Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 grudnia 2022

W poszukiwaniu pokoju wśród chaosu

Etiopia to z pewnością jedno z zapomnianych przez Boga miejsc na świecie. Wraz z sąsiednią Somalią od lat jest areną wewnętrznych i międzynarodowych konfliktów, jak i klęsk głodu, które przyczyniają się do śmierci wielu mieszkańców. To obszar, który czasem zdaje się być studnią bez dna - nieważne, ile środków przeznaczą międzynarodowe organizacje, zawsze znajdzie się kolejny problem. Tego między innymi dotyczą zdjęcia Amanuela Seleshiego. 


fot. Amanuel Seleshi


Oczyma młodego fotoreportera Amanuela Seleshiego możemy dziś obserwować cierpienie i agonię towarzyszące wojnie w Etiopii. Ten chłopak, który nagle zachwycił się fotografią, jest obecnie laureatem East African Photography Award, jak i również został doceniony przez World Press Photo. W trakcie studiów na Uniwersytecie w Addis Abebie jako inżynier mechanik zakochał się on w fotografii po obejrzeniu zdjęcia zrobionego w Paryżu w 1989 roku przez Elliotta Erwitta. Od tego momentu wiedział, że jego pasją będzie opowiadanie historii za pomocą zdjęć. Zaczynał klasycznie, czyli skromnie, przedstawiając miejsca w jego najbliższym otoczeniu. Wkrótce jednak zdecydował się w całości poświęcić fotografii, przez co zaczął pracować jako wolny strzelec. Udało mu się nawiązać współpracę z Agence France-Presse w 2020 roku. Jego pierwszym większym projektem była sytuacja związana z koronawirusem. Międzynarodową sławę zyskał jednak dzięki projektowi W poszukiwaniu pokoju wśród chaosu

Opowiedziana przez niego historia miała miejsce w 2021 roku. Udało mu się wtedy dostać do strefy działań wojennych na obszarach kontrolowanych przez rząd. Znalazł on się w miejscu, którego główną cechą jest dewastacja i chaos. Dane mu było dzięki temu opowiedzieć historie cywilów, pokazać przepełniony nadzieją ból w ich oczach, pozostałości po wojnie, która nie była ich dziełem. Fotograf w swojej pracy koncentrował się głównie na reakcji ludzi na wojnę. 

Jego projekt fotograficzny udokumentował gwałtowny konflikt wewnętrzny, który ogarnął Etiopię w listopadzie 2020 roku. Wybuchły w tym czasie walki z udziałem sił rządowych i Ludowego Frontu Wyzwolenia Tigray (TPLF), które bardzo szybko rozprzestrzeniły się z regionu Tigray, na północy Etiopii, na południe do sąsiednich stanów Amhara i Afar. Ów konflikt doprowadził do śmierci tysięcy osób, licznych przesiedleń, jak i kolejnej klęski głodu. Wszystko to związane było i nadal jest z napięciami na tle etnicznym. Zdaniem ONZ pod koniec 2021 roku blisko 400 000 ludzi doświadczało głodu, a zdecydowana większość z sześciu milionów mieszkańców regionu Tigray potrzebowała natychmiastowej pomocy. Sam konflikt sprawił, że około 2.5 mln mieszkańców zmuszonych zostało do porzucenia swoich domów. 

Na zaprezentowanym zdjęciu widzimy chłopca, który idzie przez mgłę w pobliżu wsi Chenna Teklehaymanot, mniej więcej 95 kilometrów na północny wschód od miasta Gonder. Miało to miejsce 14 września 2021 roku. Między 31 sierpnia a 4 września bojownicy powiązani z Tigray zabili w tej wiosce od 120 do 200 osób. Ciężko się oprzeć wrażeniu, że widoczny koń z dobytkiem na grzbiecie to jedyne, co pozostało chłopcu do przeżycia. Ponury charakter zdjęcia komponuje się z ogólną sytuacją w Etiopii, choć zgodnie z tematem reportażu, można tu dostrzec światełko nadziei wśród chaosu. 

A oto kilka innych zdjęć, które znalazły się w reportażu Seleshiego:

fot. Amanuel Seleshi

Źródła:
https://www.worldpressphoto.org/collection/photo-contest/2022/Amanuel-Sileshi/1
https://amanuelsileshi.com/portfolio/searching-peace-amidst-chaos
https://www.thereporterethiopia.com/27277/

czwartek, 26 lipca 2018

James Nachtwey - Somalia 1992

Przez ostatnich kilkanaście lat mogliśmy usłyszeć o licznych klęskach głodu w Afryce. Nawet dziś, co chwila docierają do nas kolejne informacje o nowych rejonach dotkniętych tym problemem. Nic też dziwnego, że tematem tym interesuje się sporo fotografów, którzy swymi reportażami próbują pomóc głodującym ludziom. Jedną z takich osób jest James Nachtwey, który w 1992 roku wykonał niezwykle wstrząsające, a przy tym poruszające zdjęcia w Somalii.


fot. James Nachtwey

Jeśli mielibyśmy w kilku słowach określić Somalię, najczęściej pojawiałyby się hasła: bieda, chaos, głód. Tak też można w skrócie powiedzieć coś o tym afrykańskim kraju. Od lat 90. jest on pustoszony przez wojny domowe, walki plemienne, jak i panujące susze. W przeciwieństwie do innych krajów w regionie, Somalia charakteryzuje się zupełnie inną strukturą. Somalijczycy określani są mianem ludu wojowniczego, który za bardzo nie akceptuję władzy zwierzchniczej. Dla większości z nich bardziej istotne są związki plemienne niż rząd centralny. Doprowadziło to do tego, iż w 1991 roku doszło do obalenia Mohammeda Siada Barre, który przez 21 lat rządził tym krajem. W następnie tych wydarzeń powstał prawdziwy chaos na ulicach, a Somalia została podzielona na wiele osobnych regionów - państewek, rządzonych przez plemiona. Taka sytuacja de facto utrzymuje się do dziś, a sam kraj zaliczany jest do regionów upadłych, bez centralnego rządu.

Konflikt z początku lat 90. doprowadził do pierwszej poważnej klęski głodu. Farmerzy byli często wypędzani ze swych gospodarstw, a ich plony kradzione lub niszczone. W ten oto sposób głód stał się bronią masowego rażenia - prymitywną, lecz nader skuteczną. Setki tysięcy ludzi unicestwiono powoli i okrutnie. Szybko głód zaczął obejmować cały kraj. Powstawało coraz więcej ośrodków dla uchodźców. Konwoje humanitarne były często przejmowane przez lokalne bandy, dlatego też na miejsce szybko sprowadzono siły ONZ. Misje UNOSOM I i II miały za zadanie poradzić sobie z chaosem, lecz niestety okazało się to niewykonalne. To właśnie wtedy doszło między innymi do wydarzeń pokazanych w filmie Helikopter w ogniu.

W 1992 roku na miejsce przybył James Nachtwey, który już w owym czasie był jednym z najbardziej znanych fotoreporterów na świecie. Za zadanie obrał sobie wizytę w ośrodkach pomocy oraz dokumentowanie miejscowej ludności. Od początku był w szoku przez to, co zobaczył na miejscu. Praktycznie w każdej lokalizacji spotykał się z przeraźliwie wychudzonymi postaciami, chaosem panującym w miastach i na wsiach. Codziennie widywał matki grzebiące swe dzieci, jak i ludzi z oczami bez nadziei. Bardzo zaintrygował go widok wszechobecnych taczek czy wózków transportowych. Okazało się, że służą one do przewożenia zwłok lub osób, które nie mają nawet siły dojść do ośrodka pomocy. To właśnie owe taczki i wózki stały się dla niego symbolem panującego głodu.

Pewnego dnia udało mu się sfotografować kobietę, która była właśnie przewożona takimi taczkami do centrum żywieniowego. Gdy podszedł do niej, ta wyciągnęła swą dłoń, prosząc o pomoc. Fotograf zdał sobie sprawę, iż był to niezwykle ważny moment, dlatego uwiecznił go na zdjęciu. Obraz ten jest wręcz wstrząsający. Mamy tutaj do czynienia z dwiema młodymi kobietami, które w wyniku skrajnego niedożywienia prezentują się niczym więźniowie obozów koncentracyjnych. Porównanie to jest tym bardziej trafne i uderzające, iż na wielu archiwalnych zdjęciach z czasów wojennych możemy zaobserwować stosy lub pojedyncze ciała wywożone na takich środkach transportu. Pytaniem pozostaje, czy kobieta ta przeżyła czy jednak owe taczki okazały się łodzią Charona?

Choć obie kobiety znajdują się tuż obok siebie, to dzieli je jednak ściana głodu, zwątpienia, zapewne braku nadziei. Było to tylko jedno z wielu zdjęć pokazujących tragiczny los Somalijczyków. Kilka innych jest równie uderzających.

fot. James Nachtwey
Całość jest trochę dopełniana przez początkowe sceny filmu Black Hawk Down. 



Dzięki pomocy takich osób jak Nachtwey, organizacjom międzynarodowym udało się uratować setki tysięcy osób. Mimo wszystko przyjmuje się, że tylko w 1992 roku w całym kraju zmarło około 200 tysięcy Somalijczyków. Kraj ten do dziś pogrążony jest w chaosie. Najczęściej zajmuje pierwsze miejsce w rankingach państw o najtrudniejszych warunkach do życia. Co kilka lat wybucha w nim klęska głodu, która kończy się śmiercią dziesiątek, a nawet setek tysięcy osób. Obecnie Somalia zmaga się także z napływem sił islamskich, jak i również to właśnie ten kraj przoduje w piractwie morskim. 

Źródła:
http://100photos.time.com/photos/james-nachtwey-famine-in-somalia
https://www.worldpressphoto.org/collection/photo/1993/world-press-photo-year/james-nachtwey
https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojna_domowa_w_Somalii
https://pl.wikipedia.org/wiki/Somalia





niedziela, 18 czerwca 2017

Greg Marinovich - Ludzka Pochodnia

Na początku lat 90. wraz z upadkiem Związku Radzieckiego, w Europie doszło do wielu przemian politycznych i społecznych. Oczy całego świata zwrócone były na kraje dawnego Bloku Wschodniego. Tymczasem ważne zmiany następowały także w RPA. Powolnym krokiem zbliżał się koniec apartheidu oraz utraty władzy przez białych. Niestety zanim do tego doszło miały miejsca tragiczne wydarzenia zwane Wojną Hotelową. Ich największym symbolem były płonące naszyjniki.


fot. Greg Marinovich


W latach 1990-1994 w RPA rozgrywała się nieformalna wojna, która pochłonęła ponad 14 tysięcy ofiar. Dochodziło wtedy do starć między mniejszością Zulusów a innymi grupami etnicznymi. Zulusi sprowadzeni wiele lat wcześniej do pracy, zamieszkiwali specjalne hotele robotnicze. Nieopodal nich ulokowane były czarne getta wielu mniejszości. Wszystko to stanowiło mieszankę wybuchową. Początkowo dochodziło do mniejszych konfliktów etnicznych. Jednak z początkiem lat 90. sytuację tę wykorzystała biała ludność. Partia Wolności Inkatha była formacją polityczną założoną przez mniejszość Zulusów. Była ona przeciwna apartheidowi, jednak negowała polityczne ambicje Afrykańskiego Kongresu Narodowego. Właśnie ten jeden szczegół zaważył na konflikcie.

Rządzący nieoficjalnie wspierali i finansowali Inkathę, przez co jedna grupa była napuszczana na drugą. W wielu miastach powstały prawdziwe linie frontu. Przypominało to poniekąd sytuację na Bałkanach, gdzie miasta dzielone były na strefy muzułmańskie i prawosławne/katolickie. W związku z tym każdy znał swoje miejsce, a zapuszczanie się na inne terytoria było niczym wyrok śmierci. Powstały linie demarkacyjne, a często także jedne grupy dokonywały zbrojnych wypadów na inne dzielnice. Ponieważ mamy do czynienia z biedotą, do walki wykorzystywane było, co popadnie. Najczęściej były to noże, maczety, kije. Powstały wtedy też "płonące naszyjniki".

Kilka lat wcześniej Winnie Madikizela-Mandela, ówczesna żona Nelsona Mandeli podczas jednego z przemówień powiedziała: Nie mamy karabinów. Mamy tylko kamienie, pudełka zapałek i benzynę. Razem, ręka w rękę, przy pomocy zapałek i naszyjników wyzwolimy ten kraj. Choć to nie ona była wynalazczynią naszyjników, to jednak do dziś jest z nimi kojarzona. O co dokładnie chodziło? Otóż wymyślono okrutny sposób śmierci. Polegał on na nakładaniu ofierze opony samochodowej, która krępowała ruchy. Następnie polewano ją benzyną i podpalano. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak ciężką oraz okrutną musiała być taka śmierć.

15 września 1990 roku Greg Marinovich znalazł się na ulicach Soveto. Był on jednym z czterech członków słynnego Bractwa Bang Bang. Zajmowali się oni dokumentacją konfliktu na przedmieściach największych miast. W pewnym momencie podczas rekonesansu zauważył grupę młodych osób szarpiących dorosłego mężczyznę. Sytuacja miała miejsce na terenach wiernych Mandeli, dlatego ów mężczyzna musiał być Zulusem. Zapewne został uznany za szpiega, choć prawdopodobne, iż tylko jechał do pracy. Młodzi ludzie zaczęli go kopać i okładać pięściami. Gdy Greg wyjął aparat, tłum "kazał mu spierdalać". Fotograf odpowiedział, że przestanie robić zdjęcia, jak zostawią mężczyznę w spokoju. Nieoczekiwanie jeden z młodszych chłopców wyjął nóż i wbił go w pierś Zulusa. Marinovich instynktownie cofnął się o parę centymetrów, po czym poczuł, jak inny nóż przecina jego torbę fotograficzną. Gdyby nie ten ruch, zapewne otrzymałby cios prosto w brzuch. 

Pojawienie się policji spowodowało ucieczkę tłumu. Jednak policjanci nie wyszli nawet z pojazdu. Oddali tylko kilka strzałów w powietrze, po czym odjechali. Mimo ciężkich obrażeń, ranny Zulus próbował uciec z miejsca linczu. Niestety po kilku krokach upadł, po czym powrócili oprawcy. Zaciągnęli go na drugą stronę nasypu kolejowego. Fotograf ruszył za tłumem. Gdy był już blisko szczytu nasypu, usłyszał dziwne "puf". Nie był to jednak charakterystyczny dźwięk broni palnej. Nagle jego oczom ukazał się makabryczny widok. Na rannego mężczyznę prawdopodobnie wcześniej założono oponę, wlano do niej benzynę i podpalono. W innych źródłach podaje się, że był to koktajl Mołotowa (co z racji widoku płonącego mężczyzny wydaje się bardziej prawdopodobne). Niemniej jednak, własnie zapłon był tym nieznanym dźwiękiem. Marinovich zszokowany obrazem konającego mężczyzny, przyłożył do oka aparat. Gdy zaczął fotografować, do płonącego człowieka podbiegł nastolatek z maczetą, którą zatopił w głowie Zulusa. Do dziś niestety reporter nie wie, czy był to akt łaski czy po prostu chęć szybszego mordu. Po pewnym czasie okazało się, że ofiarą był Lindsaye Tshabalala, lokalny pracownik. 

Obraz zatytułowany Ludzka Pochodnia szybko znalazł się na pierwszych stronach i okładkach wielu gazet. Sam fotograf otrzymał za niego Nagrodę Pulitzera. Do samego końca dokumentował różne oblicza konfliktu. Przez ten czas został cztery razy ranny, w tym raz ciężko. Choć mówiono, iż miał i przynosił pecha, to jednak był jednym z dwóch członków Klanu, którzy przeżyli - Ken Oosterbroek zginął podczas walk, Kevin Carter znany z fotografii z sepem popełnił samobójstwo, a João Silva stracił wiele lat później nogi w Afganistanie. 

Wojna Hotelowa to niestety ciemna strona walki o władzę w RPA. Ukazuje nam, że nawet tak znane i popularne osoby, jak Nelson Mandela, pośrednio lub w bezpośredni sposób miały wpływ na liczne morderstwa i rabunki. 


Źródła: http://blurppp.com/blog/legendarne-zdjecia-greg-marinovich-czlowiek-pochodnia-czyli-plonacy-naszyjnik/
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/39157,fotoreporterow-dylematy-moralne
http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/plonace-naszyjniki-winnie-mandeli/7mlrm
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bractwo_Bang_Bang







środa, 18 marca 2015

Dwa światy

Linia między dwoma odmiennymi światami często jest niezwykle krucha, aczkolwiek trudna do przekroczenia. Przykładem tego może być choćby granica między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, czy europejskimi wyspami a wybrzeżem Afryki. Dla wielu osób jej przekroczenie wiąże się z lepszym życiem, nadzieją na przyszłość. Niestety w przypadku imigrantów z Afryki podróż do Grecji, Włoch lub Hiszpanii oznacza ogromne zagrożenie dla życia i zdrowia. Od lat jednym z najbardziej popularnych kierunków imigrantów są hiszpańskie Wyspy Kanaryjskie. 


fot. Juan Medina
W 2006 roku fotograf agencji Reuters, Juan Medina, udał się na wyspę Fuerteventurę, która z racji swego położenia stanowiła najczęściej wybierany kierunek imigrantów. Warto tutaj dodać, że podróż z Afryki na hiszpańską wyspę odbywa się za pomocą prowizorycznych oraz przepełnionych łodzi, które w każdej chwili grożą zatonięciem. Dodatkowo gangi zajmujące się przewozem osób, pobierają od imigrantów spore sumy pieniędzy, nie gwarantując nic w zamian. Każdego roku niezliczona liczba mieszkańców Afryki ginie na morzu podczas próby nielegalnego przekroczenia granicy.

Juan Medina kiedy przyjechał na słoneczną oraz piaszczystą plażę, zauważył tych imigrantów, którym udało się dotrzeć do brzegu wyspy. Znaleźli się oni pod opieką członków hiszpańskiego Czerwonego Krzyża, którzy zapewniali im ubrania oraz wodę. Praktycznie każdy z nich był wyczerpany w wyniku niebezpiecznej podróży, a do tego cały czas na plażę przybywały kolejne osoby. To właśnie jedną z nich udało się fotografowi uwiecznić na swym zdjęciu. Ogromną siłą tego obrazu jest to, że pokazuje ono niezwykłe kontrasty, jakie panują w naszym społeczeństwie. Na pierwszym planie możemy zaobserwować kompletnie wyczerpanego imigranta, który wręcz czołga się po plaży ze zmęczenia, natomiast w oddali można zobaczyć wypoczywających turystów, którzy zdają się w ogóle nie zwracać uwagi na otoczenie. Są to właśnie tytułowe dwa światy, które choć stykają się ze sobą, to jednak oddziela je granica nie do przebycia, brak wzajemnego zrozumienia.

Trudno nam często jest także pojąć sytuację, że wymarzone dla wielu miejsce do wypoczynku, dla innych staje się grobem. Wyspy Kanaryjskie są miejscem, w którym niestety istnieje obawa, że wychodząc rano na plażę, można natrafić na zwłoki tych osób, którym "podróż do raju" się nie udała. A jest to tylko jeden z wielu takich punktów na mapie.

Jak sam autor wspomniał, istnieje wiele rzeczy, których ten obraz nie pokazuje, ale są one bardzo ważne w wyjaśnieniu, dlaczego ci ludzie tyle ryzykują. Na przykład, nie mamy okazji zobaczyć ich cierpienia oraz samotności, jaką muszą znosić po opuszczeniu ich rodzin oraz własnego kraju. Dodatkowo samo przekroczenie granicy nie oznacza gwarancji nowego życia, gdyż wiele osób zostaje deportowanych lub też ma problemy ze znalezieniem nielegalnej pracy.

"Wierzę, że zdjęcia, które opowiadają historie tych imigrantów powinny mieć wpływ na nas wszystkich. Nikt nie powinien pozostać obojętny na los tych ludzi."
Źródła:
http://www.ibtimes.co.uk/reuters-pictures-30-years-news-30-powerful-photos-moving-stories-behind-them-graphic-images-1487878
http://blogs.reuters.com/photographers-blog/2009/12/04/how-to-squeeze-a-decade-into-100-pictures/


czwartek, 22 stycznia 2015

Krzysztof Miller - Zair

W 1997 roku Krzysztof Miller, wybitny polski fotoreporter odwiedził Kongo (ówczesny Zair) w celu udokumentowania nędzy, w jakiej znaleźli się mieszkańcy Rwandy, którzy uciekli z kraju ogarniętego wojną. Jego zdjęcie trzech wygłodzonych chłopców idealnie ukazuje tragizm nie tylko samych mieszkańców Afryki, lecz także niemoc ze strony światowych organizacji. 

fot. Krzysztof Miller

Na przełomie 1994/1995 roku doszło w Rwandzie do masowego exodusu ludu Hutu, którzy wcześniej w ciągu zaledwie 100 dni wymordowali w swym kraju ponad milion przedstawicieli Tutsi. Więcej o tym pisałem w artykule James Nachtwey - Rwanda. Po przegranej wojnie Hutu wiedzieli, że przekroczyli granicę, której nie da się już zatrzeć, cofnąć. Dlatego w obawie przed zemstą Tutsi, rozpoczęli masową ucieczkę do sąsiednich państw, a najwięcej z nich udało się do Zairu. Na terenie dzisiejszego Konga znalazło się ich blisko 2 miliony, albowiem kraj ten był w większości zamieszkiwany także przez lud Hutu. Niestety Zair nie mógł sobie poradzić z tak wielką ilością uchodźców.

Umieszczeni zostali oni w rejonie miasta Goma oraz Parku Narodowego Wirumga. W owym czasie był to największy tego typu obóz na świecie. Ogromna liczba osób została podzielona na kilka obozów oddalonych od siebie o wiele kilometrów. Im dalej ludność znajdowała się od miast, tym miała mniejsze szanse na przeżycie. Miller w czasie swej wyprawy znalazł się między innymi w ostatnim obozie oddalonym o 110 kilometrów od miasta. Po przybyciu na jego teren zaskoczyła go kompletna cisza. Zdał sobie sprawę, że trafił do miejsca, które można porównać do "umieralni" opisanej w Innym Świecie. W każdym miejscu stykał się z ludźmi, którzy praktycznie już tylko oczekiwali na śmierć. 

W pewnym momencie wszedł do lichego budynku przeznaczonego dla najsłabszych osób. Pod ścianą zaobserwował trzech chłopców, którzy zostali uwiecznieni na jego fotografii. Paradoksem tej sytuacji jest fakt, że z kartonu pochodzącego z pomocy humanitarnej od Unii Europejskiej zrobili sobie po prostu kibel. Oto co napisał na temat tej sytuacji:
Trójca bynajmniej nie święta. Nie Ojciec, Syn i Duch. Same duchy. Trójca dzieci na oko po siedem, dziesięć lat. Jedni z tych, którzy już nie żyją, choć dopiero umierają z głodu. Ale ja wiem, że nie przeżyją. Siedzą na kartonie z kręgiem złotych gwiazd na błękitnym tle i mają to w dupie. Dosłownie. Wypróżniają się do niego. Po prostu jeszcze po ludzku srają. Ale nawet to sprawia im ból. 
I śmierdzę, bo oni śmierdzą. Ale siedzę, bo fotografuję przechodzenie kogoś na tamtą stronę. Boli mnie to. Jakbym sam wetknął już Charonowi pieniążek w dłoń, w oko, żeby przewiózł mnie na drugą stronę rzeki.  
Nie mogłem tym ludziom pomóc, choć wtedy byli dla mnie najważniejsi na świecie. Zawsze mogę tylko podać informacje o tym, co gdzieś z ludźmi się dzieje. Zbulwersować świat brzydkim obrazkiem. Żeby hamburger wypadł z ręki. A flaki po warszawsku stanęły kołkiem w gardle. Tyle tylko mogę. Jeżeli komuś tym pomogę, to już na pewno nie im. Oni szansy nie mają.
Moim zdaniem niezwykle celnie i okrutnie prawdziwie autor odniósł się do kwestii głodu, ukazując pełny brak naszego zrozumienia tego światowego problemu:
Byłbym ostatnią szują, gdybym mówił, że znam głód. Bo głód tylko fotografowałem, więc nie mam prawa o nim pisać. Czy głód zresztą jest opisywalny? Głód jest fotograficzny. Łatwiej spojrzeć, nacisnąć, i odejść. Trudniej wejść w ciało i głowę głodującego człowieka. Dlatego tylko fotografowałem. Robiłem zdjęcia, chwytałem ich przed śmiercią, by oni sami, milcząc, mówili. By nie zamilkli.
         Wszystkie cytaty - Krzysztof Miller: 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego, s. 137-140.

Sytuacja w obozach była niezwykle ciężka. Tysiące ludzi umierało z głodu. Według danych przedstawionych przez komisarzy i organizacje charytatywne, na jednego mieszkańca obozów należało przekazywać jednego dolara dziennie. Przy dwóch milionach uchodźców była to zawrotna suma 2 milionów dolarów każdego dnia. Brak środków doprowadził do tego, że często rozdawane racje żywnościowe były redukowane do tysiąca kalorii, kiedy organizm ludzki potrzebuje do przeżycia minimum 2200 kcal.

Dla mieszkańców Konga i uchodźców był to dopiero początek gehenny, albowiem niedługo dojdzie do dwóch wojen kongijskich, które zakończą się dopiero w 2003 roku. Przyniosą one śmierć ponad pięciu milionom osób, a wielu innych pozbawią dachu nad głową oraz zmuszą do ucieczki z kraju.

Przy okazji polecam wszystkim do lektury książkę Krzysztofa Millera, albowiem jest to kawał dobrego reportażu, szczery do bólu, bez żadnych upiększeń.



Źródła:
http://www.maitri.pl/gazetka/my_05/html/obozy.htm
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ludob%C3%B3jstwo_w_Rwandzie
http://pl.wikipedia.org/wiki/II_wojna_domowa_w_Kongu
Krzysztof Miller, 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego, Kraków 2013. 

sobota, 31 sierpnia 2013

Biafra 1969

Nie ma chyba większej tragedii w dzisiejszych czasach niż umierające z głodu afrykańskie dzieci, których obraz przewija się często w mediach. Tego rodzaju fotografie mają za zadanie zmusić nas do refleksji nad swym życiem, pobudzić do dyskusji i działania. Jednym z obrazów, które na długo zapadają w pamięci jest widok zagłodzonego dziecka w Biafrze w roku 1969. 


fot. Don McCullin
W 1960 roku Nigeria uzyskała niepodległość od Wielkiej Brytanii i została podzielona na kilka regionów zamieszkiwanych przez lokalne plemiona. Niestety podział kraju oraz przynależność do głównego nigeryjskiego rządu nie wszystkim odpowiadał. 30 maja 1967 roku lud Igbo odciął się od Nigerii i ogłosił niepodległość nowej Republiki Biafry. Wywołało to poważny konflikt, ponieważ większość zasobów nigeryjskiej ropy naftowej znajdowało się w ziemi Biafry, a ponieważ ropa była głównym źródłem dochodów Nigerii, dlatego jej armia zaatakowała nowy kraj i doprowadziła do jego blokady, która wpłynęła na problem z zaopatrzeniem w żywność i pomoc medyczną.

To, co nastąpiło później było ogromną tragedią. Biafra odmówiła dostaw żywności od zachodnich rządów podejrzewając, że może być ona zatrute, gdyż rządy te wspierały politycznie Nigerię. Straszny głód ogarnął cały naród, uśmiercając ponad milion osób. Świat zewnętrzny z powodu blokady miał nikłe pojęcie o rzeczywistych rozmiarach tragedii. Tylko kilku fotografom udało się przedostać do Biafry, a jednym z nich był Don McCullin. 

Brytyjskiemu reporterowi udało się zrobić zdjęcie, które wstrząsnęło opinią publiczną. Był to również obraz, który niezwykle mocno odcisnął na nim swe piętno. 

"Wszedłem do obozu, który w rzeczywistości był starym budynkiem szkoły. Znajdowało się w nim 800 umierających dzieci. Kiedy wchodzisz do obozu jak ten, to dzieci myślą, że przychodzisz do nich z ocaleniem. Nie widzą, że jedynie po to, by robić zdjęcia. Widziałem tam jednego chłopca albinosa, który prześladuje mnie do dziś. Ledwo mógł stanąć na swych wrzecionowatych nogach. W ręku ściskał pustą peklowaną puszkę wołowiny, którą lizał w środku. Po prostu nie mogłem patrzeć na niego, więc zacząłem rozmawiać z lekarzem. Nagle coś dotknęło mojej ręki, gdy spojrzałem w dół, był to właśnie ten chłopiec, trzymający mnie za rękę. I pomyślałem: "Dlaczego mnie właśnie to robisz?". Jednocześnie chłopiec sprawiał, że czułem ogromny wstyd. Czułem łzy napływające mi do oczu. Starałem się myśleć o czymś innym. Powtarzałem sobie - nie płacz przed tymi dzieciakami. Gdybym mógł, wyjąłby ten jeden dzień z mojego życia, wykasował z pamięci. Dałem mu więc trochę cukru z kieszeni, a on poszedł dalej, liżąc go. To było coś gorszego niż piekło pełne obłędu. Prawie zostałem sparaliżowany, byłem tak zszokowany."
  
Na całe szczęście zdjęcie Dona McCullina zostało szybko opublikowane w prasie, czym odniosło zamierzony skutek. Oburzona społeczność międzynarodowa wymogła na politykach pomoc humanitarną, dzięki której zażegnano klęskę głodu i uratowano wiele istnień. Biafra została pokonana przez Nigerię rok później, dzięki czemu zakończyła się blokada regionu. 

Zdjęcie wygłodzonego chłopca, który z powodu swej odmienności był dodatkowo nieakceptowany przez inne dzieci mimo upływu wielu lat nadal szokuje, przypominając nam, że każdego dnia wiele dzieci na świecie umiera z powodu braku pożywienia. Spojrzenie chłopca pełne braku nadziei, życia, sprawia, że nie można o nim zapomnieć. Jego wygląd kojarzy się ze zdjęciami żydowskich dzieci z getta lub z obozów zagłady.

Choć jednostkowa pomoc nie może zdziałać zbyt wiele, to jednak razem mamy szansę w minimalny sposób pomóc głodującym na świecie. Dlatego przy okazji codziennego załączania przeglądarki, kliknijcie na kilka  z tych stron. 

Pajacyk, Okruszek, The hunger site, Care2, ripple, http://hungrychildren.com/, http://www.hungerfighters.com/, http://www.giveaminute.org/donate2.htm, http://www.bhookh.com/, http://www.thenonprofits.com/

Źródła:
http://www.harpersbazaar.co.uk/going-out/who-what-where/best-of-don-mccullin-3#slide-9
http://lalitkumar.in/blog/biafra-famine-famous-photograph/
http://hhumthinkinginpublic.blogspot.com/2013/04/representing-biafran-conflict.html

czwartek, 24 maja 2012

James Nachtwey - Rwanda

W 1994 roku doszło do jednego z największych ludobójstw w historii świata. W niespełna 100 dni  w wyniku wojny domowej w Rwandzie śmierć poniosło ponad milion osób. Mimo alarmu wielu pracowników organizacji charytatywnych oraz dziennikarzy, świat nie zareagował odpowiednio na tę tragedię. 


                                                       Fot. James Nachtwey

Ze względu na uwarunkowania historyczne Rwanda od dawna stanowiła ogromny punkt zapalny. Zamieszkują ją od setek lat dwa ludy: Hutu i Tutsi. Od samego początku nie darzyły się sympatią, a wzajemne animozje narastały z biegiem czasu. Choć zazwyczaj mówi się o nich jako o dwóch odrębnych plemionach, to jednak bardziej adekwatnym określeniem powinno być - klasy społeczne, kasty.
Przed masakrą Hutu stanowili 85% mieszkańców Rwandy i Burundi. Przez wieki byli klasą niższą. Pozbawiono ich majątku oraz władzy na rzecz Tutsi. Trudnili się przeważnie rolnictwem. 
Tutsi, mniejszość ludności (14%), byli zawsze na uprzywilejowanej pozycji. To oni posiadali władzę, a symbolem ich bogactwa były hodowane przez nich krowy.
Niewielka powierzchnia pół uprawnych stała się jednym z głównych źródeł narastającego konfliktu. 

W momencie, gdy Rwanda stała się belgijską kolonią, jej nowi właściciele postanowili raz na zawsze wprowadzić podział wśród mieszkańców. Choć warunkami fizycznymi, ogólnym wyglądem mieszkańcy mogli się nic nie różnić od siebie, to jednak od tego momentu każdy obywatel Rwandy musiał mieć wpisaną w dowodzie przynależność do odpowiedniej kasty.

Z powodu ukształtowania terenu oraz bardzo gęstego zaludnienia, obie klasy społeczne zmuszone zostały do mieszkania obok siebie. Na przestrzeni lat wybuchało wiele konfliktów etnicznych, w których ginęły nawet setki tysięcy osób, lecz najgorsze miało dopiero nadejść. W drugiej połowie XX wieku nastał reżim Hutu, który zaczął powolne planowanie pozbycia się niewygodnych obywateli.

Rozpoczęto prowadzenie polityki, której propaganda przeciw Tutsi przypominała metody stosowane przez nazistów wobec Żydów. O Tutsi mówiono „inyenzi”, czyli karaluchy. Należało tę plagę wyplenić, całkowicie zlikwidować. Choć na ich wiecach zapowiadano publicznie rozprawienie się z "przeciwnikami", to jednak Tutsi nie chcieli wierzyć, iż może dojść do masakry.

Jednak już cztery miesiące przed rozpoczęciem działań, lokalne władze otrzymywały szczególne wytyczne co do przeprowadzenia akcji eksterminacji. Wreszcie 6 kwietnia 1994 r. nad Kigali zestrzelony został samolot prezydencki. Do dzisiaj nie wiadomo, kto stał za tym zamachem, gdyż prezydent tracił uznanie w oczach pozostałych członków rządu. Już kilkadziesiąt minut po tym incydencie bojówki Hutu wraz z oddziałami wojskowymi zaczęły zabijać Tutsi. 

Kolejnym sygnałem do rzezi było nadanie w radiu hasła "ściąć wysokie drzewa". Radio stało się głównym narzędziem nawołującym do ludobójstwa. Wszyscy mężczyźni mieli obowiązek mordowania Tutsi. Ponadto każdy Hutu, który maił odmówić wykonania rozkazu, pomagał Tutsi lub się z nimi przyjaźnił, również miał zostać zamordowany. 

Rozpoczęła się jedna z największych rzezi w historii ludności, a jej największym symbolem stały się maczety.

Na powyższym zdjęciu ukazane zostały maczety, które Hutu musieli pozostawić przed przekroczeniem granicy z Kongiem.

Sprowadzane z Chin i sprzedawane w setkach tysięcy, maczety miały być i były głównym narzędziem zbrodni. Oprawcy prześcigali się w okrucieństwie. Urządzano prawdziwe orgie morderstw, a radio Tysiąca Wzgórz podsycało jeszcze bardziej skalę zbrodni głosząc, że "Groby Tutsi są pełne dopiero w połowie. Wypełnijcie je do końca!”. Nie oszczędzano nikogo, kobiet, starców, dzieci, zakonników, a nawet żołnierzy ONZ. W wielu przypadkach bojówki posiadały dokładne listy Tutsi wraz z ich adresami zamieszkania.

Niestety siły pokojowe biernie przyglądały się rzezi, a mocarstwa światowe albo bały się interwencji, albo uznawały wojnę za sprawę wewnętrzną Rwandy. W ten oto sposób ONZ stało się biernym uczestnikiem zdarzeń i mimo próśb ludności nie zrobiło nic, by uratować bezbronne osoby. Dopiero w obliczu światowej krytyki oraz ogromu ludobójstwa zdecydowano się na interwencję. 

Ta jednak przyszła wcześniej z innej strony, a mianowicie dzięki Rwandyjskiemu Frontowi Patriotycznemu, czyli Tutsi z Ugandy i Tanzanii. Do lipca udało im się pokonać siły Hutu, którzy sami rozpoczęli masowy exodus do Konga. W zachodniej telewizji pokazywano uciekających Hutu jako ofiary ze strony Tutsi. W Goma w Kongo rozpoczęła się wielka akcja pomocy humanitarnej, pomocy dla setek tysięcy morderców. 2 lata później armia rwandyjska wkroczyła do Konga i zaatakowała obozy dla uchodźców. Udało im się schwytać bądź zabić wielu członków bojówek interahamwe, w głównej mierze odpowiedzialnych za mordy.

Do dzisiaj prowadzone są procesy osób odpowiedzialnych za ludobójstwo. Gehenna Tutsi przypomina w znacznej części los Żydów w czasie II wojny światowej. Z wielkich rodzin ocalały zaledwie jednostki lub nikt nie ocalał.

Na zdjęciu ukazany został mężczyzna z plemienia Hutu, który z powodu odmowy w  ludobójstwie, został uwięziony w obozie koncentracyjnym, gdzie go głodzono i atakowano maczetami. Mimo wszystko udało mu się przeżyć i trafił pod opiekę Czerwonego Krzyża. James Nachtwey po przyjeździe do Rwandy udokumentował w dramatyczny sposób przerażający widok kraju po tych wydarzeniach.





Dla osób, które chcą się czegoś więcej dowiedzieć o tym tragicznym konflikcie, polecam trzy filmy "Hotel Rwanda", "Shooting Dogs" oraz "Czasem w kwietniu". 


Źródła:
pl.wikipedia.org/wiki/Ludobójstwo_w_Rwandzie
http://pasjaswiata.pl/rwanda-ludobojstwo/
http://pasjaswiata.pl/ludobojstwo-w-rwandzie/
http://pasjaswiata.pl/rwanda-1994/



czwartek, 5 stycznia 2012

Sęp i głodujące dziecko

W roku 1993 za sprawą fotoreportera z RPA, Kevina Cartera, świat ujrzał przenikliwy obraz klęski głodu w Afryce. Zdjęcie przedstawiające wycieńczoną z głodu sudańską dziewczynkę oraz sępa czekającego na jej śmierć, poruszyło światową opinie publiczną. Niestety mimo tego oraz innych obrazów ukazujących tragiczny los wielu mieszkańców Afryki, do dnia dzisiejszego, co kilka minut klęska głodu zabiera ze sobą kolejne istnienia.


Od początku dwudziestego wieku, udokumentowano co najmniej kilkanaście klęsk głodu w Afryce. Gdyby dodać do tego także pozostałe części naszego globu, wtedy z taką tragedią możemy się spotykać co 2-3 lata. Od lat 80. mamy do czynienia z głodem w Afryce na niespotykaną dotąd skalę. Miejscem szczególnie dotkniętym są państwa tak zwanego Rogu Afrykańskiego, głównie Somalia i Etiopia. Choć w wielu sytuacjach nie ogłasza się klęski głodu, to jednak spora część krajów tego kontynentu boryka się z poważnymi problemami żywnościowymi oraz higienicznymi.

W roku 1993 takim miejscem szczególnie naznaczonym brakiem żywności był Sudan. W wyniku suszy oraz konfliktów zbrojnych tysiące Sudańczyków cierpiało na niedożywienie. Właśnie wtedy Kevin Carter wyruszył do obozu dla uchodźców, aby sfotografować tamtejszą tragedię. Dotknięty widokiem umierających dzieci udał się do buszu, by móc odreagować stres z nimi związany. Właśnie wtedy na swej drodze spotkał tę wycieńczoną z głodu dziewczynkę. 

Gdy zaczął jej robić zdjęcia, obok dziecka przyfrunął sęp. Carter wiedział, że takie zdjęcie będzie miało ogromną moc. Fotograf oczekuje przeszło 20 minut na moment, w którym sęp zaatakuje dziewczynkę. Gdy to nie następuje, decyduje się na uwiecznienie zdjęcia w takiej statycznej postaci. Przerażająco wychudzony szkielet dziewczynki i jej nieproporcjonalna do reszty ciała głowa są ewidentnym przekazem dramatu, jaki od wielu dni, tygodni, a nawet całego życia przeżywa. Sęp będący tutaj zwiastunem śmierci dopełnia ten obraz, zwiększając jego dramaturgię.

Carter po zrobieniu zdjęcia przegonił sępa, lecz nie udzielił dziewczynce jakiejkolwiek pomocy. Podobno chwilę potem "usiadł pod drzewem, rozmawiał z Bogiem, płakał i myślał o swojej córce, Megan". Według relacji fotografa, dziewczynka chwiejnym krokiem ruszyła w stronę obozu. Do dzisiaj nie wiemy kim była, czy dotarła do obozu i najważniejsze - czy przeżyła?

Zdjęcie ukazało się na okładce New York Timesa 26 marca 1993 roku. Bardzo szybko zostało przedrukowane przez wiele światowych dzienników. Czytelnicy zaczęli zasypywać redakcję pytaniami o los dziewczynki. Gdy na jaw wyszła cała prawda związana z zachowaniem reportera, na Cartera spadła ogromna fala krytyki. Zastanawiano się, na ile możemy zostać bierni wobec rejestrowanych przez nas wydarzeń. Z jednej strony mógł uratować dziewczynkę i zanieść ją do obozu, lecz z drugiej strony tego dnia był świadkiem cierpienia tysięcy ludzi, co drastycznie wpłynęło na jego zachowanie względem dziewczynki.

Fotografia dziewczynki przyczyniła się do gwałtownego wzrostu zainteresowania sytuacją w Sudanie. Tysiące ludzi zdecydowało się na przesłanie określonej pomocy materialnej. Dla Cartera jego najsławniejsze zdjęcie było jednak początkiem końca kariery. Jeszcze za czasów apartheidu był świadkiem wielu makabrycznych wydarzeń. Wydarzenia w Sudanie znacznie silniej odbiły się na jego psychice. W roku 1994 otrzymał nagrodę Pulitzera. 18 marca podczas strzelaniny w Takozie ginie jego przyjaciel Ken Oosterbroek. Sam Carter kilka godzin wcześniej wrócił do hotelu. Obwiniał się o śmierć Kena twierdząc, że to on sam powinien zginąć od kuli. Popadł w głęboką depresję. 27 lipca 1994 roku popełnił samobójstwo. 
W swym liście pożegnalnym napisał - Jestem załamany. Bez telefonu, bez pieniędzy na czynsz i na alimenty. Prześladują mnie żywe obrazy zabitych i cierpiących, widok ciał, egzekucji, rannych dzieci. Odszedłem i jeśli będę miał szczęście, dołączę do Kena.

Niestety obecnie mimo zwiększenia pomocy dla Afryki, nasz świat nie może sobie poradzić z tamtejszym głodem. Ponieważ na co dzień nie obcujemy z takimi sytuacjami, bardzo trudno jest nam uzmysłowić sobie, z jak wielką tragedią mamy do czynienia. W tej chwili w Somalii panuje tragiczna sytuacja. Nieunormowana sytuacja polityczna oraz zmiany klimatyczne powodujące ogromne susze sprawiały, że prawie połowa mieszkańców Somalii (blisko 4 miliony) zmaga się z ciągłym niedożywieniem. Susza całkowicie pozbawiła środków do życia mieszkańców, którzy głównie utrzymywali się z pasterstwa. Klęska głodu dotyka blisko 12 milionów osób mieszkających w tej części Afryki. Pobliskie kraje coraz częściej nie nadążają z pomocą dla setek tysięcy uchodźców.

Organizacje niosące pomoc, w tym głównie ONZ, nie są w stanie przekonać całego świata w sprawie niesienia pomocy. W lipcu ubiegłego roku o pomoc dla Somalii wystąpiła Unia Afrykańska. Odpowiedziały na nią między innymi Stany Zjednoczone, Unia Europejska. Niestety ów apel został zignorowany przez afrykańskie potęgi: RPA, Nigeria i Angola, a także Chiny i wszystkie kraje muzułmańskie. Dopóki problemami Afryki nie zajmą się także pozostałe kraje tego kontynentu, dopóty pomoc może być niewystarczająca.

Stosunek większości z nas do tej sytuacji został wyrażony między innymi przez zespół Myslovitz, który w piosence Ściąć wysokie drzewa opowiada między innymi o ludobójstwie w Rwandzie:

Smutny śpiew wysokich drzew
Ojciec i mały chłopiec wtulony w jego pierś
Pewnie powiesz to okropne
Zrzucisz winę na innych, potem zaśniesz spokojnie


My sami też  możemy pomóc. Dano nam możliwość wpłaty darowizny na konto danej organizacji charytatywnej. na stronie UNICEF możemy zakupić wiele produktów, z których dochód w całości zostanie przeznaczony na pomoc najbardziej potrzebującym.
Oczywiście istnieją także strony internetowe, gdzie poprzez kliknięcie można w niewielkim stopniu nieść pomoc. Oto niektóre z nich:
Pajacyk, Okruszek, The hunger site - tu mamy 8 różnych stron, Care2 - również wiele stron, ripple, http://hungrychildren.com/, http://www.hungerfighters.com/, http://www.giveaminute.org/donate2.htm, http://www.bhookh.com/, http://www.thenonprofits.com/ - zbiór wielu innych stron do klikania.