niedziela, 18 czerwca 2017

Greg Marinovich - Ludzka Pochodnia

Na początku lat 90. wraz z upadkiem Związku Radzieckiego, w Europie doszło do wielu przemian politycznych i społecznych. Oczy całego świata zwrócone były na kraje dawnego Bloku Wschodniego. Tymczasem ważne zmiany następowały także w RPA. Powolnym krokiem zbliżał się koniec apartheidu oraz utraty władzy przez białych. Niestety zanim do tego doszło miały miejsca tragiczne wydarzenia zwane Wojną Hotelową. Ich największym symbolem były płonące naszyjniki.


fot. Greg Marinovich


W latach 1990-1994 w RPA rozgrywała się nieformalna wojna, która pochłonęła ponad 14 tysięcy ofiar. Dochodziło wtedy do starć między mniejszością Zulusów a innymi grupami etnicznymi. Zulusi sprowadzeni wiele lat wcześniej do pracy, zamieszkiwali specjalne hotele robotnicze. Nieopodal nich ulokowane były czarne getta wielu mniejszości. Wszystko to stanowiło mieszankę wybuchową. Początkowo dochodziło do mniejszych konfliktów etnicznych. Jednak z początkiem lat 90. sytuację tę wykorzystała biała ludność. Partia Wolności Inkatha była formacją polityczną założoną przez mniejszość Zulusów. Była ona przeciwna apartheidowi, jednak negowała polityczne ambicje Afrykańskiego Kongresu Narodowego. Właśnie ten jeden szczegół zaważył na konflikcie.

Rządzący nieoficjalnie wspierali i finansowali Inkathę, przez co jedna grupa była napuszczana na drugą. W wielu miastach powstały prawdziwe linie frontu. Przypominało to poniekąd sytuację na Bałkanach, gdzie miasta dzielone były na strefy muzułmańskie i prawosławne/katolickie. W związku z tym każdy znał swoje miejsce, a zapuszczanie się na inne terytoria było niczym wyrok śmierci. Powstały linie demarkacyjne, a często także jedne grupy dokonywały zbrojnych wypadów na inne dzielnice. Ponieważ mamy do czynienia z biedotą, do walki wykorzystywane było, co popadnie. Najczęściej były to noże, maczety, kije. Powstały wtedy też "płonące naszyjniki".

Kilka lat wcześniej Winnie Madikizela-Mandela, ówczesna żona Nelsona Mandeli podczas jednego z przemówień powiedziała: Nie mamy karabinów. Mamy tylko kamienie, pudełka zapałek i benzynę. Razem, ręka w rękę, przy pomocy zapałek i naszyjników wyzwolimy ten kraj. Choć to nie ona była wynalazczynią naszyjników, to jednak do dziś jest z nimi kojarzona. O co dokładnie chodziło? Otóż wymyślono okrutny sposób śmierci. Polegał on na nakładaniu ofierze opony samochodowej, która krępowała ruchy. Następnie polewano ją benzyną i podpalano. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak ciężką oraz okrutną musiała być taka śmierć.

15 września 1990 roku Greg Marinovich znalazł się na ulicach Soveto. Był on jednym z czterech członków słynnego Bractwa Bang Bang. Zajmowali się oni dokumentacją konfliktu na przedmieściach największych miast. W pewnym momencie podczas rekonesansu zauważył grupę młodych osób szarpiących dorosłego mężczyznę. Sytuacja miała miejsce na terenach wiernych Mandeli, dlatego ów mężczyzna musiał być Zulusem. Zapewne został uznany za szpiega, choć prawdopodobne, iż tylko jechał do pracy. Młodzi ludzie zaczęli go kopać i okładać pięściami. Gdy Greg wyjął aparat, tłum "kazał mu spierdalać". Fotograf odpowiedział, że przestanie robić zdjęcia, jak zostawią mężczyznę w spokoju. Nieoczekiwanie jeden z młodszych chłopców wyjął nóż i wbił go w pierś Zulusa. Marinovich instynktownie cofnął się o parę centymetrów, po czym poczuł, jak inny nóż przecina jego torbę fotograficzną. Gdyby nie ten ruch, zapewne otrzymałby cios prosto w brzuch. 

Pojawienie się policji spowodowało ucieczkę tłumu. Jednak policjanci nie wyszli nawet z pojazdu. Oddali tylko kilka strzałów w powietrze, po czym odjechali. Mimo ciężkich obrażeń, ranny Zulus próbował uciec z miejsca linczu. Niestety po kilku krokach upadł, po czym powrócili oprawcy. Zaciągnęli go na drugą stronę nasypu kolejowego. Fotograf ruszył za tłumem. Gdy był już blisko szczytu nasypu, usłyszał dziwne "puf". Nie był to jednak charakterystyczny dźwięk broni palnej. Nagle jego oczom ukazał się makabryczny widok. Na rannego mężczyznę prawdopodobnie wcześniej założono oponę, wlano do niej benzynę i podpalono. W innych źródłach podaje się, że był to koktajl Mołotowa (co z racji widoku płonącego mężczyzny wydaje się bardziej prawdopodobne). Niemniej jednak, własnie zapłon był tym nieznanym dźwiękiem. Marinovich zszokowany obrazem konającego mężczyzny, przyłożył do oka aparat. Gdy zaczął fotografować, do płonącego człowieka podbiegł nastolatek z maczetą, którą zatopił w głowie Zulusa. Do dziś niestety reporter nie wie, czy był to akt łaski czy po prostu chęć szybszego mordu. Po pewnym czasie okazało się, że ofiarą był Lindsaye Tshabalala, lokalny pracownik. 

Obraz zatytułowany Ludzka Pochodnia szybko znalazł się na pierwszych stronach i okładkach wielu gazet. Sam fotograf otrzymał za niego Nagrodę Pulitzera. Do samego końca dokumentował różne oblicza konfliktu. Przez ten czas został cztery razy ranny, w tym raz ciężko. Choć mówiono, iż miał i przynosił pecha, to jednak był jednym z dwóch członków Klanu, którzy przeżyli - Ken Oosterbroek zginął podczas walk, Kevin Carter znany z fotografii z sepem popełnił samobójstwo, a João Silva stracił wiele lat później nogi w Afganistanie. 

Wojna Hotelowa to niestety ciemna strona walki o władzę w RPA. Ukazuje nam, że nawet tak znane i popularne osoby, jak Nelson Mandela, pośrednio lub w bezpośredni sposób miały wpływ na liczne morderstwa i rabunki. 


Źródła: http://blurppp.com/blog/legendarne-zdjecia-greg-marinovich-czlowiek-pochodnia-czyli-plonacy-naszyjnik/
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/39157,fotoreporterow-dylematy-moralne
http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/plonace-naszyjniki-winnie-mandeli/7mlrm
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bractwo_Bang_Bang







piątek, 16 czerwca 2017

Czas próby - niezwykła historia straży przybrzeżnej

W historii dochodziło do wielu mniejszych lub większych katastrof morskich. Zniszczeniu, zatonięciu ulegały zarówno kutry rybackie, jak i wielkie kontenerowce, tankowce. Najczęściej takie wydarzenia wiązały się z się dużą liczbą ofiar. Na szczęście są też takie historie, które poniekąd kończą się szczęśliwie. Jedną z najbardziej niezwykłych i spektakularnych jest ta, która miała miejsce w 1952 roku.


fot. Richard C. Kelsey


Od lat wzdłuż granicy lądu i morza Stanów Zjednoczonych swą służbę pełni Straż Przybrzeżna. United States Coast Guard to najmniejszy z rodzajów amerykańskich sił zbrojnych. Jej zadaniem jest między innymi obrona narodowa, ochrona środowiska naturalnego oraz ochrona bezpieczeństwa morskiego. Do tego ostatniego zalicza się pomoc niesioną rozbitkom, uszkodzonym statkom. 18 lutego 1952 roku miała miejsce akcja, która w USA powszechnie uchodzi za jedną z najważniejszych w historii amerykańskiej straży przybrzeżnej 

Tego dnia u wybrzeży Nowej Anglii rozszalał się sztorm, jeden z najgorszych w ciągu ostatnich lat. Był to jeden z tych dni, kiedy nikt nie miał ochoty wychodzić na zewnątrz. Fale morskie osiągały kilkanaście metrów wysokości, a przy tym towarzyszył im mroźny wiatr i opady śniegu. Niestety zarówno marynarze, jak i członkowie straży pełnili wtedy służbę. W niedługim czasie doszło do rzeczy niebywałej. Najpierw w jednostkach nabrzeżnych otrzymano sygnał, iż wiele kilometrów od brzegu doszło do przełamania w pół tankowca "Fort Mercer". Ze wszystkich portów wyruszyły jednostki ratownicze. Kiedy większość ratowników była w drodze do przełamanego tankowca, otrzymano drugie, identyczne wezwanie. 

Tym razem identyczny tankowiec, "Pendleton", miał dokładnie ten sam problem. Okręt w wyniku uderzeń fal przełamał się w pół. Statek ten znajdował się bliżej brzegu, przez co lokalni mieszkańcy mogli słyszeć jego syreny, a czasem nawet dojrzeć go na tle oceanu. Oba statki należały do okrętów typu Liberty T2 z okresu II wojny światowej. Były to wersje budowane tanio i szybko, które po wojnie trafiły w ręce prywatnych armatorów. Na spokojne wody nadawały się idealnie, jednak w gorszych warunkach dawały o sobie znać ich błędy konstrukcyjne czy tańsze materiały. 

Problem w całej sytuacji polegał na tym, że mało kto przy zdrowych zmysłach wyruszyłby w taką pogodę. Zagrożeniem była nie tylko pogoda, lecz także mielizny, które znajdowały się kilka kilometrów od wejścia do portu. Kolejną przeszkodą było wyposażenie miejscowych strażników. Jedynym dostępnym okrętem w bazie była motorówka CG-36500. To mała jednostka z 4 członkami załogi, która mogła pomieścić, co najmniej kilku rozbitków. Tymczasem na ratunek czekało ponad 30 marynarzy!

Wypłynięcie małą, drewnianą motorówką było igraniem ze śmiercią. Jednak tego czynu podjął się Bernard Webber. Choć większość ratowników była przeciwna wypłynięciu, to jednak Webber wraz z trzema ochotnikami: Richardem Liveseyem, Ervinem Maske oraz Andrew Fitzgeraldem wkrótce wyruszył w morze. Tymczasem Pendleton mimo poważnych uszkodzeń nadal utrzymywał się na morzu. Wraz z częścią dziobową zginęło 8 marynarzy, w tym kapitan okrętu. Pozostali przetrwali na rufie statku. Mimo ogromnych uszkodzeń maszynownia wciąż funkcjonowała, dzięki czemu marynarze mogli powoli poruszać się jednostką. Za pomocą prowizorycznego steru udało im się odrobinę zmieniać pozycję. 

Tymczasem ratownikom na przekór wielu przeszkodom udało się przepłynąć mielizny. Okupili to jednak uszkodzeniem motorówki oraz zniszczonym kompasem. Choć tracili powoli nadzieję, to jednak w pewnym momencie udało im się w środku nocy dotrzeć do wraku Pendletona. Na pokładzie na ratunek czekało 33 marynarzy. Webber bez większego planu rozpoczął akcję ratunkową. Załoga tankowca powoli zaczęła schodzić po drabince na pokład motorówki. Gdyby nie nieszczęśliwy wypadek uratowano by wszystkie osoby. Zginął jednak marynarz, który odpadł od drabinki i uderzył o śrubę statku. 

Webber zdawał sobie sprawę z kryzysowej sytuacji, w jakiej wszyscy się znaleźli. Choć sztorm powoli ucichł, to jednak powrót uszkodzoną i przeciążoną łodzią był wielce niebezpieczny. Webberowi udało się skontaktować z lądem, gdzie poradzono mu udanie się do najbliższej jednostki wodnej i przekazanie rozbitków. Ratownik odmówił jednak, po czym skierował motorówkę w stronę Chatham. Na całe szczęście w mroku nocy udało im się dojrzeć boję sygnalizacyjną. 

Tytułowe zdjęcie prezentuje moment wpłynięcia CG-36500 do portu. Ratowników i marynarzy nie tylko przywitała reszta straży, lecz także lokalni mieszkańcy. Dla wielu z nich był to prawdziwy cud. Łącznie z obu tankowców uratowano tego dnia 70 marynarzy. Jednak to akcja z Pendletonem na zawsze przeszła do historii United States Coast Guard. Webber wraz z pozostałymi marynarzami odznaczeni zostali złotymi medalami za ratowanie życia. 

Niedawno stworzony został film Czas Próby, który dotyczy własnie tych wydarzeń. Dla mnie takie 6/10, jednak warto go zobaczyć w celu dopełnienia przeczytanej historii.


Źródła:
http://www.smartage.pl/zatoniecie-tankowcow-pendleton-i-fort-mercer/
https://en.wikipedia.org/wiki/Coast_Guard_Motor_Lifeboat_CG_36500
https://en.wikipedia.org/wiki/Bernard_C._Webber

sobota, 6 maja 2017

The Kiss of Life

W szeroko rozumianej sztuce, w tym także fotografii pocałunek najczęściej prezentowany był i jest jako forma uczuciowego zbliżenia dwóch osób. Zdarzały się od tego oczywiście wyjątki, jak choćby pocałunki śmierci. Również i w tym wypadku mamy do czynienia z obrazem, który na pierwszy rzut oka może nam się kojarzyć z czymś powszechnym, jak na dzisiejsze czasy, choć w ujęciu LGTB. Historia kryjąca się za nim jest jednak zupełnie odmienna.

fot. Rocco Morabito

Nie od dziś wiadomo, że z prądem nie ma żartów. Jakakolwiek bezpośrednia styczność z wysokim napięciem kończy się zwykle poranieniem lub śmiercią. Dlatego też elektryk zajmujący się pracą na wysokościach, to jeden z najniebezpieczniejszych zawodów. Przekonał się o tym Randall Champion. W 1967 roku podczas pracy na jednym ze słupów energetycznych został on porażony prądem o sile 4 tysięcy voltów. Ponieważ zgodnie z procedurami był w tym czasie przypięty pasami, jego ciało zawisło na wysokości wielu metrów.

Świadkiem tego zdarzenia był J.D. Thompson, inny pracownik energetyki. Chwilę po wypadku wspiął się na słup w celu ratowania życia kolegi. Ponieważ Champion zwisał głową w dół, niemożliwym było przeprowadzenie prawidłowej resuscytacji. W związku z tym mężczyzna zdecydował się na klasyczną metodę usta-usta. Wykonywał ją aż do wyczucia pulsu u kolegi. Po tym czasie sprowadził ciało na dół i kontynuował pomoc do czasu przyjazdu pogotowia.

Traf chciał, że w tym samym czasie na miejscu zjawił się Rocco Morabito, fotoreporter lokalnej gazety. Akurat wracał ze strajku kolejarzy. Kiedy ujrzał całe wydarzenie, momentalnie sięgnął po aparat. Gdy wykonywał serię kilku zdjęć, usłyszał nagle od jednego z mężczyzn: „on oddycha!". Okazało się, że mimo wysokiego napięcia stan pracownika energetyki jest stabilny. Nie tylko przeżył porażenie prądem, lecz dane mu było cieszyć się życiem przez kolejne 35 lat.


Fotografia zatytułowana „The Kiss of Life” szybko trafiła na okładki wielu dzienników na całym świecie, a sam Morabito, nieznany nikomu fotograf, otrzymał za nią nagrodę Pulitzera.  

Źródła:
http://rarehistoricalphotos.com/kiss-life-utility-worker-giving-mouth-mouth-co-worker-contacted-high-voltage-wire-1967/
http://dziwowisko.pl/slynne-zdjecie-kiss-of-life/

środa, 19 kwietnia 2017

Budd Dwyer - śmierć na wizji

Wielokrotnie spotykaliśmy się z sytuacją, kiedy ktoś został niesłusznie skazany. Dla sporej ilości osób oznaczało to pobyt w więzieniu, utratę dotychczasowego życia, a nawet karę śmierci. Fałszywe zeznania, błędy proceduralne to niestety codzienność w sądownictwie wielu krajów. Do takiej sytuacji doszło 30 lat temu w Stanach Zjednoczonych, kiedy to Budd Dwyer został skazany za przyjęcie rzekomej łapówki. Wszystko skończyło się tragicznie. 



fot. Paul Vathis

R. Budd Dwyer był lokalnym politykiem, skarbnikiem stanowym w Pensylwanii. W 1980 roku w tym miejscu dokonano odkrycia, iż przez wiele lat z powodu błędu urzędnicy państwowi nadpłacali podatek federalny. Zdecydowano się wtedy na przetarg, dzięki któremu wybrana firma księgowa miała za kilka milionów dolarów dokonać obliczeń wynagrodzeń każdego pracownika. Wkrótce okazało się, że J.R. Torquato Jr. oraz W.T. Smith, starając się o kontrakt stanowy, oferowali urzędnikom łapówki. W maju 1984 roku kontrakt rzeczywiście został przyznany firmie prowadzonej przez Smitha.

W 1986 roku sprawa jednak wypłynęła na jaw, a jednym z podejrzanych był właśnie R. Budd Dwyer. Został oskarżony o przyjęcie 300 tysięcy dolarów łapówki za wyświadczenie przysługi. Początkowo prokurator okręgowy zaproponował Dwyerowi przyznanie się do przyjęcia łapówki. Dzięki temu poprzez współpracę z wymiarem sprawiedliwości miał stracić swój urząd i otrzymać maksymalnie pięć lat więzienia. Polityk odmówił jednak, przez co został uznany winnym. Groziło mu w związku z tym nawet do 55 lat i 300 tysięcy dolarów grzywny. Przez cały czas Dwyer twierdził jednak, że jest niewinny.

Specjalnie w związku z tym zwołał 22 stycznia 1987 roku konferencję prasową. Znalazł się na niej także Paul Vathis, fotograf AP. Jednocześnie konferencja była transmitowana na żywo przez kilka stacji telewizyjnych. Dwyer zamiast ogłoszenia rezygnacji z pełnionej funkcji, nadal utrzymywał, że został wrobiony. Podczas konferencji powiedział:

"Dziękuję Panu za 47 lat ekscytujących zmian, stymulujących doświadczeń, wiele szczęśliwych chwili, a ponad wszystko, za najwspanialszą żonę i dzieci, które byłyby marzeniem każdego mężczyzny. Teraz moje życie się zmieniło, bez żadnego powodu. Ludzie (...) wiedzą, że jestem niewinny i chcą pomóc. Ale w tym kraju, w najwspanialszej demokracji na świecie, nic nie mogą uczynić, by uchronić mnie przed oskarżeniem o przestępstwo, którego nie popełniłem. Niektórzy z nich nazywają mnie Hiobem naszych czasów, a sędziego Malcolma Muira porównują do średniowiecznych sędziów. Stwierdził on, że (...) kara więzienia dla mnie będzie działać odstraszająco na innych urzędników publicznych. Nie sądzę jednak, aby kara ta odstraszała tych, którzy mnie znają, bo wiedzą oni, że nie zrobiłem nic złego. Jestem ofiarą publicznych oskarżeń, a więzienie byłoby tu amerykańskim gułagiem. Proszę tych, którzy mi wierzą (...), by pracowali niestrudzenie nad stworzeniem w Stanach Zjednoczonych wymiaru prawdziwej sprawiedliwości i oczyszczeniem mnie z zarzutów, tak by moja rodzina (...) nie była naznaczona tą niesprawiedliwością, której się wobec mnie dopuszczono (...)."

                                                                                                           tłumaczenie za cba.gov.pl

Tuż po odczytaniu listu, wręczył każdemu z członków swego zespołu kopertę. Okazało się, że w jednej z nich był list pożegnalny do żony, w drugiej dokument o przekazaniu organów do przeszczepów, a w trzeciej list do Roberta P. Casey'a, jego następcy. Tuż po tym wyciągnął z papierowej torebki rewolwer Magnum, kaliber .357 i pociągnął za spust, strzelając sobie w usta.

Całość tych wydarzeń uchwycił na czarno-białej kliszy Paul Vathis. Za swe zdjęcie otrzymał nagrodę World Press Photo 1988. Jednocześnie moment samobójstwa obejrzało wiele osób przed telewizorami. Do dziś uznaje się zarejestrowane chwile za jedne z najbardziej tragicznych w historii amerykańskiej telewizji. 

fot. Paul Vathis




Zdjęcia z tego wydarzenia wpłynęły także na zmianę w fotografii prasowej, gdyż od tego czasu agencja Associated Press nadała rozporządzenie, aby wszystkie materiały dla niej rejestrowane były na kolorowych kliszach.

Po wielu latach okazało się, że Budd Dwyer rzeczywiście był niewinnym człowiekiem, którego obciążyły fałszywe zeznania W.T. Smitha. 

Źródła:
https://cba.gov.pl/pl/newsy-serwisu-antykorup/2365,Samobojstwo-na-wizji.print
https://pl.wikipedia.org/wiki/Budd_Dwyer





niedziela, 9 kwietnia 2017

Milimetry od śmierci!

Sport, zwłaszcza drużynowy, często wiąże się z ryzykiem kontuzji. Sytuacje złamanych kości, naderwań, skręceń są na porządku dziennym. Jednak to, co przytrafiło się Clintowi Malarchukowi, na trwałe zapisało się w historii hokeja. To prawdziwy cud, że tego dnia bramkarz Buffalo Sabres nie pożegnał się z życiem.


fot. Craig Melvin

Hokej od samego początku stał się efektowną, a przy tym niezwykle niebezpieczną dyscypliną sportową. Dowodzi tego chociażby zdjęcie Terryego Sawchuka, który przez większość swej kariery bramkarskiej grał bez ochronnej maski.

fot. Ralph Morse
Bramkarze narażeni byli na silne uderzenia krążka hokejowego, a także kontakt z atakującymi graczami. Dziś chronieni są przez liczne elementy wyposażenia, które okazują się jednak czasem zawodne. Doświadczył tego Clint Malarchuk. 22 marca 1989 roku meczu pomiędzy St. Louis Blues i Buffalo Sabres omal nie przypłacił życiem. Podczas gry Steve Tuttle oraz Uwe Krupp zderzyli się ze sobą na wysokości bramki pilnowanej przez Malarchuka. Nieszczęśliwie obaj wpadli na bramkarza, a łyżwa Tuttle'a przecięła mu tętnicę.

Nagle cała hala zamarła. Widzom ukazał się widok broczącego krwią Clinta. Był to przerażający obraz, który na myśl przywoływał bardziej sceny z krwawych horrorów. Zanotowano wiele przypadków omdleń, problemów z sercem, a niektórzy zawodnicy zaczęli wymiotować. Malarchuk był pewien, że umiera. Jego jedynym pragnieniem było opuszczenie lodu, gdyż wiedział, że w telewizji mecz ogląda jego matka. Jak sam stwierdził potem, nie chciał, aby widziała jego ostatnie chwile. Kazał wtedy przekazać, że ją kocha oraz wezwał księdza.

Na całe szczęście życie uratował mu Jim Pizzutelli, trener od przygotowania fizycznego. W czasie wojny w Wietnamie służył on jako medyk. Szybko zatamował krwotok tętniczy, dzięki czemu dał hokeiście czas do przybycia lekarzy. Do tego momentu stracił on ponad 1,5 litra krwi! W czasie podróży do szpitala Malarchuk był cały czas świadomy, a nawet żartował, że chciałby wrócić na trzecią tercję. Lekarze musieli założyć mu aż 300 szwów, aby zaszyć 15-centymetrową ranę. Okazało się, że brakowało około 3 milimetrów, aby bramkarz wykrwawił się w ciągu minuty na oczach kibiców.

Zaledwie kilka tygodni po tym incydencie, powrócił na taflę i kontynuował karierę do 1997 roku.

Warto zapoznać się także z materiałem wideo:


Źródła:
https://en.wikipedia.org/wiki/Clint_Malarchuk







niedziela, 19 lutego 2017

Jakub Szymczuk - Majdan

Właśnie mija trzecia rocznica tragicznych wydarzeń w Kijowie, kiedy to w wyniku walk między protestującymi a siłami rządowymi zginęło ponad 100 osób. Jednym z tych, którzy dokumentowali te zajścia był Jakub Szymczuk. Udało mu się zrobić jedno z najważniejszych zdjęć w najnowszej polskiej fotografii prasowej.


fot. Jakub Szymczuk


Euromajdan przeszedł do historii jako największy protest ludności cywilnej w dziejach Ukrainy. Wszystko rozpoczęło się 21 listopada 2013, kiedy to w Kijowie zaczęły się demonstracje ludzi niezadowolonych z odłożenia przez prezydenta Wiktora Janukowycza podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. W bardzo szybkim czasie przemieniło się to w rewolucję, gdzie protestujący żądali odsunięcia od władzy prezydenta oraz zmian w polityce kraju.

Punktem zapalnym okazał się 30 listopada, kiedy doszło do brutalnego rozpędzenia demonstracji przez jednostki Berkutu. Od tego czasu centralny plac Kijowa stał się głównym miejscem manifestów. W kulminacyjnym punkcie w stolicy zebrało się kilkaset tysięcy osób. Z biegiem czasu dochodziło do eskalacji konfliktu. Oddziały rządowe wielokrotnie próbowały doprowadzić do likwidacji obozowiska, lecz spotykały się z silnym oporem cywilów. Po obu stronach notowano rannych i zabitych. Dochodziło do wielu prowokacji, porwań dziennikarzy, utrudniania pracy lekarzom.

Partia rządząca wraz z prezydentem robiła wszystko w celu zdławienia protestów, tym bardziej, że spotykała się z coraz większym oburzeniem ze strony opinii międzynarodowej. Na placu Niepodległości zaczynają płonąć opony, które stają się jednym z symboli protestów. Zwolennicy europejskich reform w ten sposób utrudniają pracę Berkutowi. Do najtragiczniejszych wydarzeń dochodzi między 18 a 20 lutego. Oddziały rządowe dokonują próby likwidacji Majdanu. Jest to praktycznie szturm, z wykorzystaniem ciężkiego sprzętu, dużej ilości milicji. Na dachach pojawiają się snajperzy, którzy strzelają do bezbronnych ofiar. 20 luty przechodzi do historii Ukrainy jako „Czarny Czwartek”. Ginie wtedy ponad 70 osób, z czego większość stanowią protestujący. 

Jakub Szymczuk znajduje się wtedy po raz drugi na Majdanie. Kilka dni wcześniej dokumentuje wydarzenia, które nie zwiastowały aż tak wielkiej tragedii. Po przyjeździe do Polski postanawia jednak szybko wracać na Ukrainę, gdyż przeczuwa, że może dojść do czegoś ważnego. W czwartek pracuje już na pierwszym froncie. Dowiaduje się, że przy drodze do Pałacu Prezydenckiego strzelają do ludzi. Mimo ostrzeżeń od innego fotografa kieruje się w sam środek walk. W pewnym momencie zobaczył mężczyznę, który organizował rzucanie opon na płonącą barykadę. Gdy biegł on w stronę barykady, został postrzelony w głowę. Jego ciało zostało złożone tuż obok fotografa, dzięki czemu mógł zobaczyć tragedię z bliska. Jeden z kompanów demonstranta zaczął płakać nad jego ciałem. Wtedy właśnie powstała słynna fotografia, która wedle Jakuba Szymczuka jest najważniejszą, jaką do tej pory zrobił w swym życiu. Tak relacjonował te wydarzenia w Gościu Niedzielnym:

Akurat skradał się facet z oponą, którą rzucił za barykadę. Chciałem mu zrobić zdjęcie. Zniknął mi za chwilę za płomieniami. Strzał. Krwista mgła. Czas się zatrzymał. Jego koledzy go odciągnęli tuż pod moje stopy. Położyli jego dziurawy hełm. Jeden wrócił na front, drugi nad nim klęczał. Miał niepewne ruchy, nie wiedział, co robić. Płakał. Ale był to głuchy płacz, taki bez łez”.


Zdjęcie stało się jednym z symboli Euromajdanu, Niedługo potem okazało się, że mężczyzną na obrazie jest Anatolij Żałowaga. Pochodzący z Lwowa, z wykształcenia był nauczycielem wychowania fizycznego. Był to dopiero jego drugi dzień w Kijowie. Wieczorem w środę Anatolij zadzwonił do brata i poinformował go, że pełni służbę na barykadzie, która była atakowana przez siły rządowe. Następnego dnia rodzina dowiedziała się, że zginął on na Majdanie. Miał jedynie 33 lata.

W 2014 roku fotografia ta uznana została Zdjęciem Dekady 2004-2014 Grand Press Photo.

Polecam również krótki film opowiadający o wydarzeniach z perspektywy samego fotografa: 




Źródła:
http://wydarzenia.o.pl/2016/02/majdan-w-obietywie-jakuba-szymczuka-mck-krakow/#/
http://gosc.pl/doc/2078589.To-nasz-syn/3
https://pl.wikipedia.org/wiki/Euromajdan

piątek, 20 stycznia 2017

Radosław Sikorski - Prochy Świętych

Praktycznie każda wojna kończy się cierpieniem ludności cywilnej. Śmierć, rany, konieczność ucieczki z domu to prawdziwy obraz wielu konfliktów. Jeden z nich zrelacjonowany został przez Radosława Sikorskiego, którego zdjęcie prezentuje ofiary afgańskiej wojny. 


fot. Radosław Sikorski 


Mało kto dziś wie, że Radosław Sikorski w latach 80. był wolnym dziennikarzem pracującym dla kilku brytyjskich redakcji. W 1986 roku wyruszył do Afganistanu jako nieoficjalny korespondent The Sunday Telegraph, Observera oraz BBC. Obok sprzętu oraz środków na wyprawę, nie otrzymał z Wielkiej Brytanii żadnego zabezpieczenia na wypadek schwytania przez Sowietów. Gdyby tak się stało, mógł zostać co najmniej posądzony o szpiegostwo. W przeciwieństwie do wielu zachodnich dziennikarzy czy całych redakcji nie uważał Afganistanu za sprawę już przegraną. Dzięki temu znalazł się w tym kraju w przełomowym momencie wojny. 

Jego wyprawa miała kilka celów. Przede wszystkim chciał ustalić losy niezwykle istotnych zabytków Heratu, a także poznać prawdę o miejscowym powstaniu z 1979 roku. Ponadto agencja Afghan Aid poprosiła go o zebranie informacji o lokalnej ludności cywilnej, zwłaszcza rolnikach. Kilkumiesięczny pobyt w tym kraju obfitował w spotkania z bojownikami, cywilami, przemytnikami, najważniejszymi postaciami dla ruchu oporu. Jako mister Rahim wielokrotnie był świadkiem walk, bombardowań. Zdarzało mu się przemykać pod lufami czołgów i patrolujących żołnierzy. Od mudżahedinów otrzymał nawet AK-47, ale na szczęście nie dane mu było go użyć w razie obrony. Swe przygody i liczne, nader trafne spostrzeżenia zawarł w bardzo dobrej książce: Prochy świętych. Afganistan czas wojny. Warto ją przeczytać, aby bliżej zapoznać się z genezą i charakterystyką radzieckiej interwencji oraz wojny w Afganistanie. Jest to także kawał porządnej pracy reporterskiej. 

Była to wojna, podczas której najwięcej cierpiała ludność cywilna. Sowieckie dowództwo stosując prawo odpowiedzialności zbiorowej, często bez przyczyny bombardowało afgańskie miasteczka i wioski lub pod zwykłym pretekstem przebywania w nich wojowników. Kończyło się to najczęściej tragicznie, gdyż nawet głębokie piwnice nie mogły chronić przed silnymi bombami i pociskami. Taka sytuacja przydarzyła się rodzinie na zaprezentowanym zdjęciu. 

Pewnego dnia Sikorski był świadkiem nalotu kilku radzieckich myśliwców. Ich celem nie była jednak wioska, w której aktualnie przebywał, lecz znajdująca się kilka kilometrów dalej Koszk-e Serwan. Kiedy dotarł na miejsce, wydobyto spod gruzów ponad 30 ciał, a nadal nie doliczono się przeszło 40 mieszkańców. Problemem był fakt, iż większość osób chowała się w piwnicach lub specjalnie drążonych tunelach. Gdy co najmniej ćwierć lub półtonowa bomba eksplodowała nad ich głowami, znajdowali się na ogół w śmiertelnej pułapce. Tak reporter relacjonował te wydarzenia:

Poszedłem do sąsiedniego domu. Mieszkańcy przekopywali resztki piwnic, wznosząc chmury kurzu (...) Oczom zebranych ukazał się niebywały widok: w piwnicznej niszy pod łukiem sklepienia, które jakimś cudem ocalało, siedziała z dwójką małych dzieci przy boku zawoalowana kobieta. Ręce wznosili ku górze, jakby za chwilę mieli się wydostać z gruzowiska i podziękować wszystkim za uratowanie. Jedno z dzieci uśmiechało się. Nie ruszali się. Ubrania dzieci, ich twarze, skóra obnażonych ramion były blade, wręcz białe, jakby oprószone mąką; dzieci nie miały żadnych obrażeń. Nie było śladu krwi - ale byli martwi. 
                                                                                            R. SikorskiProchy Świętych, Warszawa 2007, s. 192.

Była to tylko jedna z rodzin, które tego dnia straciły życie. Wyglądają oni bardziej jak postaci żywcem przeniesione z antycznych Pompei niż świeże ofiary radzieckiego nalotu. 

Trudno jest do dziś oszacować, jak wiele osób zginęło w wyniku działań wojennych czy późniejszych wybuchów min, których miliony zostały pozostawione przez komunistów. Punktem zwrotnym w czasie wojny, o którym wspomina także autor, było dostarczenie przez USA bojownikom wyrzutni i pocisków Stinger. Od tego momentu Sowieci przestali całkowicie dominować w powietrzu. Wojna w Afganistanie okazała się dla nich porażką jak i jedną z przyczyn rozpadu Imperium. 

Radosław Sikorski w swej książce porusza także ważny aspekt, o którym często pisałem, czyli powinność reporterską:

Patrząc przez obiektyw mego aparatu na zmarłych i umierających, czułem się jak impertynencki podglądacz. Nie ma bardziej intymnego momentu niż śmierć, ale odchodzący nie może nic uczynić, by uniknąć spojrzeń ciekawskich (...) Czułem, że powinienem uczcić zmarłych i cierpiących pełną szacunku ciszą, zmusiłem się jednak do fotografowania. zrobienie i pokazanie zdjęcia było jedynym sposobem na to, by ich los nabrał znaczenia dla reszty świata. 
                                                                                     R. Sikorski, Prochy Świętych, Warszawa 2007, s. 194-195.

W 1988 roku Radosław Sikorski za swe zdjęcie z Afganistanu został nagrodzony w konkursie World Press Photo. 

Na koniec chciałbym podziękować panu Radosławowi Sikorskiemu za zgodę na publikację zdjęcia oraz fragmentów z książki. 

Źródła:
R. Sikorski, Prochy Świętych, Afganistan czas wojny, A.M.F Plus, Warszawa 2007.