niedziela, 19 lutego 2017

Jakub Szymczuk - Majdan

Właśnie mija trzecia rocznica tragicznych wydarzeń w Kijowie, kiedy to w wyniku walk między protestującymi a siłami rządowymi zginęło ponad 100 osób. Jednym z tych, którzy dokumentowali te zajścia był Jakub Szymczuk. Udało mu się zrobić jedno z najważniejszych zdjęć w najnowszej polskiej fotografii prasowej.


fot. Jakub Szymczuk


Euromajdan przeszedł do historii jako największy protest ludności cywilnej w dziejach Ukrainy. Wszystko rozpoczęło się 21 listopada 2013, kiedy to w Kijowie zaczęły się demonstracje ludzi niezadowolonych z odłożenia przez prezydenta Wiktora Janukowycza podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. W bardzo szybkim czasie przemieniło się to w rewolucję, gdzie protestujący żądali odsunięcia od władzy prezydenta oraz zmian w polityce kraju.

Punktem zapalnym okazał się 30 listopada, kiedy doszło do brutalnego rozpędzenia demonstracji przez jednostki Berkutu. Od tego czasu centralny plac Kijowa stał się głównym miejscem manifestów. W kulminacyjnym punkcie w stolicy zebrało się kilkaset tysięcy osób. Z biegiem czasu dochodziło do eskalacji konfliktu. Oddziały rządowe wielokrotnie próbowały doprowadzić do likwidacji obozowiska, lecz spotykały się z silnym oporem cywilów. Po obu stronach notowano rannych i zabitych. Dochodziło do wielu prowokacji, porwań dziennikarzy, utrudniania pracy lekarzom.

Partia rządząca wraz z prezydentem robiła wszystko w celu zdławienia protestów, tym bardziej, że spotykała się z coraz większym oburzeniem ze strony opinii międzynarodowej. Na placu Niepodległości zaczynają płonąć opony, które stają się jednym z symboli protestów. Zwolennicy europejskich reform w ten sposób utrudniają pracę Berkutowi. Do najtragiczniejszych wydarzeń dochodzi między 18 a 20 lutego. Oddziały rządowe dokonują próby likwidacji Majdanu. Jest to praktycznie szturm, z wykorzystaniem ciężkiego sprzętu, dużej ilości milicji. Na dachach pojawiają się snajperzy, którzy strzelają do bezbronnych ofiar. 20 luty przechodzi do historii Ukrainy jako „Czarny Czwartek”. Ginie wtedy ponad 70 osób, z czego większość stanowią protestujący. 

Jakub Szymczuk znajduje się wtedy po raz drugi na Majdanie. Kilka dni wcześniej dokumentuje wydarzenia, które nie zwiastowały aż tak wielkiej tragedii. Po przyjeździe do Polski postanawia jednak szybko wracać na Ukrainę, gdyż przeczuwa, że może dojść do czegoś ważnego. W czwartek pracuje już na pierwszym froncie. Dowiaduje się, że przy drodze do Pałacu Prezydenckiego strzelają do ludzi. Mimo ostrzeżeń od innego fotografa kieruje się w sam środek walk. W pewnym momencie zobaczył mężczyznę, który organizował rzucanie opon na płonącą barykadę. Gdy biegł on w stronę barykady, został postrzelony w głowę. Jego ciało zostało złożone tuż obok fotografa, dzięki czemu mógł zobaczyć tragedię z bliska. Jeden z kompanów demonstranta zaczął płakać nad jego ciałem. Wtedy właśnie powstała słynna fotografia, która wedle Jakuba Szymczuka jest najważniejszą, jaką do tej pory zrobił w swym życiu. Tak relacjonował te wydarzenia w Gościu Niedzielnym:

„Akurat skradał się facet z oponą, którą rzucił za barykadę. Chciałem mu zrobić zdjęcie. Zniknął mi za chwilę za płomieniami. Strzał. Krwista mgła. Czas się zatrzymał. Jego koledzy go odciągnęli tuż pod moje stopy. Położyli jego dziurawy hełm. Jeden wrócił na front, drugi nad nim klęczał. Miał niepewne ruchy, nie wiedział, co robić. Płakał. Ale był to głuchy płacz, taki bez łez”.


Zdjęcie stało się jednym z symboli Euromajdanu, Niedługo potem okazało się, że mężczyzną na obrazie jest Anatolij Żałowaga. Pochodzący z Lwowa, z wykształcenia był nauczycielem wychowania fizycznego. Był to dopiero jego drugi dzień w Kijowie. Wieczorem w środę Anatolij zadzwonił do brata i poinformował go, że pełni służbę na barykadzie, która była atakowana przez siły rządowe. Następnego dnia rodzina dowiedziała się, że zginął on na Majdanie. Miał jedynie 33 lata.

W 2014 roku fotografia ta uznana została Zdjęciem Dekady 2004-2014 Grand Press Photo.

Polecam również krótki film opowiadający o wydarzeniach z perspektywy samego fotografa: 




Źródła:
http://wydarzenia.o.pl/2016/02/majdan-w-obietywie-jakuba-szymczuka-mck-krakow/#/
http://gosc.pl/doc/2078589.To-nasz-syn/3
https://pl.wikipedia.org/wiki/Euromajdan

piątek, 20 stycznia 2017

Radosław Sikorski - Prochy Świętych

Praktycznie każda wojna kończy się cierpieniem ludności cywilnej. Śmierć, rany, konieczność ucieczki z domu to prawdziwy obraz wielu konfliktów. Jeden z nich zrelacjonowany został przez Radosława Sikorskiego, którego zdjęcie prezentuje ofiary afgańskiej wojny. 


fot. Radosław Sikorski 


Mało kto dziś wie, że Radosław Sikorski w latach 80. był wolnym dziennikarzem pracującym dla kilku brytyjskich redakcji. W 1986 roku wyruszył do Afganistanu jako nieoficjalny korespondent The Sunday Telegraph, Observera oraz BBC. Obok sprzętu oraz środków na wyprawę, nie otrzymał z Wielkiej Brytanii żadnego zabezpieczenia na wypadek schwytania przez Sowietów. Gdyby tak się stało, mógł zostać co najmniej posądzony o szpiegostwo. W przeciwieństwie do wielu zachodnich dziennikarzy czy całych redakcji nie uważał Afganistanu za sprawę już przegraną. Dzięki temu znalazł się w tym kraju w przełomowym momencie wojny. 

Jego wyprawa miała kilka celów. Przede wszystkim chciał ustalić losy niezwykle istotnych zabytków Heratu, a także poznać prawdę o miejscowym powstaniu z 1979 roku. Ponadto agencja Afghan Aid poprosiła go o zebranie informacji o lokalnej ludności cywilnej, zwłaszcza rolnikach. Kilkumiesięczny pobyt w tym kraju obfitował w spotkania z bojownikami, cywilami, przemytnikami, najważniejszymi postaciami dla ruchu oporu. Jako mister Rahim wielokrotnie był świadkiem walk, bombardowań. Zdarzało mu się przemykać pod lufami czołgów i patrolujących żołnierzy. Od mudżahedinów otrzymał nawet AK-47, ale na szczęście nie dane mu było go użyć w razie obrony. Swe przygody i liczne, nader trafne spostrzeżenia zawarł w bardzo dobrej książce: Prochy świętych. Afganistan czas wojny. Warto ją przeczytać, aby bliżej zapoznać się z genezą i charakterystyką radzieckiej interwencji oraz wojny w Afganistanie. Jest to także kawał porządnej pracy reporterskiej. 

Była to wojna, podczas której najwięcej cierpiała ludność cywilna. Sowieckie dowództwo stosując prawo odpowiedzialności zbiorowej, często bez przyczyny bombardowało afgańskie miasteczka i wioski lub pod zwykłym pretekstem przebywania w nich wojowników. Kończyło się to najczęściej tragicznie, gdyż nawet głębokie piwnice nie mogły chronić przed silnymi bombami i pociskami. Taka sytuacja przydarzyła się rodzinie na zaprezentowanym zdjęciu. 

Pewnego dnia Sikorski był świadkiem nalotu kilku radzieckich myśliwców. Ich celem nie była jednak wioska, w której aktualnie przebywał, lecz znajdująca się kilka kilometrów dalej Koszk-e Serwan. Kiedy dotarł na miejsce, wydobyto spod gruzów ponad 30 ciał, a nadal nie doliczono się przeszło 40 mieszkańców. Problemem był fakt, iż większość osób chowała się w piwnicach lub specjalnie drążonych tunelach. Gdy co najmniej ćwierć lub półtonowa bomba eksplodowała nad ich głowami, znajdowali się na ogół w śmiertelnej pułapce. Tak reporter relacjonował te wydarzenia:

Poszedłem do sąsiedniego domu. Mieszkańcy przekopywali resztki piwnic, wznosząc chmury kurzu (...) Oczom zebranych ukazał się niebywały widok: w piwnicznej niszy pod łukiem sklepienia, które jakimś cudem ocalało, siedziała z dwójką małych dzieci przy boku zawoalowana kobieta. Ręce wznosili ku górze, jakby za chwilę mieli się wydostać z gruzowiska i podziękować wszystkim za uratowanie. Jedno z dzieci uśmiechało się. Nie ruszali się. Ubrania dzieci, ich twarze, skóra obnażonych ramion były blade, wręcz białe, jakby oprószone mąką; dzieci nie miały żadnych obrażeń. Nie było śladu krwi - ale byli martwi. 
                                                                                            R. Sikorski, Prochy Świętych, Warszawa 2007, s. 192.

Była to tylko jedna z rodzin, które tego dnia straciły życie. Wyglądają oni bardziej jak postaci żywcem przeniesione z antycznych Pompei niż świeże ofiary radzieckiego nalotu. 

Trudno jest do dziś oszacować, jak wiele osób zginęło w wyniku działań wojennych czy późniejszych wybuchów min, których miliony zostały pozostawione przez komunistów. Punktem zwrotnym w czasie wojny, o którym wspomina także autor, było dostarczenie przez USA bojownikom wyrzutni i pocisków Stinger. Od tego momentu Sowieci przestali całkowicie dominować w powietrzu. Wojna w Afganistanie okazała się dla nich porażką jak i jedną z przyczyn rozpadu Imperium. 

Radosław Sikorski w swej książce porusza także ważny aspekt, o którym często pisałem, czyli powinność reporterską:

Patrząc przez obiektyw mego aparatu na zmarłych i umierających, czułem się jak impertynencki podglądacz. Nie ma bardziej intymnego momentu niż śmierć, ale odchodzący nie może nic uczynić, by uniknąć spojrzeń ciekawskich (...) Czułem, że powinienem uczcić zmarłych i cierpiących pełną szacunku ciszą, zmusiłem się jednak do fotografowania. zrobienie i pokazanie zdjęcia było jedynym sposobem na to, by ich los nabrał znaczenia dla reszty świata. 
                                                                                     R. Sikorski, Prochy Świętych, Warszawa 2007, s. 194-195.

W 1988 roku Radosław Sikorski za swe zdjęcie z Afganistanu został nagrodzony w konkursie World Press Photo. 

Na koniec chciałbym podziękować panu Radosławowi Sikorskiemu za zgodę na publikację zdjęcia oraz fragmentów z książki. 

Źródła:
R. Sikorski, Prochy Świętych, Afganistan czas wojny, A.M.F Plus, Warszawa 2007. 




środa, 11 stycznia 2017

Egzekucja

Są takie zdjęcia, które tylko samą siłą obrazu są w stanie z góry narzucić nam jedną i jedyną interpretację tego, co na nich widzimy. Przykładem może być fotografia Eddiego Adamsa, na której widzimy egzekucję cywila wykonaną przez wojskowego. Nie wszystko jednak jest tu takie oczywiste.

fot. Eddie Adams

Wojna w Wietnamie z pewnością przeszła do historii jako jedna z najbardziej brutalnych w ubiegłym stuleciu. Starcie poniekąd dwóch cywilizacji sprawiło, że najbardziej ze wszystkich cierpieli cywile. To po części ich dotyczy tematyka tego zdjęcia. Podejdziemy do niego z dwóch stron: powszechnego odbioru jak i ukrytej za nim prawdy.

Powszechny odbiór 


Zdjęcie zatytułowane "Generał Nguyen Ngoc Loan rozstrzeliwuje jeńca Wietkongu w Sajgonie" stało się bardzo szybko jednym z największych symboli manifestów antywojennych. Co na nim mamy? Wojskowy w jawny sposób morduje cywila, strzelając mu prosto w głowę na środku ulicy. Czy może być jakikolwiek inny dowód bestialstwa żołnierzy? Tak też obraz ten został odebrany przez ówczesne społeczeństwo. Cywil został przedstawiony jako ofiara, a generał jako potwór. Jednak krótka chwila, jaka została utrwalona przez Adamsa, na zawsze zmieniła życie Ngoc Loana. Zdjęcie trafiło na podatny grunt, albowiem koniec lat 60. to czas wzmożonych protestów antywojennych. Było ono często pokazywane na konferencjach i manifestacjach. Kiedy kilka miesięcy później generał został poważnie ranny w nogę, wysłano go na leczenie do Australii. Tam jednak na wieść o złej sławie wojskowego, musiał zostać przetransportowany do Stanów Zjednoczonych. Tematyka zdjęcia co pewien czas powracała, zwłaszcza w latach 90., kiedy to były generał musiał z powodu protestów i pogróżek zamknąć prowadzoną przez siebie restaurację. Kilka lat później umiera na raka. 

Prawda


Jak w rzeczywistości wyglądała cała sytuacja? Otóż 1 lutego 1968 roku wraz z rozpoczęciem ofensywy Tet Narodowa Milicja, która była bojówką Wietkongu, zaatakowała Sajgon. Ich celem była lokalna policja. Udali się do domów funkcjonariuszy, lecz większość z nich znajdowała się wtedy na służbie. Wobec tego dokonali rzezi ich rodzin. Nie szczędzono kobiet, dzieci, starców. W masowym grobie znaleziono blisko 40 ciał. Na wieść o tej makabrycznej zbrodni za mordercami wyruszyła grupa pościgowa z generałem Nguyen Ngoc Loanem na czele. Udało im się schwytać część sprawców. Jednym z nich był Nguyễn Văn Lém, który był jednym z szefów Narodowej Milicji. Kiedy zbrodniarza postawiono przed obliczem generała, ten wyjął pistolet i z bliska wymierzył sprawiedliwość. 


fot. Eddie Adams


Adams spoglądając na całą sytuacje, był pewny, że jest to forma zastraszania więźnia. Odruchowo jednak uruchomił migawkę i zarejestrował ostatnią sekundę życia wietnamskiego jeńca. Generał odwrócił się do fotografa i powiedział mu, że "Zabił wielu moich ludzi, twoich również", po czym obrócił się i wrócił do kwatery. Ciężko jest ocenić, czy postępowanie wojskowego było słuszne. Nawet sami prawnicy nie są w stanie dokładnie odnieść tej sytuacji do Konwencji Genewskiej. Można to zdarzenie porównać choćby do II wojny światowej, gdzie najczęściej w przypadku członków Waffen SS nie brano jeńców. 


fot. Eddie Adams


Adams za tę fotografię w 1969 roku otrzymał dwie najważniejsze nagrody w dziedzinie obrazu, czyli World Press Photo oraz Pulitzera. Do końca życia miał wyrzuty sumienia, że swym zdjęciem zniszczył przyszłość generała. Kilkukrotnie bronił go publicznie. Po jego śmierci stwierdził, iż "Ten człowiek był bohaterem. Ameryka powinna płakać." Sam Nguyen Ngoc Loan zapytany o to, czy nie ma żalu do fotografa, powiedział: A czemu miałbym mieć? Obaj wykonywaliśmy swoją pracę i staraliśmy się to robić najlepiej jak było to możliwe w tamtych warunkach.

Pamiętajmy, sama fotografia czy to, co widzimy w telewizji, nie oddają nam całej prawdy. Warto bliżej zapoznać się z tematem, zanim osądzimy drugą osobę. 

Źródła:
https://cherrieswriter.wordpress.com/2015/08/03/the-story-behind-the-famous-saigon-execution-photo/
http://www.nytimes.com/1998/07/16/world/nguyen-ngoc-loan-67-dies-executed-viet-cong-prisoner.html
http://archiwum.pdf.edu.pl/text-eddie-adams-general-nguyen-ngoc-loan-rozstrzeliwuje-wieznia-wietkongu-na-ulicy-sajgonu-zdjecie-przeklenstwo-321
http://blurppp.com/blog/legendarne-zdjecia-eddie-adamsa-egzekucja-czyli-manipulacja/