, obszar, na którym mieszkało 4,5 miliona osób. Pestycydy miały działać niczym trujący napalm, skutecznie eliminując kryjówki i zaplecze żywieniowe Wietkongu. Ogromną część zrzuconych pestycydów stanowił Agent Orange. Jego nazwa wzięła się od koloru oznaczeń na beczkach, w którym go przechowywano. Mamy tutaj do czynienia z niezwykle silnym defoliantem, który całkiem szybko i skutecznie niszczył rośliny szerokolistne, uprawy warzywne, krzewy i drzewa liściaste. Jest on w stanie niszczyć młode drzewa w ciągu 3-4 tygodni. 

Dopiero po pewnym czasie okazało się, że Agent Orange zawierał TCDD – groźną dioksynę, która ma szkodliwy wpływ na zdrowie ludzi. Badania dowiodły, że okres połowicznego zaniku tej dioksyny w ciele człowieka wynosi ok. 10-15 lat, natomiast w wodach gruntowych wydłuża się nawet do ponad 100 lat. Dodatkowo odkłada się w tłuszczu zwierząt, przez co oczywiście wędruje w górę łańcucha pokarmowego. Nie trzeba w tym wypadku przypominać, że ogromne ilości tego środka dostały się do wód gruntowych, przez co będą nadal aktywne przynajmniej przez najbliższe 50 lat. 

Agent Orange ma potworny wpływ na ludzki organizm. Przede wszystkim ma zgubny wpływ na nasze geny. Po zakończeniu wojny szybko zaczęto zauważać gigantyczny wzrost liczby zachorowań na nowotwory, jak i narodzin chorych oraz zdeformowanych dzieci. Czynnik ten powoduje charakterystyczne zmiany wyglądu twarzy, deformacje płodów, poronienia, upośledzenia oraz niedorozwój. Defekty genetyczne sprawiły, że kilka pokoleń musi żyć z piętnem różnych chorób i zmian cielesnych. Wietnamskie władze oszacowały, że od czasu zakończenia wojny w wyniku kontaktu z Agentem Orange, śmierć poniosło około 400 tysięcy osób, a na świat przyszło ponad pół miliona dzieci z wadami genetycznymi. Wietnamskie Stowarzyszenie Ofiar Agent Orange (VAVA) twierdzi, że obecnie w Wietnamie żyje blisko 3 miliony ludzi dotkniętych działaniem substancji. 

fot. Marie Dorigny



Oczywiście do dziś rząd amerykański nie chce oficjalnie uznać, że Agent Orange ma wpływ na wymienione wyżej cierpienia. Zaakceptowanie wyników badań byłoby dla Amerykanów jednoznacznym przyznaniem się do stosowania broni chemicznej, a co za tym idzie, popełnienia zbrodni wojennej. Amerykańscy weterani, którzy mieli styczność z Agentem Orange, już w latach 80. wywalczyli odszkodowanie w wysokości 180 mln dolarów. Mimo składania pojedynczych i zbiorowych pozwów Wietnamczyków, wszystkie są konsekwentnie oddalane przez amerykańskie sądy. 

Zapewne nigdy nie doczekamy się ukarania winnych czy też stosownego programu pomocy dla Wietnamu ze strony Stanów Zjednoczonych. 

Zaprezentowane zdjęcia zostały wykonane w 1990 roku przez francuską fotografkę, Marie Dorigny. Mimo upływu blisko 30 lat, nadal mieszkańcy wielu wiosek czy miast wietnamskich borykają się z podobnymi problemami. 

Źródła:
http://fakty.interia.pl/swiat/news-trzy-pokolenia-ofiar-agent-orange,nId,1888721
http://hoga.pl/dobry-temat/agent-orange-czyli-wojna-zbiera-zniwo-po-40-latach-od-jej-konca/
http://bejsment.com/2012/03/13/do-ass/

piątek, 20 stycznia 2017

Radosław Sikorski - Prochy Świętych

Praktycznie każda wojna kończy się cierpieniem ludności cywilnej. Śmierć, rany, konieczność ucieczki z domu to prawdziwy obraz wielu konfliktów. Jeden z nich zrelacjonowany został przez Radosława Sikorskiego, którego zdjęcie prezentuje ofiary afgańskiej wojny. 


fot. Radosław Sikorski 


Mało kto dziś wie, że Radosław Sikorski w latach 80. był wolnym dziennikarzem pracującym dla kilku brytyjskich redakcji. W 1986 roku wyruszył do Afganistanu jako nieoficjalny korespondent The Sunday Telegraph, Observera oraz BBC. Obok sprzętu oraz środków na wyprawę, nie otrzymał z Wielkiej Brytanii żadnego zabezpieczenia na wypadek schwytania przez Sowietów. Gdyby tak się stało, mógł zostać co najmniej posądzony o szpiegostwo. W przeciwieństwie do wielu zachodnich dziennikarzy czy całych redakcji nie uważał Afganistanu za sprawę już przegraną. Dzięki temu znalazł się w tym kraju w przełomowym momencie wojny. 

Jego wyprawa miała kilka celów. Przede wszystkim chciał ustalić losy niezwykle istotnych zabytków Heratu, a także poznać prawdę o miejscowym powstaniu z 1979 roku. Ponadto agencja Afghan Aid poprosiła go o zebranie informacji o lokalnej ludności cywilnej, zwłaszcza rolnikach. Kilkumiesięczny pobyt w tym kraju obfitował w spotkania z bojownikami, cywilami, przemytnikami, najważniejszymi postaciami dla ruchu oporu. Jako mister Rahim wielokrotnie był świadkiem walk, bombardowań. Zdarzało mu się przemykać pod lufami czołgów i patrolujących żołnierzy. Od mudżahedinów otrzymał nawet AK-47, ale na szczęście nie dane mu było go użyć w razie obrony. Swe przygody i liczne, nader trafne spostrzeżenia zawarł w bardzo dobrej książce: Prochy świętych. Afganistan czas wojny. Warto ją przeczytać, aby bliżej zapoznać się z genezą i charakterystyką radzieckiej interwencji oraz wojny w Afganistanie. Jest to także kawał porządnej pracy reporterskiej. 

Była to wojna, podczas której najwięcej cierpiała ludność cywilna. Sowieckie dowództwo stosując prawo odpowiedzialności zbiorowej, często bez przyczyny bombardowało afgańskie miasteczka i wioski lub pod zwykłym pretekstem przebywania w nich wojowników. Kończyło się to najczęściej tragicznie, gdyż nawet głębokie piwnice nie mogły chronić przed silnymi bombami i pociskami. Taka sytuacja przydarzyła się rodzinie na zaprezentowanym zdjęciu. 

Pewnego dnia Sikorski był świadkiem nalotu kilku radzieckich myśliwców. Ich celem nie była jednak wioska, w której aktualnie przebywał, lecz znajdująca się kilka kilometrów dalej Koszk-e Serwan. Kiedy dotarł na miejsce, wydobyto spod gruzów ponad 30 ciał, a nadal nie doliczono się przeszło 40 mieszkańców. Problemem był fakt, iż większość osób chowała się w piwnicach lub specjalnie drążonych tunelach. Gdy co najmniej ćwierć lub półtonowa bomba eksplodowała nad ich głowami, znajdowali się na ogół w śmiertelnej pułapce. Tak reporter relacjonował te wydarzenia:

Poszedłem do sąsiedniego domu. Mieszkańcy przekopywali resztki piwnic, wznosząc chmury kurzu (...) Oczom zebranych ukazał się niebywały widok: w piwnicznej niszy pod łukiem sklepienia, które jakimś cudem ocalało, siedziała z dwójką małych dzieci przy boku zawoalowana kobieta. Ręce wznosili ku górze, jakby za chwilę mieli się wydostać z gruzowiska i podziękować wszystkim za uratowanie. Jedno z dzieci uśmiechało się. Nie ruszali się. Ubrania dzieci, ich twarze, skóra obnażonych ramion były blade, wręcz białe, jakby oprószone mąką; dzieci nie miały żadnych obrażeń. Nie było śladu krwi - ale byli martwi. 
                                                                                            R. Sikorski, Prochy Świętych, Warszawa 2007, s. 192.

Była to tylko jedna z rodzin, które tego dnia straciły życie. Wyglądają oni bardziej jak postaci żywcem przeniesione z antycznych Pompei niż świeże ofiary radzieckiego nalotu. 

Trudno jest do dziś oszacować, jak wiele osób zginęło w wyniku działań wojennych czy późniejszych wybuchów min, których miliony zostały pozostawione przez komunistów. Punktem zwrotnym w czasie wojny, o którym wspomina także autor, było dostarczenie przez USA bojownikom wyrzutni i pocisków Stinger. Od tego momentu Sowieci przestali całkowicie dominować w powietrzu. Wojna w Afganistanie okazała się dla nich porażką jak i jedną z przyczyn rozpadu Imperium. 

Radosław Sikorski w swej książce porusza także ważny aspekt, o którym często pisałem, czyli powinność reporterską:

Patrząc przez obiektyw mego aparatu na zmarłych i umierających, czułem się jak impertynencki podglądacz. Nie ma bardziej intymnego momentu niż śmierć, ale odchodzący nie może nic uczynić, by uniknąć spojrzeń ciekawskich (...) Czułem, że powinienem uczcić zmarłych i cierpiących pełną szacunku ciszą, zmusiłem się jednak do fotografowania. zrobienie i pokazanie zdjęcia było jedynym sposobem na to, by ich los nabrał znaczenia dla reszty świata. 
                                                                                     R. Sikorski, Prochy Świętych, Warszawa 2007, s. 194-195.

W 1988 roku Radosław Sikorski za swe zdjęcie z Afganistanu został nagrodzony w konkursie World Press Photo. 

Na koniec chciałbym podziękować panu Radosławowi Sikorskiemu za zgodę na publikację zdjęcia oraz fragmentów z książki. 

Źródła:
R. Sikorski, Prochy Świętych, Afganistan czas wojny, A.M.F Plus, Warszawa 2007. 




sobota, 7 stycznia 2017

Piekło wojny

Wrzesień 1939 roku stał się początkiem kilkuletniej gehenny narodu polskiego. Już podczas napaści na Polskę, Niemcy wykazywali się często okrucieństwem wobec ludności cywilnej. Jednym z symboli tamtych czasów jest zdjęcie przedstawiające płaczącą dziewczynkę nad ciałem swej starszej siostry. 


fot. Julien Bryan 


W 1939 roku Julien Bryan był już znanym i znakomitym reporterem. Tuż po wybuchu wojny udało mu się przyjechać do Warszawy, aby dokumentować obronę polskiej stolicy. Był on jedynym zagranicznym reporterem w tym czasie, który pozostał w mieście praktycznie do końca oblężenia. Dzięki pomocy ówczesnego prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego, otrzymał samochód i asystenta, co pozwoliło mu na pełniejsze dokumentowanie codziennego życia mieszkańców stolicy. Poprzez jego pracę możemy zobaczyć, jak wyglądała obrona miasta, a także jej tragiczne skutki. Z Warszawy udało mu się wyjechać tuż przez kapitulacją, zabierając ze sobą ponad sześć godzin filmów i 700 zdjęć. 

Jedną z tych fotografii, która pojawiła się wkrótce na okładkach wielu światowych gazet było wspomniane zdjęcie. Stało się jednym z dowodów okrucieństwa niemieckich lotników, którzy bestialsko bombardowali stolicę, wybierając najczęściej cele cywilne. W całym kraju uciekająca ludność nieustannie musiała chronić się przed lotnictwem, które atakowało z broni maszynowej napotkane kolumny jak i pojedyncze osoby. Podobnie również było w Warszawie, gdzie w wielu miejscach poruszanie się po mieście stwarzało ogromne zagrożenie. Jednak chcąc zdobyć jedzenie, należało ryzykować. 

14 września amerykański reporter na tyłach Cmentarza Powązkowskiego w rejonie ul. Ostroroga i Wawrzyszewskiej zauważył na jednym z pól dziewczynkę płaczącą nad ciałem niewiele starszej od niej osoby. Wkrótce okazało się, że była to siostra dziewczynki. Udało mu się zrobić wtedy kilka ujęć, które następnie wykorzystano na okładkach wielu gazet na całym świecie. Opisywana fotografia jest jednym z najbardziej tragicznych i poruszających świadectw września 1939 roku. Aż trudno jest patrzeć na wielki dramat rozgrywający się na naszych oczach. Poza zabitej być może świadczy o wielkim cierpieniu, jakie ją spotkało w ostatnich chwilach życia. Ciężko jest sobie wyobrazić, co musiała czuć dziewczynka w tym momencie. 

Zaraz po wojnie Julien Bryan wrócił do Polski, by dokumentować wygląd stolicy po wyzwoleniu. W latach 50. w Expressie Wieczornym zamieścił informacje o tym, iż poszukuje osób, które znalazły się na jego wojennych fotografiach. Okazało się, że dziewczynka ze zdjęcia przeżyła wojnę. Była nią Kazimiera Mika, z domu Kostewicz. We wrześniu 1939 roku miała 12 lat. Wraz z rodzicami i szóstką rodzeństwa mieszkała na Powązkach. Każdego dnia ktoś wysyłany był po jedzenie do gospodarza Neumana na ul. Tatarską. 13 września przyszła kolej na jej siostrę Andzię, która była od Kazimiery starsza o dwa lata. Kiedy przechodziła otwartym polem przy cmentarzu, nagle pojawiły się niemieckie samoloty. Dokonały one obstrzału ludności cywilnej. Niestety jeden z pocisków trafił Andzię w szyję, a szrapnel pod łopatkę. Kazimiera znalazła siostrę następnego dnia, a całą sytuację udokumentował Bryan. Udało mu się zrobić kilka zdjęć jak i nakręcić krótki film. Po tym wszystkim odłożył sprzęt i przytulił dziewczynkę, chcąc jej jakoś pomóc. 

fot. Julien Bryan 


Po wojnie reporter kilkukrotnie spotykał się z panią Kazimierą, a teraz jego pracę kontynuuje syn. Z okazji 70. rocznicy wydarzeń wrześniowych otwarto w Warszawie wystawę upamiętniającą pracę Juliena Bryana. Znalazła się na niej także pani Kazimiera. Tak wspomina tamte wydarzenia.  


fot. Julien Bryan 

Polecam również zobaczyć film stworzony przez Bryana:



źródła:
https://fototekst.pl/czarny-wrzesien-1939/
http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34889,6986800,Bohaterowie_zdjec_sprzed_70_lat.html
http://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/prosze-wybacz-mi-warszawe,145072.html
http://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/70-lat-a-ja-ciagle-drze-gdy-widze-to-zdjecie,144970.html





czwartek, 3 września 2015

Biesłan 2004

Niedawno w cieniu obchodów wybuchu II wojny światowej minęła rocznica tragicznego zamachu terrorystycznego na szkołę podstawową w Biesłanie. Była to ogromna tragedia, która poprzez działania czeczeńskich terrorystów i rosyjskiego rządu, wstrząsnęła całym światem. 


fot. Viktor Korotayev
Przełom XX i XXI wieku to niezwykle gorący oraz burzliwy okres na Kaukazie. Czeczeni pragnący własnego i niezależnego państwa przeciwstawili się dominującej pozycji Rosjan. Mimo początkowych sukcesów w wyniku wewnętrznych waśni oraz przytłaczającej rosyjskiej przewagi, ich wojska zmuszone były do kapitulacji. Niestety obie czeczeńskie wojny, zwłaszcza bombardowania oraz działania wojsk okupacyjnych przyniosły ogromne straty wśród ludności cywilnej, co miało wpływ na późniejsze wydarzenia w regionie. Czeczenia, Inguszetia, Dagestan stały się w owym czasie idealnym polem dla islamskich ekstremistów. To oni w głównej mierze pod przywództwem Szamila Basajewa postanowili przenieść swe działania poza granice Czeczenii. 

Już w 1995 roku dokonali ataku terrorystycznego na szpital w Budionnowsku, biorąc ponad tysiąc zakładników. Nieudolne działania ze strony rządu doprowadziły do zwycięstwa terrorystów, którzy przyczynili się także do zakończenia I wojny czeczeńskiej. Dla wielu Rosjan była to hańba i powód do wstydu. Kaukaskich terrorystów utwierdziło to tylko w przekonaniu, że są w stanie wygrać z Rosjanami. Zapowiedzieli oni później, że będą wojować z każdym Rosjaninem powyżej 10. roku życia. Tymczasem wkrótce doszło do poważnych zmian na Kremlu, za którego sterami zasiadła osoba przeciwna negocjacjom z terrorystami.

Swe rządy żelaznej ręki Władymir Putin pokazał już podczas czeczeńskiego ataku na moskiewski teatr na Dubrowce. W wyniku próby odbicia zakładników, zginęło aż 133 z nich. Wykorzystanie nieznanego gazu oraz dezinformacja połączona z brakiem planu ewakuacyjnego sprawiły, że można było obejść się bez wielu ofiar cywilnych. Częściowa nieudolność rosyjskich władz oraz nieskoordynowane działania były tylko preludium do tragedii, do jakiej miało dojść niecałe dwa lata później. 

1 września 2004 roku w Biesłanie, mieście w Północnej Osetii, miało miejsce rozpoczęcie nowego roku szkolnego w miejscowej Szkole nr 1. Ponieważ dla miejscowej ludności jest to z reguły ważne wydarzenie, dlatego przed szkołą zgromadziło się wielu rodziców z dziećmi i krewnymi. W pewnym momencie pod szkołę zajechało kilka ciężarówek, z których nagle wyskoczyło wielu zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn. Część z dzieci wzięła początkowo strzały za wybuchające balony. Terroryści szybko zapędzają do szkoły ponad 1100 zakładników, a część opierających się osób mordują na miejscu.  

Rosyjskie władze na początku powtarzają przed kamerami, że najważniejsze jest dla nich życie zakładników. Jednocześnie od samego początku prowadzone są przygotowania nad ewentualnym szturmem. W tym samym czasie działają dwie grupy - negocjacyjna i szturmowa. Tymczasem terroryści doskonale przygotowują się na wypadek ewentualnego szturmu. Większość szkoły zostaje zaminowana, a zakładników stłoczono na sali gimnastycznej. Kilka osób zostaje zabitych dla przykładu, a po pewnym czasie dzieci zmuszone są do picia własnego moczu. 

Po południu, 2 września negocjatorom udało się nakłonić terrorystów do wypuszczenia matek z najmłodszymi dziećmi. To właśnie wtedy Viktor Korotayev wykonał zdjęcie rosyjskiego oficera, Elbrusa Gogichayeva, który niesie na rękach Alyonę Tskayevę. Była ona najmłodszą ocaloną z biesłańskiego dramatu. W tym czasie wszyscy mieli ogromne nadzieje, że uda się rozwiązać konflikt bez użycia siły. Niestety następnego dnia wszystko wymknęło się spod kontroli. Terroryści zgodzili się na usunięcie ciał sprzed szkoły. W momencie przybycia ekipy na miejsce doszło do wymiany ognia. Do dziś nie wiadomo, kto dokładnie zaczął, wiadomo jednak, że wypadki potoczyły się niezwykle szybko.

Do strzelaniny szybko przyłączyli się ojcowie przetrzymywanych dzieci, a narastająca wymiana ognia utwierdziła terrorystów w przekonaniu, że dochodzi właśnie do szturmu. Wkrótce rozpętało się prawdziwe piekło. Czeczeni zaczęli detonować ładunki wybuchowe, brać jeńców jako żywe tarcze. Rosyjskie wojska i służby specjalne do szturmu wykorzystywały miotacze ognia RPO Trzmiel, śmigłowce szturmowe, a nawet czołg. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Sala gimnastyczna stanęła w ogniu, będąc pułapką dla zakładników. Wiele osób uciekało chaotycznie ze szkoły, dostając się w krzyżowy ogień. W czasie szturmu zginęły 334 osoby, a około 700 zostało rannych. Ponad połowę z nich stanowiły dzieci. Wiele z nich zginęło paląc się żywcem na sali gimnastycznej. Niektórzy rodzice rozpoznawali swe dzieci i krewnych jedynie po kawałkach ciała, ubraniach. Dla ocalonych był to dopiero początek wieloletniej gehenny. Większość terrorystów została zabita na miejscu, choć istnieją przesłanki, że cześć z nich wymknęła się podczas panującego chaosu. 

Ten tragiczny dzień obnażył politykę, jaką kierowały się rosyjskie władze. To nie zakładnicy, lecz śmierć terrorystów stała się nadrzędnym celem dla Rosjan. Brak planu szturmu, ewakuacji, czy też opieki nad rannymi tylko zwiększył ostateczną liczbę ofiar. Obok tego władze dążyły do zafałszowania informacji. Początkowo upierały się, że zakładników w szkole jest ledwie kilkuset, a późniejszych ofiar o wiele mniej niż w rzeczywistości. Zagranicznym oraz niezależnym mediom zarzucano bluźnierstwo. Już na drugi dzień rozpoczęto sprzątanie gruzowiska, nie zwracając uwagi na fakt, że spod cegieł i ziemi wystają ludzkie kości i dziecięce zabawki. Oczywiście operacje uznano za sukces. Rodziny ofiar do dzisiaj nie mogą doczekać się jednak sprawiedliwości. 

Skala tej tragedii była tak wielka, że nawet doświadczeni reporterzy nie byli w stanie wytrzymać widoku tylu martwych dziecięcych ciał. Na wiele lat Biesłan stał się miastem żałoby.

Udało mi się dotrzeć do wielu zdjęć z miejsca tragedii, jednak skala ich realizmu i brutalności jest zbyt duża, dlatego publikuję jedynie dwa poniższe.


fot. N.N



            Dziesięć lat po tych tragicznych wydarzeniach bohaterowie zdjęcia spotkali się znów ze sobą.

fot. N.N

Źródła:
http://wiadomosci.onet.pl/prasa/bieslan-sceny-z-dzieciecego-koszmaru/s08kd
https://pl.wikipedia.org/wiki/Atak_terrorystyczny_na_szko%C5%82%C4%99_w_Bies%C5%82anie
Wiktor Bater, Nikt nie spodziewa się rzezi. Notatki korespondenta wojennego, Wydawnictwo: Znak.
http://www.rt.com/news/185624-russia-beslan-tragedy-survivor/




wtorek, 5 maja 2015

One last ride...

Często powiada się, że nie ma gorszej rzeczy dla rodzica niż pochowanie własnego dziecka. Jeszcze gorszą rzeczą jest jednak patrzenie na jego śmierć oraz powolne godzenie się z nadchodzącym końcem. Każdego dnia dziesiątki tysięcy rodzin zmaga się z takimi dramatami i mimo rozwoju medycyny, nadal sporo potyczek z rakiem oraz innymi chorobami kończy się porażką. W 2006 roku Renée C. Byer udokumentowała jedną z takich sytuacji, gdzie Cyndie French towarzyszyła swemu synowi Derekowi w jego zmaganiach z rakiem. 

fot. Renée C. Byer


Pod koniec 2004 roku u Dereka Madsena zdiagnozowano nerwiak zarodkowy (neuroblastoma). Jest on najczęstszym pozaczaszkowym guzem litym wieku dziecięcego, który stanowi około 15% wszystkich dziecięcych guzów złośliwych. Statystycznie szanse przeżycia obliczane są na 50 na 50. Główny okres choroby oraz leczenia w przypadku chłopca miał miejsce, gdy ten ledwo co ukończył 11. rok życia. 

Niestety wszelkie metody leczenia okazały się niewystarczające, w związku z czym Cyndia musiała stopniowo pogodzić się z nadchodzącą śmiercią syna. Postanowiła mimo wszystko wykorzystać ten czas w jak najlepszy sposób, organizując dla niego różne atrakcje, przyjęcia, czy nawet pozwalając prowadzić mu samochód.



Derek dowiaduje się, że czeka go jeszcze szereg zabiegów radiacyjnych, których celem będzie zmniejszenie guzów rozprzestrzeniających się po całym jego ciele. Chłopiec mimo namowom lekarzy i mamy odmawia dalszego leczenia - "Nie obchodzi mnie to! Zabierz mnie do domu, to już koniec!"


"One last ride..."

Tuż przed śmiercią chłopca jego mama powiedziała: "Czuję w moim sercu, że zrobiłam dla niego wszystko, co mogłam" 

10 maja 2006 roku po podaniu środków uśmierzających ból oraz w otoczeniu najbliższych, Derek odszedł z tego świata. Cyndia w ostatnich chwilach śpiewała synowi utwór "Because We Believe" Andrei Bocellego.

Cały reportaż ukazał się w 2006 roku na łamach The Sacramento Bee, a jego autorka uhonorowana została nagrodą Pulitzera.


Źródła:
http://www.pulitzer.org/works/2007-Feature-Photography
http://pl.wikipedia.org/wiki/Nerwiak_zarodkowy


sobota, 14 lutego 2015

Thank You Kiss

Dziś krótka historia zdjęcia tej jaśniejszej strony wojny z walentynkowym klimatem w tle. 


fot. L. G. Crabtree
W lutym 1945 roku 3. Armia Stanów Zjednoczonych w marszu na III Rzeszę kontynuowała wyzwalanie ostatnich okupowanych przez Niemcy terytoriów Belgii i północnej Francji. Akurat w okresie walentynkowym wkroczyła do regionu francuskiego miasteczka Aboncourt. Z tej okazji orkiestra należąca do 9. Dywizji Pancernej zagrała uroczysty koncert dla żołnierzy. To właśnie wtedy L. G. Crabtree wykonał zdjęcie, które stało się jednym z moich ulubionych w ostatnim czasie.

Na fotografii został ukazany Elvin Harley, łącznościowiec, który w czasie koncertu otrzymuje całusa w policzek od małej francuskiej dziewczynki. Choć nie jest to typowe walentynkowe zdjęcie ukazujące zakochanych, to jednak ma w sobie wielką i pozytywną energię. Obraz ten pokazuje także, że żołnierze mimo całej okropności wojny, mogli choć na chwilę otrzymać odrobinę radości i wytchnienia. Ponadto przedstawia ono wdzięczność miejscowej ludności za wyzwolenie spod okupanta. 

Dodatkowym smaczkiem tej fotografii jest pies, prawdopodobnie należący do tego żołnierza, który prezentuje się niczym na defiladzie. 

Źródła:
http://www.ww2incolor.com/us-army/3adThankyoukisss.html
http://ww2db.com/image.php?image_id=7265


czwartek, 22 stycznia 2015

Krzysztof Miller - Zair

W 1997 roku Krzysztof Miller, wybitny polski fotoreporter odwiedził Kongo (ówczesny Zair) w celu udokumentowania nędzy, w jakiej znaleźli się mieszkańcy Rwandy, którzy uciekli z kraju ogarniętego wojną. Jego zdjęcie trzech wygłodzonych chłopców idealnie ukazuje tragizm nie tylko samych mieszkańców Afryki, lecz także niemoc ze strony światowych organizacji. 

fot. Krzysztof Miller

Na przełomie 1994/1995 roku doszło w Rwandzie do masowego exodusu ludu Hutu, którzy wcześniej w ciągu zaledwie 100 dni wymordowali w swym kraju ponad milion przedstawicieli Tutsi. Więcej o tym pisałem w artykule James Nachtwey - Rwanda. Po przegranej wojnie Hutu wiedzieli, że przekroczyli granicę, której nie da się już zatrzeć, cofnąć. Dlatego w obawie przed zemstą Tutsi, rozpoczęli masową ucieczkę do sąsiednich państw, a najwięcej z nich udało się do Zairu. Na terenie dzisiejszego Konga znalazło się ich blisko 2 miliony, albowiem kraj ten był w większości zamieszkiwany także przez lud Hutu. Niestety Zair nie mógł sobie poradzić z tak wielką ilością uchodźców.

Umieszczeni zostali oni w rejonie miasta Goma oraz Parku Narodowego Wirumga. W owym czasie był to największy tego typu obóz na świecie. Ogromna liczba osób została podzielona na kilka obozów oddalonych od siebie o wiele kilometrów. Im dalej ludność znajdowała się od miast, tym miała mniejsze szanse na przeżycie. Miller w czasie swej wyprawy znalazł się między innymi w ostatnim obozie oddalonym o 110 kilometrów od miasta. Po przybyciu na jego teren zaskoczyła go kompletna cisza. Zdał sobie sprawę, że trafił do miejsca, które można porównać do "umieralni" opisanej w Innym Świecie. W każdym miejscu stykał się z ludźmi, którzy praktycznie już tylko oczekiwali na śmierć. 

W pewnym momencie wszedł do lichego budynku przeznaczonego dla najsłabszych osób. Pod ścianą zaobserwował trzech chłopców, którzy zostali uwiecznieni na jego fotografii. Paradoksem tej sytuacji jest fakt, że z kartonu pochodzącego z pomocy humanitarnej od Unii Europejskiej zrobili sobie po prostu kibel. Oto co napisał na temat tej sytuacji:
Trójca bynajmniej nie święta. Nie Ojciec, Syn i Duch. Same duchy. Trójca dzieci na oko po siedem, dziesięć lat. Jedni z tych, którzy już nie żyją, choć dopiero umierają z głodu. Ale ja wiem, że nie przeżyją. Siedzą na kartonie z kręgiem złotych gwiazd na błękitnym tle i mają to w dupie. Dosłownie. Wypróżniają się do niego. Po prostu jeszcze po ludzku srają. Ale nawet to sprawia im ból. 
I śmierdzę, bo oni śmierdzą. Ale siedzę, bo fotografuję przechodzenie kogoś na tamtą stronę. Boli mnie to. Jakbym sam wetknął już Charonowi pieniążek w dłoń, w oko, żeby przewiózł mnie na drugą stronę rzeki.  
Nie mogłem tym ludziom pomóc, choć wtedy byli dla mnie najważniejsi na świecie. Zawsze mogę tylko podać informacje o tym, co gdzieś z ludźmi się dzieje. Zbulwersować świat brzydkim obrazkiem. Żeby hamburger wypadł z ręki. A flaki po warszawsku stanęły kołkiem w gardle. Tyle tylko mogę. Jeżeli komuś tym pomogę, to już na pewno nie im. Oni szansy nie mają.
Moim zdaniem niezwykle celnie i okrutnie prawdziwie autor odniósł się do kwestii głodu, ukazując pełny brak naszego zrozumienia tego światowego problemu:
Byłbym ostatnią szują, gdybym mówił, że znam głód. Bo głód tylko fotografowałem, więc nie mam prawa o nim pisać. Czy głód zresztą jest opisywalny? Głód jest fotograficzny. Łatwiej spojrzeć, nacisnąć, i odejść. Trudniej wejść w ciało i głowę głodującego człowieka. Dlatego tylko fotografowałem. Robiłem zdjęcia, chwytałem ich przed śmiercią, by oni sami, milcząc, mówili. By nie zamilkli.
         Wszystkie cytaty - Krzysztof Miller: 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego, s. 137-140.

Sytuacja w obozach była niezwykle ciężka. Tysiące ludzi umierało z głodu. Według danych przedstawionych przez komisarzy i organizacje charytatywne, na jednego mieszkańca obozów należało przekazywać jednego dolara dziennie. Przy dwóch milionach uchodźców była to zawrotna suma 2 milionów dolarów każdego dnia. Brak środków doprowadził do tego, że często rozdawane racje żywnościowe były redukowane do tysiąca kalorii, kiedy organizm ludzki potrzebuje do przeżycia minimum 2200 kcal.

Dla mieszkańców Konga i uchodźców był to dopiero początek gehenny, albowiem niedługo dojdzie do dwóch wojen kongijskich, które zakończą się dopiero w 2003 roku. Przyniosą one śmierć ponad pięciu milionom osób, a wielu innych pozbawią dachu nad głową oraz zmuszą do ucieczki z kraju.

Przy okazji polecam wszystkim do lektury książkę Krzysztofa Millera, albowiem jest to kawał dobrego reportażu, szczery do bólu, bez żadnych upiększeń.



Źródła:
http://www.maitri.pl/gazetka/my_05/html/obozy.htm
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ludob%C3%B3jstwo_w_Rwandzie
http://pl.wikipedia.org/wiki/II_wojna_domowa_w_Kongu
Krzysztof Miller, 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego, Kraków 2013. 

czwartek, 14 sierpnia 2014

Liang Yaoyi

Niedawno świat obiegły zdjęcia ukazujące jedenastoletniego chłopca z Shenzhen, który zdecydował się poświęcić swe życie dla ratowania innych. Wiele światowych dzienników i portali opublikowało fotografię lekarzy oddających hołd dzielnemu chłopcu.

fot. Youth.cn
Liang Yaoyi mieszkający w chińskim mieście Shenzhen, był zwykłym chłopcem, który marzył o tym, że gdy dorośnie, to zostanie lekarzem. Niestety na drodze chłopcu w wieku 9. lat stanął groźny guz mózgu. Mimo zastosowania kilku metod, leczenie nie przynosiło rezultatów, a stan chłopca z każdym dniem się pogarszał. 11-letni Liang wiedząc, iż czeka go wkrótce śmierć, zdecydował się na oddanie swych organów. Rodzina chłopca początkowo nie chciała wyrazić na to zgody, jednak ten przekonał ich, twierdząc, że choć w taki sposób jakaś cząstka niego pozostanie na Ziemi. 

Kiedy pytano chłopca, dlaczego podjął taką decyzję, stwierdził, że widział wcześniej wiele osób, które oddawały krew, pomagały dobrowolnie w szpitalu w Shenzhen i że to było wspaniałe. Dlatego również i on chciał zrobić coś wspaniałego. Przeprowadzona operacja pomogła uratować kilku pacjentów, którzy oczekiwali na nowe nerki oraz wątrobę. 

Tuż po zabiegu lekarze z miejskiego szpitala oddali trzy głębokie ukłony dla dzielnego chłopca i jego matki. To właśnie to zdjęcie stało się symbolem tego wspaniałego czynu, na jaki zdobył się 11-letni Liang Yaoyi. 

Tuż przed operacją reporter lokalnej gazety zrobił ostatnie zdjęcie chłopcu, zanim ten na zawsze zamknął oczy. 

fot. Youth.cn

Źródła:
http://www.huffingtonpost.com/2014/07/25/doctors-bowing-to-organ-donor-photos_n_5617698.html
http://en.gmw.cn/2014-06/10/content_11566568.htm
http://deser.pl/deser/1,111858,16379313.html


wtorek, 14 stycznia 2014

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy - Dziecko z kubkiem

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest prawdziwym światowym fenomenem, z którego my Polacy powinniśmy być szczególnie dumni. Choć największym symbolem tej akcji jest słynne czerwone serce, to jednak przez wiele lat mogliśmy przy każdym finale oglądać niezwykłe zdjęcie małego dziecka z białym kubkiem z logo WOŚP-u. Autorem tego zdjęcia jest Wojciech Makara.

fot. Wojciech Makara

Organizacja pierwszych kilku finałów Wielkiej Orkiestry była niezwykle trudnym przedsięwzięciem. Jak na tamte czasy brakowało wielu podstawowych środków, jak choćby normalnych plakatów, ulotek, czy też powszechnych dziś puszek na pieniądze. Mimo tego udało się osiągnąć sukces, a każdy rekord w ilości zebranych pieniędzy determinował fundację do jeszcze większych akcji i wysiłków na rzecz ratowania dzieci.

Fundacja wraz z Jurkiem Owsiakiem poszukiwała znaczącego symbolu, który byłby w stanie unaocznić wszystkim darczyńcom oraz przeciwnikom, dla kogo jest przeprowadzona ta akcja. Poszukiwania idealnego dziecka, które miało zostać twarzą fundacji trochę trwały, jednak ostatecznie poszukiwania zakończyły się sukcesem. Wojciechowi Makarze udało się uwiecznić na zdjęciu 8-miesieczną dziewczynkę, która była córką jego znajomych. Zdjęcie od razu podbiło serca wszystkich w fundacji.

"Te piękne oczy, takie ciemne oczy, przepiękny bobas. No każdy, kto brał to zdjęcie, mówił super, jakie to jest fajne zdjęcie. Zostało ono wydrukowane w formie pocztówki i na III albo IV finale pokazało się na plakacie. Myśmy wykorzystywali je przez wiele wiele lat." 
                                                                                             Jerzy Owsiak

Po wielu latach szefowie fundacji zdecydowali, że trzeba odnaleźć dziewczynkę obecną na zdjęciu. Okazała się nią nastoletnia już wtedy Jagoda Spojnarowicz. Została specjalnie przez Jurka Owsiaka zaproszona na kolejny finał w głównym studiu i sztabie WOŚP:


Głównym źródłem informacji był film - http://owsiaknet.pl/video/83692921


środa, 13 listopada 2013

Blokada Berlina

Po zakończeniu II wojny światowej Niemcy, a zwłaszcza Berlin stanowiły morze ruin. Wydarzenia historyczne sprawiły, że kraj został podzielony na kilka stref okupacyjnych, a niemiecka stolica znajdująca się w strefie rosyjskiej, również została podzielona między dotychczasowych sojuszników. Niestety szybko nastał czas zimnej wojny, a jednym z pierwszych kryzysów między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi była blokada Berlina zarządzona przez Rosjan. 


fot. Henry Ries
Praktycznie od zakończenia działań wojennych sytuacja między dawnymi sprzymierzeńcami z każdym miesiącem ulegała zaostrzeniu. Dwa odmienne systemy i dwie odmienne koncepcje zarządzania Niemcami, doprowadzały do poważnych spięć. Istotnym problemem w zniszczonym kraju była gospodarka oraz system walutowy. Amerykanie jeszcze przed zakończeniem wojny rozpoczęli drukowanie Reichsmarek, za pomocą których można było lepiej kontrolować i naprawiać lokalną gospodarkę. W tym samym czasie jednak Rosjanie również znaleźli się w posiadaniu matryc do wydruku pieniędzy. Kiedy Amerykanie próbowali stworzyć stabilny system emisyjny, ZSRR rozpoczął masowe drukowanie banknotów. W szybkim czasie doprowadziło to do kryzysu na rynku i całkowitą utratę wartości Reichsmarek.

Z inicjatywy gubernatora amerykańskiej strefy okupacyjnej gen. Luciusa Claya, Amerykanie zdecydowali się na przeprowadzenie reformy walutowej, która obecnie jest znana jako reforma Erharda. Wprowadzenie nowej marki niemieckiej bez uzgodnienia tego z Rosjanami sprawiło, że ZSRR uświadomił sobie ogromne zagrożenie utraty wpływu na bieg wydarzeń w pozostałych strefach okupacyjnych. W związku z tym w nocy z 23-24 czerwca 1948, na rozkaz Stalina, dokonano odcięcia linii elektrycznych w Berlinie, a także jego całkowitą blokadę lądową. Dla zniszczonego miasta pozbawionego podstawowych środków do życia oznaczało to prawdziwą tragedię. Wystarczy jedynie wspomnieć, że przed wprowadzeniem blokady dzienna racja żywnościowa dla robotnika wynosiła jedynie 1500 kcal.

Rosjanie byli pewni, że w krótkim czasie dojdzie do rewolucji, dzięki której uda im się zwiększyć swe wpływy w pozostałych berlińskich i niemieckich strefach okupacyjnych. Tymczasem ku ich ogromnemu zaskoczeniu, Amerykanie zorganizowali niezwykle sprawny i wydajny most powietrzny do Berlina. W rekordowym tempie stworzono lotnisko Tegel, które wraz z lotniskiem Tempelhof i Gatow stało się miejscem ratunku dla berlińczyków. Wykorzystywano do transportu różne rodzaje samolotów, które mogły poruszać się wyłącznie wyznaczonymi pasami w przestrzeni powietrznej. Doprowadzony do perfekcji system kontroli lotów pozwalał na lądowanie samolotów co 3 minuty, co dawało około 1500 lądujących maszyn dziennie. Operacja ta przeszła do historii jako Vittles, natomiast Brytyjczycy również licznie biorący udział w pomocy nazywają ją operacją Plainfare. W ciągu 11 miesięcy blokady Berlin otrzymał ponad 2,4 miliona ton zaopatrzenia. Dla Stalina był to niezwykle upokarzający cios, gdyż nie przyszło mu do głowy, że można choćby ogromne ilości węgla transportować drogą lotniczą. Zniesienie blokady nastąpiło 12 maja 1949 roku. W czasie udzielania pomocy w wyniku katastrof lotniczych śmierć poniosło 70 brytyjskich i amerykańskich pilotów.

Bardzo znanym i pozytywnym epizodem blokady Berlina było zaaranżowanie akcji Little Vittles. Amerykański pilot Gail Halvorsen, przejęty widokiem głodnych dzieci w zablokowanym Berlinie, przeprowadził dla jednej grupki z nich zrzut słodyczy na malutkim spadochronie. Mimo reprymendy ze strony przełożonych pomysł pilota niezwykle spodobał się głównodowodzącemu całej operacji, który postanowił wykorzystać go do zwiększenia poparcia społeczeństwa dla pomocy udzielanej Niemcom. Szybko za sprawą mediów w Stanach Zjednoczonych dzieci zaczęły szyć niewielkie spadochrony i organizowały zbiórkę słodyczy dla swych rówieśników. Był to niezwykle doniosły fakt, zważywszy na to, że jeszcze kilka lat wcześniej w zabawach na dworze głównym dla nich wrogiem był właśnie Niemiec oraz Japończyk. Można to powiedzieć także z drugiej strony. Niemcy zapewne w czasie II wojny światowej nie spodziewali się, że te same alianckie bombowce niosące śmierć i zniszczenia, mogą uratować później miasto od śmierci głodowej. Dzięki pomocy firm cukierniczych do Berlina dostarczono na spadochronach kilka ton słodyczy. Sam Halvorsen zyskał przydomek Czekoladowego Pilota i często odwiedzał miejscowe szpitale, otrzymując od dzieci tysiące listów.

Blokada Berlina okazała się wielką porażką Rosjan, którym nie tylko nie udało się osiągnąć zamierzonego celu, lecz także wyjątkowo dużo stracili wcześniej zdobytego uznania na arenie międzynarodowej. Był to także czas, który znacznie przyczynił się do utworzenia dwóch odrębnych niemieckich krajów - RFN i NRD. 

Źródła:
http://siukumbalala.salon24.pl/416630,blokada-berlina
http://pl.wikipedia.org/wiki/Blokada_Berlina
http://en.wikipedia.org/wiki/Berlin_Blockade