środa, 21 grudnia 2022

Lionel Messi - goniąc marzenia

Za nami z pewnością niezwykłe Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Po raz pierwszy rozgrywane na Bliskim Wschodzie i w dodatku o innej porze roku, przyniosły sporo emocji. Choć miały wielu bohaterów, to jednak na zawsze zapiszą się w historii dzięki Leo Messiemu. Człowiek nazywany przez wielu najlepszym piłkarzem w historii, wreszcie spełnił swoje największe marzenie. 


fot. Bao Tailiang


13 lipca 2014. Mamy 113. minutę meczu, kiedy to Mario Götze w finale MŚ w Brazylii strzela w dogrywce bramkę na 1:0, zapewniając reprezentacji Niemiec tytuł mistrzowski. Temu wszystkiemu przygląda się Leo Messi, który być może zdaje sobie sprawę, że jego największe marzenie w karierze już nigdy się nie spełni. Piłkarz, który w kryzysowym momencie praktycznie na własnych barkach wyciąga drużynę z fazy grupowej, wie, że upragniony sukces był na wyciągnięcie ręki. Choć w piłce klubowej osiągnął już praktycznie wszystko, to wciąż brak mu sukcesu z reprezentacją. Ciąży na nim ogromna odpowiedzialność, jak i również presja. Od lat porównywany jest do boskiego Diego. Maradona traktowany jest w Argentynie niczym bóg, więc każde z nim zestawienie jest dla gracza nobilitacją, jak i swego rodzaju klątwą. 

Właśnie z dekoracji finalistów 2014 pochodzi pierwsze zdjęcie, które prezentuje Messiego podążającego po srebrny medal. Na jego twarzy wyraźnie widać smutek, a nawet pewną pustkę, która może się kojarzyć z wypalonym człowiekiem.  

Messi często pada ofiarą krytyki argentyńskich mediów i kibiców, którzy zarzucają mu brak zaangażowania, jak i to, że nigdy nie dorówna legendzie. Leo doskonale to wie właśnie w 2014 roku, kiedy pierwszy raz od 24 lat Argentyna znalazła się w finale MŚ. Nad reprezentacją ciąży jakieś fatum. Można je nieco porównać do tego, które towarzyszy Anglikom na każdym mundialu. Naszpikowana gwiazdami kadra ma problemy z przebrnięciem 1/4 czy 1/8 finału. Z każdymi kolejnymi mistrzostwami wydaje się, że marzenie o pucharze jest nierealne, a zegar tyka. To tyczy się nie tylko Messiego, lecz także i kilku innych Argentyńczyków. 

Sam Lionel również przeżywa wzloty i upadki. Funkcjonująca niczym szwajcarski zegarek FC Barcelona nagle zacina się. Kończą się przez to liczne sukcesy, co powoduje także problemy finansowe. Messi w końcu decyduje się na opuszczenie Blaugrany i przenosi się do Paryża. Sezon 2021/2022 to jeden z najgorszych w jego karierze. Strzela wtedy tylko 11 bramek, z czego w Ligue 1 jedynie 6. Zupełnie inaczej wygląda jednak sytuacja z kadrą Argentyny. W czerwcu 2021 roku rozpoczyna się kolejna edycja Copa América. Messi ponownie staje się liderem drużyny, która dzięki jego golom i asystom zostaje mistrzem Ameryki Południowej. To nie tylko pierwszy tytuł w karierze reprezentacyjnej Messiego, lecz także pierwsze trofeum Argentyny na arenie międzynarodowej od 1993 roku. 

Nadchodzi przełom listopada i grudnia 2022 roku. Rozpoczynająca mundial z serią 36 meczów bez porażki, Argentyna uchodzi za jednego z faworytów turnieju. W pierwszym meczu kilka minut rozluźnienia doprowadza do katastrofy i Albicelestes sensacyjnie przegrywają z Arabią Saudyjską 1:2. W kolejnym spotkaniu męczą się z Meksykiem i dopiero przepiękny strzał Messiego daje im prowadzenie. Jest to punkt zwrotny na tych mistrzostwach. Rozpoczyna się ich ścieżka do finału, który już teraz można uznać za najlepszy w historii. Tu znów błyszczy Messi, który jest jednak raz po raz wstrzymywany przez równie genialnego Mbappé. Rzuty karne to jak zwykle loteria, jednak z większym szczęściem dla Argentyńczyków, którzy zaczynają szaleć z radości. Wśród nich jest także zapłakany Messi, który właśnie nie tylko spełnił swoje największe marzenie, lecz także dorównał boskiemu Diego. Moment, w którym podchodzi i całuje Puchar Świata, na zawsze przejdzie do historii i być może utnie wiele dyskusji, kto jest najlepszym graczem w dziejach futbolu. 

To tylko pokazuje, że nigdy nie warto rezygnować z marzeń, a podążając za nimi, można sięgnąć po upragniony cel. 


środa, 14 grudnia 2022

W poszukiwaniu pokoju wśród chaosu

Etiopia to z pewnością jedno z zapomnianych przez Boga miejsc na świecie. Wraz z sąsiednią Somalią od lat jest areną wewnętrznych i międzynarodowych konfliktów, jak i klęsk głodu, które przyczyniają się do śmierci wielu mieszkańców. To obszar, który czasem zdaje się być studnią bez dna - nieważne, ile środków przeznaczą międzynarodowe organizacje, zawsze znajdzie się kolejny problem. Tego między innymi dotyczą zdjęcia Amanuela Seleshiego. 


fot. Amanuel Seleshi


Oczyma młodego fotoreportera Amanuela Seleshiego możemy dziś obserwować cierpienie i agonię towarzyszące wojnie w Etiopii. Ten chłopak, który nagle zachwycił się fotografią, jest obecnie laureatem East African Photography Award, jak i również został doceniony przez World Press Photo. W trakcie studiów na Uniwersytecie w Addis Abebie jako inżynier mechanik zakochał się on w fotografii po obejrzeniu zdjęcia zrobionego w Paryżu w 1989 roku przez Elliotta Erwitta. Od tego momentu wiedział, że jego pasją będzie opowiadanie historii za pomocą zdjęć. Zaczynał klasycznie, czyli skromnie, przedstawiając miejsca w jego najbliższym otoczeniu. Wkrótce jednak zdecydował się w całości poświęcić fotografii, przez co zaczął pracować jako wolny strzelec. Udało mu się nawiązać współpracę z Agence France-Presse w 2020 roku. Jego pierwszym większym projektem była sytuacja związana z koronawirusem. Międzynarodową sławę zyskał jednak dzięki projektowi W poszukiwaniu pokoju wśród chaosu

Opowiedziana przez niego historia miała miejsce w 2021 roku. Udało mu się wtedy dostać do strefy działań wojennych na obszarach kontrolowanych przez rząd. Znalazł on się w miejscu, którego główną cechą jest dewastacja i chaos. Dane mu było dzięki temu opowiedzieć historie cywilów, pokazać przepełniony nadzieją ból w ich oczach, pozostałości po wojnie, która nie była ich dziełem. Fotograf w swojej pracy koncentrował się głównie na reakcji ludzi na wojnę. 

Jego projekt fotograficzny udokumentował gwałtowny konflikt wewnętrzny, który ogarnął Etiopię w listopadzie 2020 roku. Wybuchły w tym czasie walki z udziałem sił rządowych i Ludowego Frontu Wyzwolenia Tigray (TPLF), które bardzo szybko rozprzestrzeniły się z regionu Tigray, na północy Etiopii, na południe do sąsiednich stanów Amhara i Afar. Ów konflikt doprowadził do śmierci tysięcy osób, licznych przesiedleń, jak i kolejnej klęski głodu. Wszystko to związane było i nadal jest z napięciami na tle etnicznym. Zdaniem ONZ pod koniec 2021 roku blisko 400 000 ludzi doświadczało głodu, a zdecydowana większość z sześciu milionów mieszkańców regionu Tigray potrzebowała natychmiastowej pomocy. Sam konflikt sprawił, że około 2.5 mln mieszkańców zmuszonych zostało do porzucenia swoich domów. 

Na zaprezentowanym zdjęciu widzimy chłopca, który idzie przez mgłę w pobliżu wsi Chenna Teklehaymanot, mniej więcej 95 kilometrów na północny wschód od miasta Gonder. Miało to miejsce 14 września 2021 roku. Między 31 sierpnia a 4 września bojownicy powiązani z Tigray zabili w tej wiosce od 120 do 200 osób. Ciężko się oprzeć wrażeniu, że widoczny koń z dobytkiem na grzbiecie to jedyne, co pozostało chłopcu do przeżycia. Ponury charakter zdjęcia komponuje się z ogólną sytuacją w Etiopii, choć zgodnie z tematem reportażu, można tu dostrzec światełko nadziei wśród chaosu. 

A oto kilka innych zdjęć, które znalazły się w reportażu Seleshiego:

fot. Amanuel Seleshi

Źródła:
https://www.worldpressphoto.org/collection/photo-contest/2022/Amanuel-Sileshi/1
https://amanuelsileshi.com/portfolio/searching-peace-amidst-chaos
https://www.thereporterethiopia.com/27277/

sobota, 17 września 2022

Fatima Shbair - Strefa Gazy

Wieloletni konflikt w strefie Gazy wydaje się mało medialny, interesujący dla świata. Tymczasem dochodzi w nim do wielu ludzkich dramatów i tragedii. Pojedynek między Hamasem a Izraelem dotyka przede wszystkim ludności cywilnej, dla której naloty bombowe, gruzowiska, śmierć stały się czymś powszechnym. Jedną z osób, która od środka obserwuje i dokumentuje ten konflikt, jest Fatima Shbair.


fot. Fatima Shbair



Fatima Shbair to palestyńska fotograf, która od kilku lat zajmuje się reportażami na temat strefy Gazy, życia tamtejszej ludności. Kobieta ta urodziła się w 1997 roku w Gazie. Początkowo studiowała zarządzanie biznesem przez trzy lata na Uniwersytecie Al-Azhar w Kairze. Jednak potem zmieniła swoje zainteresowania i postawiła na dziennikarstwo. W 2019 zaczęła tworzyć swoje fotoreportaże, pracując w terenie, relacjonując eskalację sił izraelskich, atakujących strefę Gazy. Ponieważ w tym regionie nie było żadnych instytucji zajmujących się fotoreportażem, Fatima spędziła wiele lat na samodzielnym doskonaleniu swoich umiejętności. Dzięki temu można powiedzieć, że jest samoukiem.

Ma ona przesłanie, które chce przekazać światu. Ma być właśnie głosem nieopowiedzianych historii. Oczywiście od początku napotkała ona na swej drodze wiele trudności, ponieważ społeczeństwo w Gazie jest konserwatywne, więc kobiecie z aparatem nie było łatwo wejść w interakcję z wieloma mieszkańcami. Jednak krok po kroku, w końcu zdobyła szacunek i uznanie. Jeszcze niedawno pracowała jako freelancer, a swoje zdjęcia sprzedawała międzynarodowym agencjom.

Głośno o kobiecie zrobiło się w 2021 roku, kiedy to opublikowała swój reportaż: 11 Days of the Israeli-Palestinian Conflict. Za wykonaną pracę otrzymała nagrodę w ramach konkursu International Women's Media Foundation. W wieku 24 lat stała się najmłodszą laureatką w historii. Jest to bardzo ważne wyróżnienie, gdyż przyznawane jest fotoreporterkom, które podejmują poważne ryzyko i stawiają czoła śmierci, aby uchwycić niebezpieczne, ważne wydarzenia, rzucając światło na nieopublikowane historie.

Do tej pory wojna w Gazie 2021 była najtrudniejszym doświadczeniem w jej karierze. 11-dniowy konflikt wybuchł 10 maja 2021 roku, po rosnących napięciach związanych z groźbami eksmisji w spornej dzielnicy Szejka Jarrah we Wschodniej Jerozolimie, jak i również po starciach w kompleksie meczetu Al-Aksa. Hamas po postawionym Izraelowi ultimatum, wystrzelił rakiety na Jerozolimę. Izrael odpowiedział ze swej strony nalotami na Gazę. Konflikt nasilił się, obejmując inne miasta, co przyczyniło się do największego kryzysu od czasu wojny w Gazie w 2014 roku. Według ONZ w ciągu tych 11 dni zginęło ponad 230 Palestyńczyków, w tym 106 kobiet i dzieci. Po stronie Izraela z kolei było 13 ofiar śmiertelnych. Trudno nawet porównać skalę konfliktu, gdzie po jednej stronie mieliśmy Hamas ostrzeliwujący prostymi rakietami terytorium Izraela, a po drugiej stronie bogate państwo z potężnym lotnictwem. Doprowadziło to oczywiście przede wszystkim do zniszczeń i strat po stronie Gazy, gdzie głównie ucierpieli niewinni cywile. Tak niestety od lat wygląda polityka Izraela, który za bardzo nie liczy się z konsekwencjami swoich działań.

Dla Fatimy to była pierwsza wojna, którą udokumentowała. Przez 11 dni z narażeniem życia pracowała w terenie, jednocześnie martwiąc się o rodzinę w domu na północy strefy. Musiała wtedy znaleźć równowagę między pracą a rodziną. Wojna przyniosła jej większe doświadczenie i świadomość środowiska pracy w terenie. Zdała sobie sprawę z tego, jak ważny jest aparat fotograficzny, jak może przekazać szczegóły miasta, w którym od czasu blokady Gazy w 2006 roku, niczym w więzieniu mieszka około dwóch milionów ludzi.

Dorobek Fatimy, który został udokumentowany w trudnych warunkach, od razu przyciągnął uwagę sędziów Międzynarodowej Fundacji Mediów Kobiet. Członkowie komisji sędziowskiej byli pod wrażeniem tego, jak udało jej się uchwycić te niewiarygodne zdjęcia wśród szczątków trwających bombardowań.

Na załączonym przeze mnie zdjęciu widzimy palestyńską dziewczynkę, która stoi w swoim zniszczonym domu w Beit Hanoun w Gazie. Na tym zdjęciu mamy zarówno ogrom zniszczeń dokonanych przez siły Izraela, jak i tę dziewczynkę, która musi odnaleźć się w tej trudnej rzeczywistości. Można bez wątpienia stwierdzić, że jakaś część dzieciństwa została jej właśnie odebrana.

Więcej o reportażu można przeczytać tutaj

Źródła:

https://time.com/6123078/top-100-photos-2021/

https://www.alestiklal.net/en/view/10718/rewarded-for-courage-palestinian-photojournalist-fatima-shbair-won-german-journalism-award

https://www.voanews.com/a/at-24-palestinian-photographer-is-youngest-winner-of-journalism-award-/6256812.html

https://www.visapourlimage.com/en/festival/exhibitions/une-vie-assiegee


czwartek, 15 września 2022

Atta Kenare - tragedia w Bam

Zapominamy często o tym, jak wielkie niebezpieczeństwo czai się pod nami. Jednak Ziemia przypomina o sobie licznymi trzęsieniami, które doprowadzają do mniejszych kub większych katastrof. Jednym z krajów, który mocno ucierpiał w wyniku takich zdarzeń jest Iran. W grudniu 2003 roku w ułamku chwili zniszczeniu uległo miasto Bam.


fot. Atta Kenare


26 grudnia o godzinie 01:56 miasto Bam w południowo-wschodnim Iranie zostało nawiedzone przez trzęsienie o sile 6,6 w skali Richtera. Jego epicentrum znajdowało się 10 kilometrów na południowy zachód do miasta. Choć główne wstrząsy trwały mniej niż pół minuty, to jednak przyczyniły się do kolosalnych zniszczeń. Do końca nie wiadomo, jaka była liczba ofiar, jednak najczęściej mówi się o 26-34 tysiącach, gdzie rannych było nawet kilka razy więcej. To najtragiczniejsze tego typu wydarzenie w historii kraju.

Tak duża liczba ofiar spowodowana była nie tylko samym trzęsieniem, lecz w szczególności lokalnymi warunkami mieszkalnymi. Większość obiektów zbudowanych zostało z marnej jakości cegły, przez co w ułamku sekund zapadało się niczym domki z kart, grzebiąc śpiących mieszkańców. Przeprowadzone analizy wykazały, że aż 90% budynków i elementów infrastruktury w rejonie Bam zostało uszkodzonych lub zniszczonych, gdzie 70% domów zostało wręcz całkowicie zniszczonych. Blisko 100 tysięcy osób zostało bez dachu nad głową.

Jednym z powodów tak dużej liczby ofiar było to, że stosunkowo ciężkie dachy zapadały się, niwelując obszar ewentualnych kieszeni powietrznych. Przez to właśnie wszechobecny kurz i brak tlenu powodowały, że spora część ofiar niestety udusiła się. To właśnie takie ofiary na swoich zdjęciach uwiecznił Atta Kenare. Irański fotograf przybył na miejsce dzień po tragedii, gdzie był świadkiem wielu ludzkich dramatów. Na prezentowanym zdjęciu widzimy ojca, który niesie swoich dwóch martwych synów. Po wyglądzie ich ciał można się domyślać, że to właśnie uduszenie najprawdopodobniej było przyczyną śmierci. Ciężko nawet wyobrazić sobie, jak wielki to był dramat dla tego mężczyzny.

Wśród relacji mieszkańców Bam powtarzają się historie, gdzie ludzie mieli kontakt ze swoimi bliskimi, by ci po kilku czy kilkunastu minutach zamilkli na zawsze. Dopełnia to obraz tragedii samych ofiar, jak i rodzin, które nie miały możliwości przyjścia z pomocą. Choć warto wspomnieć, że zdarzały się cudowne i szczęśliwe chwile dla ratowników. Ostatnią żywą osobę wyciągnięto spod gruzów dopiero 8 stycznia, a więc blisko 2 tygodnie po trzęsieniu.

Iran w tym czasie mógł liczyć na międzynarodową pomoc, a trzęsienie w Bam przyczyniło się również do opracowania nowych przepisów budowlanych, jak i również norm dla ekip ratunkowych. Dziś miasto zostało odbudowane, lecz wielu ocalonych wciąż zmaga się z traumą wynikającą z tamtych wydarzeń.

Zdjęcie to nagrodzone zostało 2. miejscem w konkursie World Press Photo 2004 w kategorii Wydarzenia. 

Źródła:

https://www.borna.news

https://en.wikipedia.org/wiki/2003_Bam_earthquake

czwartek, 8 września 2022

Alain Schroeder - Final farewell

Wybierając produkty na półkach, z reguły nie zastanawiamy się nad tym, jaka historia za nimi stoi. Tymczasem często poprzez kupno słodyczy, przetworzonej żywności przyczyniamy się do degradacji środowiska. Tak jest choćby na Sumatrze, gdzie uprawy pod olej palmowy stanowią zagrożenie dla populacji orangutanów. 


fot. Alain Schroeder


Stale rosnący konsumpcjonizm powoduje, że coraz bardziej wydzieramy naszej planecie jej naturalne tereny. Szczególnie widać to w krajach biednych i rozwijających się, które decydują się na wycinanie lasów, aby na ich miejscu tworzyć tereny rolnicze. To też powoduje, że kurczą się obszary bytowania zwierząt. Już dziś wiele gatunków zagrożonych jest wyginięciem, wymiera na danym terenie. Przykładem tego są orangutany, które żyją na Sumatrze. 

To właśnie życie orangutanów w Indonezji jest dziś zagrożone wylesianiem lasów deszczowych. Zwierzęta te wcześniej zajmowały całą wyspę, obecnie zaś gromadzą się na tylko północy i są uważane za zagrożone wyginięciem. Zmuszone są do przebywania na niewielkich skrawkach lasu, poza ich siedliskiem, a przy tym człowiek stale zagraża im kolejnymi działaniami. Orangutany żyją tylko na dwóch wyspach świata, właśnie Sumatrze i Borneo, gdzie rozrastające się plantacje oleju palmowego wypierają je z lasów deszczowych, ich naturalnego siedliska. Pozostało jedynie 14 tysięcy osobników. 

Indonezja jest pokryta trzecim co do wielkości lasem tropikalnym na świecie, jednak jest przy tym krajem, który znajduje się w czołówce światowej pod względem wylesiania. Najczęściej rolnictwo stawia na olej palmowy, który eksportowany jest na cały świat. Następnie zaś wykorzystywany jest w przemyśle żywieniowym. Znajdziemy go w wielu słodyczach, wyrobach cukierniczych, gotowych daniach, sosach, daniach typu fast food. Jednym z symboli tego oleju stała się Nutella. Nie trzeba przy tym dodać, że do zdrowych on nie należy. 

Choć w latach 2010-2015 wiele korporacji zobowiązało się do zmniejszenia zużycia oleju palmowego, to jednak niewiele zrobiło w tym kierunku. Ogromnym problemem dla Indonezji jest wypalanie lasów, co stanowi zagrożenie dla wielu innych gatunków zwierząt, jak i samych mieszkańców. 

Na całe szczęście są takie organizacje jak Program Ochrony Orangutanów Sumatrzańskich (SOCP), które zajmują się ochroną tych zwierząt oraz ponownym wprowadzaniem zagubionych, rannych lub uwięzionych orangutanów do ich naturalnych siedlisk. Pracy tej organizacji przyjrzał się Alain Schroeder, fotograf National Geographic. Jego zdjęcie zdobyło pierwszą nagrodę World Press Photo w 2020 roku w kategorii Historie przyrodnicze, jak i również w kategorii Single Nature.

Niestety prezentuje ono ciało miesięcznego orangutana, w pobliżu miasta Subulussalam na Sumatrze. Maluch ten zmarł wkrótce po tym, jak został odnaleziony wraz ze swoją ranną matką na plantacji palmy olejowej. Jego matka została oślepiona, złamano jej obojczyk, jak i również postrzelono ją aż 74 razy z wiatrówki. To tylko pokazuje okrucieństwo ludzi wobec zwierząt, jak i jest symbolem tego, do czego prowadzi nadmierna ekspansja człowieka, chęć zysku. Ostatnie pożegnanie to także dramat dla członków organizacji, którzy mimo swoich wysiłków, wciąż muszą mierzyć się z takimi sytuacjami, co niejednemu może odbierać nadzieję na lepsze jutro. Nie da się ukryć, że mały orangutan kojarzyć się może z noworodkiem, zdjęciami, które znamy z konfliktów zbrojnych, katastrof naturalnych - to też sprawia, że obraz ten jest tak wymowny, ma o wiele większą moc oddziaływania na widza. 

Warto na koniec dodać, że według badań DNA orangutana jest w aż 97% tożsame z ludzkim. To tylko pokazuje, że tym zwierzętom tak gnębionym dziś przez człowieka, nie jest aż tak daleko do nas samych. 

Źródła:

https://www.worldpressphoto.org/collection/photo-contest/2020/alain-schroeder-na/1

https://www.lensculture.com/projects/1597381-saving-orangutans

https://www.sapereambiente.it/arte/fotografia/lorango-vittima-della-deforestazione-vince-il-world-press-photo/

niedziela, 4 września 2022

Emmett Till - śmierć, która wstrząsnęła Ameryką

Stany Zjednoczone lat 50. i 60. XX wieku znacznie różniły się od tego, co dziś znamy. Zwłaszcza Południe uosabiało niezwykle konserwanty kierunek społeczeństwa, co jest widoczne po dziś dzień. Mimo upływu 100 lat od wojny secesyjnej, nadal można było zaobserwować wyraźny podział na dwie Ameryki. Podział ten był w szczególności widoczny w podejściu do czarnoskórej ludności. Wyraźnie o tym przekonać się miał Emmett Till, bohater dzisiejszego wpisu.

fot. David Jackson


II wojna światowa wydawać się mogła przełomem dla stosunków między białą a czarną ludnością Ameryki. Wiele osób o afrykańskich korzeniach służyło w armii, pracowało w fabrykach dla wspólnego wojennego wysiłku. Koniec zmagań w Europie i na Pacyfiku przyniósł jednak powrót do dawnych czasów. Wciąż w wielu południowych stanach obowiązywały tak zwane Prawa Jima Crowa. Były to regulacje prawne, które ograniczały prawa czarnoskórej ludności, jeszcze bardziej pogłębiając różnice między Amerykanami. To właśnie z tego wzięły się słynne do dziś osobne toalety, szkoły, siedzenia w autobusach, gdzie wyraźnie pokazywano rzeczy "tylko dla białych" bądź "nie dla kolorowych". Jednak z początkiem lat 50. XX wieku Krajowe Stowarzyszenie na Rzecz Popierania Ludności Kolorowej (NAACP) oraz inne organizacje z sukcesem wywalczyły stopniowe zniesienie segregacji w szkołach. To tylko jeszcze bardziej rozsierdziło mieszkańców Południa.

Emmett Till był 14-letnim chłopcem, który urodził się i mieszkał w Chicago. Choć i tu spotykał się z oznakami segregacji, to jednak ta część USA znana była z bardziej liberalnych poglądów. Chłopiec ceniony był za swój żywiołowy charakter, częste dowcipy, które opowiadał. Latem 1955 roku został zaproszony na wakacje do swojej rodziny w Missisipi. Przed wyjazdem matka ostrzegła go jednak, że jest to zupełnie inne miejsce, gdzie należy przestrzegać specyficznych reguł. Emmett wraz z kuzynami przybywa do małego miasteczka Money. Pewnego dnia udaje się do lokalnego sklepu. Gdy wychodził z niego, gwizdnął na właścicielkę, Carolyn Bryant. Po reakcji znajomych od razu zrozumiał, że popełnił ogromny błąd. Po kilku dniach do domu, w którym znajdował się chłopiec, wpada Roy Bryant ze swoim przyrodnim bratem J.W. Milamem. Mężczyźni wyciągają chłopca z domu, jednak oznajmiają rodzinie, że wywiozą go na drogę, gdzie dostanie małą nauczkę za swój wybryk. Los Emmetta miał okazać się wyjątkowo brutalny.

Chłopiec zaginął, a jego zmasakrowane ciało znaleziono 3 dni później w rzece. Till był nie do rozpoznania, a oprawcy dodatkowo przywiązali jego ciało drutem kolczastym do odziarniarki, aby poszło na dno. Emmetta w zasadzie udało się zidentyfikować tylko dzięki sygnetowi, który miał na palcu. Jego twarz była napuchnięta, jedno oko wybite, a nos połamany w wielu miejscach. Choć lokalnym władzom zależało na szybkim pogrzebie, to jednak zgodnie z wolą matki chłopca, Mamie Bradley, uroczystość odbyła się 2 września przy otwartej trumnie. Kobiecie zależało na tym, aby jak najwięcej osób zobaczyło, co stało się z jej synem. Na miejscu pojawiło się ponad 50 tysięcy mieszkańców, gdzie dla wielu z nich ciało chłopca było wręcz przerażające. Podczas pogrzebu powstało słynne zdjęcie, gdzie zrozpaczona matka spogląda na ciało Emmetta.



Jeszcze przed pogrzebem Moses Newson i Simeon Booker zostali wyznaczeni do przeprowadzenia dziennikarskiego śledztwa. Booker wziął udział w pogrzebie wraz z fotografem Davidem Jacksonem, który zrobił słynne zdjęcie Tilla w trumnie. Nakład ich czasopisma JET wzbudził na tyle duże zainteresowanie, że musiano zorganizować po raz pierwszy w historii dodruk. Dwóch wspomnianych dziennikarzy omówiło na łamach również zbliżający się proces i odegrało kluczową rolę w znalezieniu kilku kluczowych świadków.

Bryant i Milam zostali szybko aresztowani. Mimo ewidentnych dowodów, zeznań świadków obaj zostali uniewinnieni przez lokalną ławę przysięgłych. Mimo to, wielu białych mieszkańców Ameryki było zszokowanych, że w ich czasach dochodzi do morderstw rodem z XVIII czy XIX stulecia. Uniewinnienie sprawców oburzyło społeczność Afroamerykanów w całym kraju. Wtedy też powstał ruch Emmett Till Generation, który przyczynił się do masowych spotkań, strajków i marszów na rzecz równego traktowania czarnoskórej ludności zgodnie z prawem. Nie minęło wiele dni, gdy w mieście Montgomery, Rosa Parks odmawia ustąpienia białemu mężczyźnie miejsca w autobusie, co wraz ze sprawą Emmetta jest katalizatorem zmian i zniesienia segregacji rasowej w kolejnych latach.

źródła: 

https://time.com/4399793/emmett-till-civil-rights-photography/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Emmett_Till

https://www.youtube.com/watch?v=aNVh1MGDjMo&ab_channel=ciekawehistorie

https://www.loc.gov/collections/civil-rights-history-project/articles-and-essays/murder-of-emmett-till/

sobota, 30 października 2021

Nilüfer Demir - Alan Kurdi

Już od wielu lat możemy zaobserwować masową emigrację ludności z Bliskiego Wschodu. Wieloletnie wojny w Iraku, Afganistanie i Syrii sprawiają, że mieszkańcy tych krajów uciekają przed biedą, śmiercią i szukają lepszego jutra w Europie. Oczywiście sam ten proces wszędzie wzbudza ogromne kontrowersje. Nie można jednak zapomnieć, że wiąże się z ludzkimi dramatami, tragediami. Największym symbolem tragizmu tych czasów jest zdjęcie Alana Kurdiego, małego chłopca, który utonął podczas próby przedostania się do Grecji.



fot. Nilüfer Demir


Mamy 2015 rok. Od 4 lat w Syrii trwa wojna domowa, która spustoszyła barwny i niegdyś piękny kraj o głębokiej historii. Mnóstwo osób poniosło śmierć, odniosło rany, straciło dach nad głową. Niepewne czasy skłoniły ogromne rzesze ludzi do ucieczki z kraju. Najbliższym i najbardziej pewnym miejscem dla uciekinierów staje się Europa. Mnóstwo osób przedostaje się zatem do Turcji, skąd następnie ich celem jest uzyskanie azylu w UE. Ponieważ coraz więcej granic zostaje zamkniętych, pilnie strzeżonych, najbliższą, lecz ryzykowną drogą stają się greckie wyspy, znajdujące się nieopodal Turcji.

Warunkiem koniecznym do przedostania się na jedną z wysp, jest skorzystanie z łodzi. Wiele osób oddaje swoje ostatnie oszczędności szmuglerom, którzy pakują na małe łodzie zdecydowanie zbyt wielu uciekinierów. Prowadzi to do katastrofy. W szczytowym okresie nie ma dnia, byśmy nie usłyszeli o dziesiątkach, a nawet setkach ofiar, którym nie udało się przepłynąć morza. Nie da się dziś w zasadzie oszacować, ilu Syryjczyków, Irakijczyków czy mieszkańców innych krajów utonęło gdzieś między Turcją a Grecją, Północną Afryką a Włochami, Hiszpanią. Z racji specyfiki obecnych mediów, co najwyżej możemy dowiedzieć się tylko o ofiarach, lecz nie mamy ich obrazów. Zmieniło się to jednak dzięki tureckiej fotografce, której udało się uwiecznić ciało Alana Kurdiego.

Alan, przedstawiciel kurdyjskiej mniejszości w Syrii, 2 września 2015 roku wraz ze swoimi rodzicami oraz starszym bratem, Ghalibem, wsiada na jedną z przepełnionych łodzi. Ich celem jest znajdujące się niezbyt daleko greckie Kos. Wyspę można zobaczyć gołym okiem i stanowi ona ziemię obiecaną dla emigrantów. Celem rodziny jest uzyskanie azylu, a następnie podróż do Kanady. Niestety łódź, a w zasadzie wątpliwej jakości ponton, szybko nabiera wody. Rodzina trafia do morza. Z całej czwórki uratuje się tylko Abdullah Kurdi, ojciec i głowa rodziny.

Tego dnia na plaży w okolicach Bodrum znajdzie się Nilüfer Demir, fotografka, która pracowała dla tureckiej agencji DHA. Regularnie odwiedzała ten region, aby dokumentować sytuację uchodźców. W tym czasie miała akurat zająć się grupa Pakistańczyków, którzy mieli zamiar popłynąć na Kos. Nagle kobieta dowiedziała się, że na brzegu znajdują się ciała Syryjczyków. W wywiadzie dla magazynu VICE, Nilüfer stwierdziła, że gdy zobaczyła ciało chłopca, sparaliżowało ją. Po chwili jednak Turczynka ochłonęła i wykonała serię zdjęć. Był to dla niej straszny widok, po którym trudno było jej zasnąć.

Jeszcze tego samego dnia zdjęcie trafiło na Twittera i inne media społecznościowe, po czym lotem błyskawicy zostało udostępnione ogromną ilość razy, jak i pojawiło się w wielu mediach. Choć wywołało kontrowersje, to jednak przyczyniło się do tego, że kilka krajów zdecydowało się na zmianę swojego stosunku do imigrantów, co zdecydowanie pomogło osobom żyjącym w obozach.

Zawsze w takich sytuacjach pojawia się pytanie – dlaczego w ogóle wykonano zdjęcie? Moim zdaniem, jak i sporej grupy osób związanych ze zdjęciami, zadaniem fotografa jest przedstawianie rzeczywistości, przy jednoczesnym wyłączeniu emocji. Dzięki temu można pokazać innym to, czego jest się świadkiem. To też sprawiło, że cały świat dowiedział się o Alanie Kurdim, jak i innych uchodźcach, którzy próbowali uciec do Europy.

W dalszej części nadchodzi czas na refleksję, która zapewne przedstawicielom prawej, konserwatywnej strony nie przypadnie do gustu. Mamy 2021 rok, minęło 6 lat od śmierci Alana i nagle jednym z popularnych kierunków emigracji na Zachód stała się nasza wschodnia granica. Nie ma teraz dnia, abyśmy nie usłyszeli o nowej grupie przyłapanych uchodźców, osobach, które nadal koczują na granicy Polski i Białorusi. Jest to niezwykle kontrowersyjny temat, jednak moim zdaniem przepychanie kobiet w ciąży, małych dzieci z jednej strony na drugą, jest oznaką naszej słabości, jak i również powodem do wstydu. Wiadomym jest, że strona białoruska stara się wykorzystać całą sytuację, jednak wciąż mówimy o osobach, które potrzebują naszej pomocy.

Chciałbym przypomnieć, że w 1942 roku ponad 116 tysięcy Polaków, wśród których było przeszło 40 tysięcy cywilów (13 tysięcy dzieci) przedostało się z sowieckiej Rosji do Iranu. Tam ze strony lokalnych władz, jak i Brytyjczyków otrzymało niezbędną pomoc. Sporo dzieci trafiło do lokalnych sierocińców, jak i do Indii, gdzie mogło liczyć na najlepszą opiekę. Wygłodniali i zniszczeni ciężką pracą w ZSRR, Polacy znaleźli swoją ziemię obiecaną, a Władysław Anders stał się dla nich kimś pokroju Mojżesza.

Nie chcę za bardzo wyolbrzymiać obecnej sytuacji, jednak uważam, że nadszedł obecnie czas, abyśmy mogli choć w części spłacić wspomniany dług. W niedawnych sondażach ponad połowa Polaków opowiedziała się przeciw wpuszczaniu imigrantów do naszego kraju. Sposób, w jaki widzimy w każdym uchodźcy potencjalnego terrorystę, w zasadzie niczym nie różni się od tego, że przez lata w Polakach na Zachodzie widziano złodziei samochodów – przecież to takie oburzające!

Nie jestem wierzący, opowiedziałbym się nawet po stronie wrogów polskiego kościoła. Przypomniała mi się jednak historia, którą opowiedziała mi katechetka w szkole podstawowej. Do pewnej kobiety miał przyjść Jezus. Szykowała się zatem cały dzień na jego przybycie. Najpierw zapukał do niej bezdomny z prośbą o trochę jedzenia. Zignorowała go, bo czekała na Jezusa. Potem przyszedł wędrowny z osłem, z prośbą o trochę siana. Jego również odesłała. Na końcu zaś przyszedł pielgrzym z prośbą o trochę wody. On także został zignorowany. Gdy w końcu zjawił się Jezus, rozgniewany powiedział, że trzy razy zjawił się u kobiety, jednak ta go nie przyjęła. Interpretację historii w odniesieniu do sytuacji uchodźców, pozostawiam każdemu z czytelników.

Na końcu chciałbym pokazać kilka innych zdjęć Alana.


fot. 1, 2 3. N.N

Wyobraźcie sobie, że to teraz wasz syn, brat, siostrzeniec, bratanek, kuzyn. 


Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/Death_of_Alan_Kurdi

https://en.wikipedia.org/wiki/Nil%C3%BCfer_Demir

https://ijoc.org/index.php/ijoc/article/viewFile/7252/2155

https://www.bbc.com/news/world-europe-34150419

https://time.com/4162306/alan-kurdi-syria-drowned-boy-refugee-crisis/

https://www.vice.com/pl/article/nnavbz/rozmowa-z-nilufer-demir







piątek, 24 września 2021

Tragedia w Aberfan

 

Praca w kopalni węgla kamiennego od zawsze wiązała się z wielkim ryzykiem. Nie ma praktycznie roku czy nawet miesiąca, byśmy nie usłyszeli o wypadku pod ziemią. Jednak to, do czego doszło w 1966 roku w jednym z górniczych miasteczek w Walii, przerosło najczarniejsze scenariusze. W wyniku zaniedbań dyrekcji oraz obfitych opadów wielka fala błota, węgla i innych odpadów uderzyła w miejscową szkołę. To jedna z największych katastrof w historii Wielkiej Brytanii.


fot. George Freston


Gdybyśmy spojrzeli w ubiegłym wieku na wiele regionów w Walii, północnej Anglii, to od razu mogły by skojarzyć się nam ze śląskimi miastami. Początkowe osady, a potem miasteczka tworzone były przy lokalnych kopalniach. To właśnie wokół tych obiektów skupiało się całe życie mieszkańców. Większość mężczyzn pracowała na kopalni, wokół której powstawały osiedla, szkoły, kościoły. Praktycznie nie było rodzin, gdzie któryś z członków nie byłby związany z kopalnią. Tak też było w Aberfan.

Jest to małe miasteczko mieszczące się nieopodal Merthyr Tydfil, na północ od Cardiff. Już od końca lat 90. XIX wieku funkcjonowała tam kopalnia, która rozwinęła się mocno w okresie przed I wojną światową. Przez wiele lat bezpośrednio nad wioską Aberfan, na kilku hałdach odkładano miliony metrów sześciennych materiałów wydobytych z kopalni. Takie ogromne hałdy składające się ze skał i urobku górniczego zostały zbudowane na warstwie wysoce porowatego piaskowca, w którym ponadto znajdowało się sporo podziemnych źródeł. Późniejsze badania wykazały, że część z hałd została zbudowana bezpośrednio nad takimi źródłami wody. Już w 1963 roku lokalne władze wysyłały pisma do Krajowej Rady Węgla. Ostrzegano, że same hałdy są nie tylko zbyt duże i za wysokie, lecz także mieszczą się na niebezpiecznym gruncie. Niestety pisma te zostały zignorowane.

Październik 1966 roku był niezwykle deszczowy, przez co spore opady naruszyły strukturę jednej z hałd. Ponadto dały o sobie znać podziemne źródła. 21 października, niedługo po godzinie 9:00 jedna z grup pracowników zauważyła osuwisko. Próbowano wszcząć alarm, jednak okazało się, że kabel telefoniczny został skradziony. O godzinie 9:15 nastąpiło rozerwanie struktury hałdy i nagle ogromna fala błota, kamieni, węgla runęła na Aberfan. Przyjmuje się, że osuwisko liczyło sobie ponad 120 tysięcy metrów sześciennych, z czego około 40 tysięcy uderzyło bezpośrednio na miasteczko. Mieszkańcy wspominali o tym, że całemu wydarzeniu towarzyszył dźwięk przypominający przelot odrzutowca. Zniszczeniu uległo jedno z gospodarstw i 20 domów znajdujących się wzdłuż jednej z dróg.


fot. N.N


Największa tragedia wydarzyła się jednak kilkadziesiąt metrów dalej. Od lat bezpośrednio pod hałdą znajdowała się lokalna szkoła podstawowa. Był to ostatni dzień przed przerwą, a dzieci dopiero co kilkanaście minut wcześniej zasiadły w ławach szkolnych. Praktycznie cała szkoła została zniszczona i zasypana wysoką na 10 metrów warstwą gruzu. Pierwsi na miejsce przybyli mieszkańcy i górnicy. Mężczyźni, którzy do tej pory wydobywali węgiel pod ziemią, nagle za pomocą gołych rąk i kasków walczyli o uratowanie swoich dzieci. Wszyscy pracowali tak szybko, jak tylko mogli. Bano się użyć ciężkiego sprzętu, więc korzystano jedynie z ręcznych narzędzi. Setki osób utworzyło linię, poprzez którą przekazywano sobie wiadra z odpadami. Większość wydobytych dzieci niestety była już martwa. Około 11:00 udało się odnaleźć Jeffa Edwardsa, który potem okazał się ostatnim uratowanym dzieckiem. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziano, więc bezustannie przekopywano się przez kolejne metry osuwiska.

Gdy ktoś usłyszał jakiś dźwięk, natychmiast używano gwizdka, przez co wszyscy zamierali i w ciszy nasłuchiwali jakichkolwiek odgłosów. W lokalnej kaplicy urządzono prowizoryczną kostnicę, gdzie zrozpaczone rodziny próbowały zidentyfikować swoje dzieci. Oficjalnie dopiero 28 października odnaleziono ostatnie ciało i poszukiwania zostały zakończone. Przeprowadzone badania wykazały, że większość dzieci nie zginęła od razu, lecz w wyniku uduszenia, co jeszcze bardziej nadaje ponurego obrazu całej sytuacji. Łącznie w wyniku katastrofy w Aberfan zginęły 144 osoby. Aż 116 z nich stanowiły dzieci w wieku od 7 do 10 lat.

Główne zdjęcie prezentuje masowy pogrzeb, do którego doszło 27 października. Tego dnia pochowano 82 osoby, a widok dwóch par rowów z dziecięcymi trumnami robił przerażające i dołujące wrażenie. W samej ceremonii udział wzięło ponad 10 tysięcy osób.

Krajowa Rada Węgla od samego początku odpierała zarzuty, twierdząc, że to nie jej wina i nie miała wpływu na pogodę. Niedługo po katastrofie powstała specjalna komisja, która co prawda orzekła winę Rady, jednak żaden z jej pracowników nie został skazany, zwolniony czy nawet zawieszony. Rada podobnie jak inne instytucje na przestrzeni wielu lat wręcz utrudniały życie mieszkańcom Aberfan, nie cofając się nawet przed groźbami. Oceniali mieszkańców jako źródło wszelkich problemów. Burmistrz miasteczka stworzył specjalny fundusz, dzięki któremu z całego świata zebrano kwotę ponad 1,75 mln funtów. Tu także pojawiły się problemy z pomocą i odszkodowaniami. Kilka lat później mieszkańcy zażądali usunięcia pozostałych hałd. Rada stwierdziła, że nie ma na to środków. Brytyjski rząd posunął się do bardzo nikczemnego działania, albowiem pobrał z funduszu 150 tysięcy funtów, które przeznaczył na likwidację hałd. Środki te zostały zwrócone dopiero w 1997 roku, jednak w takiej samej sumie, gdzie przy uwzględnieniu inflacji przekroczyłyby wtedy ponad milion funtów.

Dziś samo Aberfan nie wygląda już jak górnicze miasteczko. Krajobraz bardzo się zmienił, lecz pamięć o wydarzeniach z 1966 roku wciąż jest żywa. Przez wiele lat mieszkańcy, zwłaszcza uratowane dzieci potrzebowali wiele pomocy ze strony specjalistów. U dużej grupy wykryto zespół stresu pourazowego, jak i poczucie winy, że zostało się uratowanym.

Jeśli zaciekawiła was tragedia w Aberfan, to polecam obejrzeć trzeci odcinek 3. sezonu The Crown, który w całości skupia się na tych wydarzeniach. Warto także obejrzeć archiwalny materiał filmowy:



Źródła:

https://aberfan.walesonline.co.uk/

https://www.businessinsider.com/haunting-photos-tragic-aberfan-disaster-1966-2019-11?IR=T

https://en.wikipedia.org/wiki/Aberfan_disaster

sobota, 24 kwietnia 2021

Jérémy Lempin - doktor Peyo

Osoby śmiertelnie chore często pozostawiane są same sobie w ośrodkach paliatywnych. Ich codzienność sprowadza się do przyjmowania leków i oczekiwania na koniec. Na całe szczęście coraz częściej otrzymują pomoc ze strony zwierzęcych opiekunów i terapeutów. Jednym z najbardziej niezwykłych z nich jest Peyo, koń, który ma w sobie wyjątkowy dar. 



fot. Jérémy Lempin


Peyo to z pozoru zwykły koń, który przez lata pracował w cyrku wraz ze swoim opiekunem, Hassenem Bouchakourem. Powszechnie mówiło się o tym, że zwierze miało trudny charakter i niezbyt przepadało za kontaktem z ludźmi czy dotykiem. Jednak jego opiekun zauważył, że Peyo zdarzało się po występach podchodzić do niektórych osób na widowni i przebywać z nimi trochę czasu. Hassen zaobserwował, że były to osoby schorowane, cierpiące na różne dolegliwości. Dało mu to sporo do myślenia. Zaczął wraz z koniem odwiedzać różnych specjalistów. Wysunięta została teoria, że Peyo jest w stanie wyczuwać u ludzi choroby nowotworowe lub inne groźne schorzenia. 

Hassen wpadł zatem na pewien pomysł. Zatrudnił się jako pielęgniarz w ośrodku opieki paliatywnej w Calais. W porozumieniu z dyrekcją zaczął sprowadzać Peyo do pacjentów. Dla wielu z nich szybko stał się przyjacielem i przewodnikiem w ostatniej drodze. Hassem założył fundację Les Sabots Du Coeur. Dzięki temu jest w stanie do dziś nie tylko pracować we wspomnianym ośrodku, lecz także odwiedza inne szpitale, hospicja. Z czasem Peyo dzięki mediom stał się bardzo znany. W 2018 roku Ellen DeGeneres udostępniła na swoim Instagramie materiał o Peyo, który polubiło ponad 1,8 miliona osób. Powstało sporo reportaży na temat tego niezwykłego konia. 

Terapia zwierząt domowych jest stosowana w wielu środowiskach klinicznych, w szczególności w terapii psychologicznej i opiece paliatywnej. Udowodniono, że zwierzęta są zdolne do zmniejszania lęku i stresu, jak i mogą nieść pomoc w leczeniu bólu. W hospicjach celem jest tworzenie naturalnej więzi między ludźmi a zwierzętami, dzięki czemu można zagwarantować komfort, spokój i towarzystwo dla nieuleczalnie chorych pacjentów. Konie wydają się szczególnie przystosowane do opieki paliatywnej, albowiem z łatwością adaptują się do otoczenia. Peyo w każdym miesiącu odwiedza około 20 pacjentów. Jednym wystarcza jego obecność, inni lubią, gdy robi dziwne miny, mogą go pogłaskać, podrapać za uszami. Na co dzień dosyć energiczny koń, przy pacjentach zmienia się nie do poznania. Staje się niezwykle spokojny, łagodny, jakby świetnie zdawał sobie sprawę z miejsc, w których się znajduje. Lekarze są zafascynowani wpływem Peyo na podopiecznych. 

Jérémy Lempin to francuski fotograf freelancer, który współpracuje z kilkoma portalami i magazynami. W zeszłym roku skontaktował się z fundacją i zaczął towarzyszyć Peyo i Hassenowi w ich pracy. Udało mu się stworzyć świetny reportaż, a tytułowe zdjęcie zdobyło drugą nagrodę w konkursie World Press Photo 2021. Jest to przejmująca fotografia, na której to zniszczona przez raka z przerzutami 24-letnia Marion, obejmuje swojego 7-letniego syna Ethana, w obecności Peyo. Obraz ten wygląda niczym pożegnanie, przy którym obecny jest Charon, gotowy przeprowadzić Marion na drugą stronę. 

Cała sytuacja bardzo skojarzyła mi się z jedną z finałowych scen filmu A Monster Calls, gdzie Conor musi się pożegnać ze swoją umierającą mamą. Oczywiście wszystkim polecam ten świetny film. 



Źródła:

https://equista.pl/editorial/3174/niezwykle-konie-peyo

https://www.worldpressphoto.org/collection/photo/2021/41435/1/Jeremy-Lempin

https://strajk.eu/kon-zycie-i-smierc/




piątek, 19 marca 2021

Virginia Schau - Pulitzer nieco z przypadku

Nagrody fotograficzne, zwłaszcza World Press Photo i Pulitzer, rządzą się odpowiednimi kryteriami. Nie da się ukryć, że wiele nagrodzonych czy wyróżnionych zdjęć powstało podczas ważnych wydarzeń, było wręcz zaaranżowanych. Czasem dochodzi jednak do sytuacji, kiedy o świetnym materiale decyduje przypadek. Świetnym tego przykładem jest historia Virginii Schau.

fot. Virginia Schau


3 maja 1953 Virginia wraz z mężem i rodzicami zdecydowała się na wycieczkę autem na ryby nad pobliską rzekę Sacramento. Tuż przed nimi jechała ciężarówka prowadzona przez Paula M. Overby'ego i jego pomocnika Henry'ego Bauma. Akurat w momencie jak mężczyźni wjeżdżali na most, zauważyli, że coś niedobrego dzieje się z układem kierowniczym. Niestety już na moście całkowicie on zawiódł, co doprowadziło no nagłego i niekontrolowanego skrętu oraz wypadnięcia pojazdu poza balustradę. Na całe szczęście dla mężczyzn koła ciężarówki zakleszczyły się między naczepę a most, dzięki czemu jakimś cudem ciągnik siodłowy wciąż nie spadł do rzeki. Walter Schau wraz z innymi świadkami wypadku szybko ruszyli na pomoc. Dzięki posiadanej linie udało im się dostać do walczących o życie kierowców. Na początku udało się uratować Overby'ego. Baum jednak znajdował się półprzytomny w ciężarówce, która na domiar złego, zaczęła zajmować się ogniem. Walter niewiele myśląc, opuścił się na linie do kabiny i wyciągnął z niej kierowcę. Niczym w typowym filmie akcji, zaraz po osiągnięciu mostu, ciężarówka spadła do wody z wysokości kilkunastu metrów. 

W tym samym czasie Virginia pobiegła do samochodu po aparat. Akurat miała pod ręką model Brownie Kodaka, który dostała kiedyś od siostry. Choć zwykle woziła go ze sobą na wycieczki, to ostatni raz zdjęcia wykonała rok wcześniej. Okazało się, że na rolce pozostały dwie wolne klatki. Kobieta pobiegła na pagórek na wysokości mostu, z którego doskonale było widać całą akcję ratunkową. Udało jej się wykonać 2 ostatnie zdjęcia. 

Zaraz po wywołaniu zdjęć, za namową ojca Virginia wysłała swoją pracę do redakcji Sacramento Bee, z nadzieją otrzymania nagrody 10$ w cotygodniowym konkursie fotograficznym. Nie wiedziała jednak, że jej fotografia zostanie użyta przez  Associated Press i pojawi się w gazetach na całym świecie. Rok później nastąpiła ogromna niespodzianka. Virginia Schau wygrała główną nagrodę Pulitzera w kategorii fotografii. Stała się tym samym nie tylko pierwszą kobietą, lecz także drugim amatorem w historii z tą nagrodą. Dzięki temu dostała także 1000$, które akurat przydało jej się z chwilą narodzin pierwszego dziecka. Jak sama wspominała, nie była "żadnym fotografem", a zdjęcie wykonała swoim "małym Brownie". Jak zatem widać, mając aparat przy sobie, można stać się świadkiem ważnego zdarzenia i zdobyć jedną z najważniejszych nagród na świecie. 

Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/Virginia_Schau
https://faktopedia.pl/535844/Na-ratunek-kierowcom-USA-3-maja-1953-r-Fot-Virginia-Schau-38-letnia

wtorek, 9 marca 2021

Terry Fox and the Marathon of Hope

Zazwyczaj w sytuacji, kiedy słyszymy słowo bohater, na myśl przychodzą nam osoby, które uratowały komuś życie, dokonały czegoś niemożliwego. Tymczasem bohaterem w oczach innych można zostać na różne sposoby. Świetnym tego przykładem jest Terry Fox, młody chłopak z Kanady, który pewnego dnia postanowił zebrać na walkę z rakiem dolara od każdego Kanadyjczyka. Zrobił to jednak w wyjątkowy sposób. 

fot. Gail Harvey, United Press Canada


Terrance Stanley Fox urodził się 28 lipca 1958 roku w Winnipeg w Kanadzie. Od najmłodszych lat wykazywał duże zainteresowanie sportem, osiągając sukcesy w lokalnych, zwłaszcza szkolnych zawodach. Z biegiem czasu zaczął coraz poważniej zastanawiać się nad zostaniem nauczycielem wychowania fizycznego. W listopadzie 1976 roku miał niewielki wypadek samochodowy, w czasie którego uszkodził kolano. Choć ból w prawej nodze pojawiał się coraz częściej, chłopak go ignorował i ewentualne badania przekładał na koniec sezonu koszykówki. W marcu 1977 ból stał się jednak nie do zniesienia. Podczas badań okazało się niestety, że Terry cierpi na mięsaka kości. Konieczna zatem była amputacja nogi 15 cm powyżej kolana. Lekarze oznajmili mu, że po chemioterapii szanse na wyzdrowienie wyniosą 50 na 50. Chłopak był zdumiony, że w ciągu zaledwie 2 lat teoretyczne szanse w leczeniu wzrosły z 15 do 50%. Jego chemioterapia trwała aż 16 miesięcy. Już po 3 tygodniach całkiem dobrze radził sobie z protezą. Podczas pobytu w szpitalu był świadkiem cierpienia czy śmierci wielu dzieci, rówieśników. Wywarło to na nim ogromne wrażenie, przez co postanowił dokonać czegoś, co pomoże innym w walce z rakiem.

Fox szybko wrócił do uprawiania sportu, zdobywając między innymi trzy tytuły mistrza kraju w koszykówce na wózkach. Jeszcze przed operacją czytał o Dicku Traumie, czyli pierwszej osobie, której udało się po amputacji przebiec nowojorski maraton. Do swoich pierwszych zawodów szykował się przez 14 miesięcy. Jednocześnie w głowie chłopaka narodził się zupełnie inny plan. Doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że na wykrywanie i leczenie nowotworów przeznacza się zdecydowanie zbyt mało środków. Tak też powstała idea Maratonu Nadziei. Terry chciał przebiec przez całą Kanadę, od jednego oceanu do drugiego, jednocześnie zbierając pieniądze na walkę z rakiem. Początkowo myślał o kwocie miliona dolarów, jednak z czasem jego plan urósł do 1 dolara za każdego mieszkańca Kanady, co dawało między 24 a 25 milionów.

Chłopak skontaktował się z Canadian Cancer Society, a także wysłał list z prośbą o wsparcie do znanych firm. Dzięki temu dostał od Adidasa buty do biegania, a od Ford Motor Company kampera na czas podróży. Jednocześnie odmówił wielu firmom, które chciały czerpać zyski z reklamowania się w czasie podróży. 12 kwietnia 1980 roku rozpoczął się Maraton Nadziei. Terry Fox symbolicznie zanurzył nogę w Atlantyku, a następnie wyruszył w stronę Oceanu Spokojnego. Jego plan zakładał codzienne pokonywanie dystansu maratonu, czyli ponad 42 km. W wyprawie towarzyszył mu Doug Alward, a potem do dwójki dołączył Darell, młodszy brat Terry'ego. Początkowo akcja nie była zbyt głośna, a chłopak po pokonaniu 1/3 trasy zebrał tylko 200 tysięcy dolarów. Tracił przez to nadzieję na sukces. Na całe szczęście usłyszał o nim Isadore Sharp, założyciel Four Seasons Hotels Limited. W 1978 roku stracił on syna przez czerniaka i zaimponowała mu akcja innego młodzieńca. Przekonał Terry'ego do kontynuowania maratonu i obiecał wpłacić 2 dolary za każdą pokonaną milę. To nie koniec, gdyż namówił do tego samego 1000 innych firm.



Nagle młody Terry Fox stał się bohaterem Kanady. Pisały o nim wszystkie gazety, przeprowadzono z nim liczne wywiady. W miastach witały go tłumy ludzi, często oklaskując go z pobocza przez wiele kilometrów. Chłopak był przyjmowany przez burmistrzów miast, gubernatorów, dokonał uroczystego otwarcia ligi futbolowej. Z czasem jednak Terry zaczął podupadać na zdrowiu. Musiał zmagać się z częstymi bólami, zapaleniami stawów, jak i również sama proteza dawała mu się we znaki. 1 września chłopak doznał silnego ataku kaszlu. Nie mógł kontynuować biegu i musiał udać się do szpitala. Do tego momentu w 143 dni przebiegł 5373 km. Niestety diagnoza okazała się fatalna. Nowotwór powrócił i silnie zaatakował płuca. Terry zmuszony był do przerwania maratonu. Do tego czasu zebrał 1.7 mln dolarów. Jednak w tych trudnych chwilach społeczeństwo stanęło na wysokości zadania. W wyniku różnych akcji do kwietnia 1981 roku zebrano ponad 23 mln dolarów, więc chłopakowi udało się osiągnąć cel - 1 dolar od 1 Kanadyjczyka.

Terry Fox stał się osobą popularną na całym świecie. Jako najmłodsza osoba w historii otrzymał Order Kanady. Niestety choroba wciąż postępowała. Lekarze podjęli się nowatorskich prób leczenia, jednak i one zawiodły. 28 czerwca Terry zmarł, dokładnie miesiąc przed swoimi 23. urodzinami. Ówczesny rząd zdecydował się na precedensowy czyn - w całym kraju opuszczono flagi do połowy masztu. Pogrzeb Terry'ego był transmitowany w TV. Dziś chłopak powszechnie uznawany jest za bohatera narodowego Kanady.

Niedługo po śmierci chłopaka odbył się pierwszy Terry Fox Run. Jest to do dziś największe światowe wydarzenie sportowe poświęcone osobom dotkniętym przez nowotwory. Ma ono wymiar globalny i odbywa się również w Polsce. Tylko do 2018 roku zebrano ponad 750 mln dolarów we wszystkich akcjach!



Terry stał się zatem bohaterem także poza Kanadą, czym udowodnił, że każdy z nas może zmieniać świat na lepsze.


Źródła:
https://terryfox.org/our-role-and-research/mission-statement-and-history/
https://en.wikipedia.org/wiki/Terry_Fox
https://montecristomagazine.com/community/terry-fox-exhibit

piątek, 25 grudnia 2020

 

Przychodzą takie momenty, że odczuwasz totalną pustkę, wręcz niechęć do kontynuacji swojej pracy. Niezwykle długo zabierałem się do napisania tego tekstu. Nie wiem nawet, ile razy bezskutecznie do niego siadałem. Chyba w końcu przyszedł najwyższy czas, aby się z nim uporać.




Przez długi czas zastanawiałem się, od czego tu zacząć. Myślałem, czy napisać o wszystkim, jednak uznałem, że jest to coś mojego, co zostanie tylko we mnie. Są bowiem takie momenty w życiu, które sprawiają, że twoje życie zawala się niczym domek z kart. Tak też miałem w czerwcu 2019 roku. Zabawne-smutne jest to, że oba zdarzenia związane były z telefonami.

Któregoś czerwcowego dnia, z samego rana dostaje telefon od mamy: Cześć, czy mógłbyś do mnie przyjechać? Idę do szpitala na operację. Szybko oczywiście, pełen obaw docieram na miejsce. Drzwi otwiera mi mama z cewnikiem zawieszonym u pasa: wykryli u mnie guza za jelitami, w poniedziałek będę mieć operację. Wielce zaniepokojony wysłuchuję całej historii, nastawiam się na trudne czasy.

Na drugi dzień zaczyna się epizod/historia, który potrwa przez miesiąc. Akurat w tym okresie klienci gonią jak szaleni, więc ponad 30 dni upłynie mi na nadmiernej pracy i 1/2 wizytach dziennych w szpitalu. Z każdym dniem czuję się już u kresu sił, jednak załączam kolejne rezerwy. To jest właśnie ten okres, który chcę zachować dla siebie, gdyż jest zbyt ciężki do opisania. Szpital w Czeladzi w tym nie pomaga (jak chcecie, to możecie mnie pozwać o pomówienie, że Was kur... nie było stać na zbiornik do pompy na ropę). Mimo wszystko zachowuję resztki nadziei. W lipcu do szpitala przybywa delegacja sióstr od mamy. Kilka dni później dociera jeden z jej braci. Jak zawsze, koło 14:00 żegnam się i mówię, że zobaczymy się jutro. Wieczorem dzwoni do mnie siostra z informacją, że z mamą jest gorzej. Ja po 20 siedzę dalej w pracy i mówię, żeby się nie przejmowała, jutro będzie lepiej.

Dzień później, godzina 6 rano telefon: Dzień dobry, tu Czeladź Szpital, proszę czekać na przekierowanie do lekarza. Już wiem, wiem kurwa, co za chwilę usłyszę! Dzień dobry, pani Strączek zmarła. I nagle czujesz, jak wszystko wokół ciebie się wali. Bez namysłu wsiadam w autobus i jadę do mojej siostry i cioci, aby im przekazać wieści, zanim same z rana pójdą do szpitala. Dopiero ostatnio odkryłem, że czułem się wtedy dokładnie jak Will, bohater filmu 1917, który nagle traci przyjaciela i trafia do ciężarówki pełnej żartujących między sobą żołnierzy (sorry za spoilery). Wtedy tak właśnie się czułem – wytrzymaj, dasz radę, tylko nie rozklej się w autobusie. I nagle przybywasz z najgorszymi wieściami (jak z ojcem kilkanaście lat wcześniej). Zaczyna się wtedy cała karuzela. Mama zawsze mówiła, że chce być pochowana niedaleko rodzinnego domu, w Świętokrzyskim. Udało się to na szczęście zorganizować – jeszcze raz dziękuje wszystkim, którzy dotarli na pogrzeb – nigdy tego nie zapomnę!

Masz niewiele ponad 30 lat i zostajesz de facto sierotą, bez rodziców i dziadków. To jest strasznie trudny okres, w którym masz się pozbierać i żyć dalej. Staram się, choć nie zawsze wychodzi. Przyszedł właśnie drugi świąteczny okres bez mamy. Dla mnie zawsze to ona była tą osobą, która wszystkim zarządzała i spajała całą grupę. Gdyby nie cholerne przeznaczenie – życie na ubogiej wsi, opiekowanie się młodszym rodzeństwem od 5. roku życia, pierwszym dzieckiem od 18. roku życia, to ze swoim talentem kulinarnym byłaby dziś w całkiem dobrej warszawskiej restauracji. Niestety dziś pozostają tylko dobre wspomnienia i obecne święta, które spędzasz nieco z przymusu (mimo wszystko dziękuje ciociu).

Na sam koniec chciałbym napisać o pewnej refleksji, która mnie naszła w zeszłym roku. Moja mama często mówiła mi o tym, że chce lecieć samolotem, a przy tym najbardziej zobaczyć Wenecję. Zawsze sobie w głowie mówiłem, że wezmę ją na taki wyjazd, ale to odkładałem. Przekładałem to, bo nie chciałem wydać 500 złotych na weekend za lot i hotel. I nagle się okazało, że przez głupie, cholerne kurwa skąpstwo, nie zrobiłem dla niej czegoś, co powinienem.

Dlatego mocno proszę WAS! Zrezygnujcie z jakiegoś waszego wyjazdu, zakupów. Nie popełniajcie tego samego błędu, co ja. Jeśli tylko macie taką możliwość, zrealizujcie wakacyjne marzenia rodziców lub dziadków. To nie tak dużo kosztuje, a być może spełnicie marzenia, o których do tej pory być może słyszeliście. Pozdrawiam Was wszystkich w tym okresie. Zdjęcie główne też jest znaczące – moja mama nie lubiła zdjęć – mam po niej to samo, gdyż zwykle znajduję się po drugiej stronie. Dlatego też postawiłem na czerń.

Nie jestem wierzący, jednak mimo wszystko życzę Wam wesołych świąt!

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

World Press Photo 2020: Tomasz Kaczor - Przebudzenie

Choć mamy wielu wybitnych fotografów, to jednak dopiero pierwszy raz w historii zdarzyło się, aby osoba z Polski została nominowana do głównej nagrody w konkursie World Press Photo. Choć słynna i prestiżowa nagroda trafiła w ręce Yasuyoshiego Chiby z Japonii, to jednak Tomasz Kaczor zdobył główną nagrodę w kategorii Portret. Co warto wiedzieć o tej fotografii?

fot. Tomasz Kaczor



W 2018 roku w tej samej kategorii główną nagrodę otrzymał Magnus Wennman. Udało mu się zrobić zdjęcie dwóch dziewczynek z Kosowa, które w ośrodku w Szwecji zapadły na tajemniczy syndrom rezygnacji. Tym dziwnym przypadkiem zainteresowała się Dorota Borodaj, żona Tomasza Kaczora. Postanowiła napisać o tej chorobie artykuł dla Dużego Formatu. Okazało się, że w Polsce w ośrodku dla uchodźców w Dębaku jest właśnie taka dziewczynka, Ewa, która pochodzi z Armenii. Wraz z rodzicami zmuszona była do ucieczki z kraju, skąd trafili do Szwecji. Tam właśnie zaczęły się problemy zdrowotne dziewczynki. Zapadła ona na coraz częściej spotykany syndrom rezygnacji. Jest to zespół objawów przypominających śpiączkę, który dotyka dzieci imigrantów. 

Naukowcy odkryli, że dzieci imigrantów, które zostały poddane traumie mogą właśnie zapaść na taką niewyjaśnioną śpiączkę. Na początku zaprzestają aktywności fizycznej, później jeść i pić. Ostatecznie ich stan faktycznie przypomina znamiona letargu. Według lekarzy ze Skandynawii jest to u dzieci reakcja na brak poczucia bezpieczeństwa. Może stanowić także formę obrony. Wiele z nich przeżyło bowiem ciężkie czasy: utratę rodziny, bliskich, znajomych, domu, widok wojny, trafienie do zupełnie obcego miejsca. Zdaniem lekarzy na chwilę obecną nie ma zarówno dokładnej przyczyny jak i sposobu leczenia. Zalecana jest jedynie terapia podobna do tej, jaką stosuje się u dzieci w śpiączce. Część osób po pewnym czasie wybudza się z tego stanu, inne zaś wciąż tkwią w zawieszeniu między snem a jawą. Sporo o tym temacie mówi dokument dostępny na Netfliksie: Pokonani przez życie




Dorota Borodaj szybko zapoznała się z Ewą i jej rodziną, którym towarzyszyła przez kilka miesięcy. Na całe szczęście dziewczyna stale robiła postępy w rehabilitacji. Redakcja poprosiła dziennikarkę o możliwość zrobienia zdjęć do artykułu. Ta naturalnie zgłosiła się z tym do męża. Rodzina Ewy nie miała nic przeciwko, dlatego Tomaszowi Kaczorowi udało się zrobić szybką serię kilku zdjęć. Najbardziej przenikliwy i przykuwający uwagę był portret Ewy otoczonej przez bliskich. Na tym zdjęciu dziewczyna wygląda niezwykle dojrzale, wręcz trudno uwierzyć, że ma tylko 15 lat. Był to czas, kiedy dziewczyna znajdowała się już w kolejnej fazie wybudzenia, jednak wciąż musiała być karmiona przez sondę. W szczególności wrażenie robią oczy Ewy, która zdaje się patrzyć w obiektyw wzrokiem dorosłej i doświadczonej życiowo osoby. Dziś na całe szczęście jest już zdrowa, chodzi do szkoły, a także całkiem dobrze mówi po polsku. Niestety jej rodzina wciąż zmaga się z odmowami w sprawie przyznania specjalnego statusu uchodźcy. Dlatego ich przyszłość w Polsce wciąż jest niepewna. 

Źródła:
https://www.fotopolis.pl/inspiracje/wywiady/33483-cos-wiecej-niz-ilustracja-do-tekstu-tomasz-kaczor-opowiada-nam-o-zdjeciu-nagrodzonym-w-world-press-photo-2020
https://kultura.onet.pl/wiadomosci/polski-fotograf-z-world-press-photo-tomasz-kaczor-czujemy-sie-bezpieczni-ale-nie/g387re3
https://noizz.pl/film/pokonani-przez-zycie-dzieci-imigrantow-zapadaja-w-spiaczke/spqwqj5
https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-04-18/dzieci-zmuszone-do-emigracji-przezywaja-pieklo-tomasz-kaczor-o-nagrodzonej-fotografii/

niedziela, 19 kwietnia 2020

Marvin Heemeyer - bohater czy szaleniec?

Dosyć często słyszy się o lokalnych konfliktach, gdzie mieszkańcy toczą nierówne boje z urzędnikami. Zazwyczaj szczęśliwy lub smutny finał ma miejsce w sądzie bądź też kończy się rażącą niesprawiedliwością. Nic też dziwnego, że od lat dużym zainteresowaniem cieszy się sprawa Marvina Heemeyera. Ten mechanik z USA postanowił samemu wymierzyć sprawiedliwość. Czy był tylko doprowadzonym do skraju szaleńcem czy może bohaterem? 


fot. N.N 



Urodzony w 1951 roku Marvin Heemeyer z zawodu był spawaczem i mechanikiem. Zdaniem wielu był znakomitym specjalistą od tłumików. Przez lata pracował w różnych firmach, marząc jednocześnie o własnym warsztacie. Po wielu latach ostatecznie udało mu się zrealizować marzenie, gdy osiedlił się w małym miasteczku Granby w stanie Kolorado. Kupił w atrakcyjnej cenie hektar ziemi, który był i tak o wiele większy niż potrzebował. Kilka lat po otwarciu warsztatu do Marvina zgłosił się prywatny inwestor z zamiarem zakupu dużej części działki. Początkowo kwota wynosiła 250 tysięcy dolarów, jednak Marvin podniósł ją do 375 tysięcy, a następnie do miliona. Nie wiadomo, jaka była ostateczna kwota, jednak wkrótce okazało się, że był to dopiero początek kłopotów mechanika. Okazało się bowiem, że plany budowy nowej cementowni zakładały odcięcie warsztatu Marvina od drogi dojazdowej i kanalizacji. Mniej więcej od 2001 roku Marvin wchodzi w ostry spór z ratuszem. Jego wszelkie wnioski i sprawy sądowe o zbudowanie nowej drogi dojazdowej zostają odrzucone. Nie może zbudować kanalizacji, gdyż jej część ma przechodzić przez teren cementowni. Co pewien czas mechanika odwiedzają policjanci, którzy wlepiają mu kolejne dyskusyjne mandaty. Ratusz za pośrednictwem lokalnej gazety oczernia Marvina. Wszystko to ma na celu wykurzenie go z własnej posesji. Mężczyzna kupuje nawet buldożer z myślą o samodzielnej budowie drogi dojazdowej, lecz i tu natrafia na opór lokalnych władz. Marvin postanawia skapitulować. W 2003 roku sprzedaje teren warsztatu sortowni śmieci i ma 6 miesięcy na opuszczenie tego miejsca. Nikt jednak nie wie, że w jego głowie powstawał wtedy plan zemsty.

Marvin sukcesywnie na swej liście zapisuje osoby czy miejsca, które zaszły mu za skórę. Przez kilka ostatnich miesięcy w swym zamkniętym warsztacie przygotowuje się do spektakularnej akcji. Zakupiony wcześniej buldożer zamienia w czołg. Komatsu D335A zostaje poddany wielu modyfikacjom. Obudowany zostaje dwiema warstwami płyt pancernych, między którymi wylano beton. Wnętrze kabiny posiadało klimatyzację oraz system monitorów, gdyż buldożer otoczony był kamerami. Z zewnątrz pojazd został oblany olejem i smarem, przez co niemożliwym było wejście na szczyt buldożera. Ponadto mężczyzna uzbroił pojazd w kilka karabinów. Z góry Marvin umieścił niezwykle ciężki właz, który ostatecznie zespawał od środka. Nie planował zatem się poddać. 

4 czerwca 2004 roku Marvin Heemeyer rozpoczął swą zemstę. Na początek udał się do fabryki cementu, którą znacząco uszkodził. Wyruszył następnie do miasta. Na jego liście znajdował się posterunek policji, siedziba lokalnej gazety, ratusz, kilka prywatnych domów. Łącznie Marvin zniszczył 13 budynków. Lokalna policja była wręcz przerażona pojazdem Marvina. Żadne dostępne środki, w tym inne maszyny budowlane nie były w stanie zrobić krzywdy Marvinowi. Mechanik użył nawet ostrej amunicji, jednak za każdym razem specjalnie strzelał nad głowami policjantów. Na miejsce przybywa SWAT i wojsko, lecz i oni nie są w stanie nic zrobić Killdozerowi (nazwa nadana przez media). Wreszcie po ponad 2 godzinach demolki buldożer ulega awarii. Marvin Heemeyer od początku nie chciał oddać się w ręce policji, dlatego też postanawia odebrać sobie życie. Policji z obawy przed zaminowaniem pojazdu zajęło 10 godzin, aby dostać się do wnętrza buldożera. Z przerażeniem odkryli, że Marvin miał tak dużo amunicji, iż bez trudu mógłby urządzić masakrę w mieście. Tymczasem wszystko zostało przez niego dokładnie zaplanowane. Nikt nie ucierpiał w czasie ataku, a łączne straty wyceniono na 7 milionów dolarów. Odnaleziono później listę i kilka nagrań Marvina, jednak nie ujawnił w nich do końca swych motywacji.



Mężczyzna został pochowany w nieznanym miejscu, a jego pojazd rozebrano na wiele części, które trafiły na różne złomowiska. Pozostaje zatem pytanie, czy Marvin Heemeyer był zwykłym szaleńcem czy jednak bohaterem?

Źródła: