poniedziałek, 20 kwietnia 2020

World Press Photo 2020: Tomasz Kaczor - Przebudzenie

Choć mamy wielu wybitnych fotografów, to jednak dopiero pierwszy raz w historii zdarzyło się, aby osoba z Polski została nominowana do głównej nagrody w konkursie World Press Photo. Choć słynna i prestiżowa nagroda trafiła w ręce Yasuyoshiego Chiby z Japonii, to jednak Tomasz Kaczor zdobył główną nagrodę w kategorii Portret. Co warto wiedzieć o tej fotografii?

fot. Tomasz Kaczor



W 2018 roku w tej samej kategorii główną nagrodę otrzymał Magnus Wennman. Udało mu się zrobić zdjęcie dwóch dziewczynek z Kosowa, które w ośrodku w Szwecji zapadły na tajemniczy syndrom rezygnacji. Tym dziwnym przypadkiem zainteresowała się Dorota Borodaj, żona Tomasza Kaczora. Postanowiła napisać o tej chorobie artykuł dla Dużego Formatu. Okazało się, że w Polsce w ośrodku dla uchodźców w Dębaku jest właśnie taka dziewczynka, Ewa, która pochodzi z Armenii. Wraz z rodzicami zmuszona była do ucieczki z kraju, skąd trafili do Szwecji. Tam właśnie zaczęły się problemy zdrowotne dziewczynki. Zapadła ona na coraz częściej spotykany syndrom rezygnacji. Jest to zespół objawów przypominających śpiączkę, który dotyka dzieci imigrantów. 

Naukowcy odkryli, że dzieci imigrantów, które zostały poddane traumie mogą właśnie zapaść na taką niewyjaśnioną śpiączkę. Na początku zaprzestają aktywności fizycznej, później jeść i pić. Ostatecznie ich stan faktycznie przypomina znamiona letargu. Według lekarzy ze Skandynawii jest to u dzieci reakcja na brak poczucia bezpieczeństwa. Może stanowić także formę obrony. Wiele z nich przeżyło bowiem ciężkie czasy: utratę rodziny, bliskich, znajomych, domu, widok wojny, trafienie do zupełnie obcego miejsca. Zdaniem lekarzy na chwilę obecną nie ma zarówno dokładnej przyczyny jak i sposobu leczenia. Zalecana jest jedynie terapia podobna do tej, jaką stosuje się u dzieci w śpiączce. Część osób po pewnym czasie wybudza się z tego stanu, inne zaś wciąż tkwią w zawieszeniu między snem a jawą. Sporo o tym temacie mówi dokument dostępny na Netfliksie: Pokonani przez życie




Dorota Borodaj szybko zapoznała się z Ewą i jej rodziną, którym towarzyszyła przez kilka miesięcy. Na całe szczęście dziewczyna stale robiła postępy w rehabilitacji. Redakcja poprosiła dziennikarkę o możliwość zrobienia zdjęć do artykułu. Ta naturalnie zgłosiła się z tym do męża. Rodzina Ewy nie miała nic przeciwko, dlatego Tomaszowi Kaczorowi udało się zrobić szybką serię kilku zdjęć. Najbardziej przenikliwy i przykuwający uwagę był portret Ewy otoczonej przez bliskich. Na tym zdjęciu dziewczyna wygląda niezwykle dojrzale, wręcz trudno uwierzyć, że ma tylko 15 lat. Był to czas, kiedy dziewczyna znajdowała się już w kolejnej fazie wybudzenia, jednak wciąż musiała być karmiona przez sondę. W szczególności wrażenie robią oczy Ewy, która zdaje się patrzyć w obiektyw wzrokiem dorosłej i doświadczonej życiowo osoby. Dziś na całe szczęście jest już zdrowa, chodzi do szkoły, a także całkiem dobrze mówi po polsku. Niestety jej rodzina wciąż zmaga się z odmowami w sprawie przyznania specjalnego statusu uchodźcy. Dlatego ich przyszłość w Polsce wciąż jest niepewna. 

Źródła:
https://www.fotopolis.pl/inspiracje/wywiady/33483-cos-wiecej-niz-ilustracja-do-tekstu-tomasz-kaczor-opowiada-nam-o-zdjeciu-nagrodzonym-w-world-press-photo-2020
https://kultura.onet.pl/wiadomosci/polski-fotograf-z-world-press-photo-tomasz-kaczor-czujemy-sie-bezpieczni-ale-nie/g387re3
https://noizz.pl/film/pokonani-przez-zycie-dzieci-imigrantow-zapadaja-w-spiaczke/spqwqj5
https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-04-18/dzieci-zmuszone-do-emigracji-przezywaja-pieklo-tomasz-kaczor-o-nagrodzonej-fotografii/

niedziela, 19 kwietnia 2020

Marvin Heemeyer - bohater czy szaleniec?

Dosyć często słyszy się o lokalnych konfliktach, gdzie mieszkańcy toczą nierówne boje z urzędnikami. Zazwyczaj szczęśliwy lub smutny finał ma miejsce w sądzie bądź też kończy się rażącą niesprawiedliwością. Nic też dziwnego, że od lat dużym zainteresowaniem cieszy się sprawa Marvina Heemeyera. Ten mechanik z USA postanowił samemu wymierzyć sprawiedliwość. Czy był tylko doprowadzonym do skraju szaleńcem czy może bohaterem? 


fot. N.N 



Urodzony w 1951 roku Marvin Heemeyer z zawodu był spawaczem i mechanikiem. Zdaniem wielu był znakomitym specjalistą od tłumików. Przez lata pracował w różnych firmach, marząc jednocześnie o własnym warsztacie. Po wielu latach ostatecznie udało mu się zrealizować marzenie, gdy osiedlił się w małym miasteczku Granby w stanie Kolorado. Kupił w atrakcyjnej cenie hektar ziemi, który był i tak o wiele większy niż potrzebował. Kilka lat po otwarciu warsztatu do Marvina zgłosił się prywatny inwestor z zamiarem zakupu dużej części działki. Początkowo kwota wynosiła 250 tysięcy dolarów, jednak Marvin podniósł ją do 375 tysięcy, a następnie do miliona. Nie wiadomo, jaka była ostateczna kwota, jednak wkrótce okazało się, że był to dopiero początek kłopotów mechanika. Okazało się bowiem, że plany budowy nowej cementowni zakładały odcięcie warsztatu Marvina od drogi dojazdowej i kanalizacji. Mniej więcej od 2001 roku Marvin wchodzi w ostry spór z ratuszem. Jego wszelkie wnioski i sprawy sądowe o zbudowanie nowej drogi dojazdowej zostają odrzucone. Nie może zbudować kanalizacji, gdyż jej część ma przechodzić przez teren cementowni. Co pewien czas mechanika odwiedzają policjanci, którzy wlepiają mu kolejne dyskusyjne mandaty. Ratusz za pośrednictwem lokalnej gazety oczernia Marvina. Wszystko to ma na celu wykurzenie go z własnej posesji. Mężczyzna kupuje nawet buldożer z myślą o samodzielnej budowie drogi dojazdowej, lecz i tu natrafia na opór lokalnych władz. Marvin postanawia skapitulować. W 2003 roku sprzedaje teren warsztatu sortowni śmieci i ma 6 miesięcy na opuszczenie tego miejsca. Nikt jednak nie wie, że w jego głowie powstawał wtedy plan zemsty.

Marvin sukcesywnie na swej liście zapisuje osoby czy miejsca, które zaszły mu za skórę. Przez kilka ostatnich miesięcy w swym zamkniętym warsztacie przygotowuje się do spektakularnej akcji. Zakupiony wcześniej buldożer zamienia w czołg. Komatsu D335A zostaje poddany wielu modyfikacjom. Obudowany zostaje dwiema warstwami płyt pancernych, między którymi wylano beton. Wnętrze kabiny posiadało klimatyzację oraz system monitorów, gdyż buldożer otoczony był kamerami. Z zewnątrz pojazd został oblany olejem i smarem, przez co niemożliwym było wejście na szczyt buldożera. Ponadto mężczyzna uzbroił pojazd w kilka karabinów. Z góry Marvin umieścił niezwykle ciężki właz, który ostatecznie zespawał od środka. Nie planował zatem się poddać. 

4 czerwca 2004 roku Marvin Heemeyer rozpoczął swą zemstę. Na początek udał się do fabryki cementu, którą znacząco uszkodził. Wyruszył następnie do miasta. Na jego liście znajdował się posterunek policji, siedziba lokalnej gazety, ratusz, kilka prywatnych domów. Łącznie Marvin zniszczył 13 budynków. Lokalna policja była wręcz przerażona pojazdem Marvina. Żadne dostępne środki, w tym inne maszyny budowlane nie były w stanie zrobić krzywdy Marvinowi. Mechanik użył nawet ostrej amunicji, jednak za każdym razem specjalnie strzelał nad głowami policjantów. Na miejsce przybywa SWAT i wojsko, lecz i oni nie są w stanie nic zrobić Killdozerowi (nazwa nadana przez media). Wreszcie po ponad 2 godzinach demolki buldożer ulega awarii. Marvin Heemeyer od początku nie chciał oddać się w ręce policji, dlatego też postanawia odebrać sobie życie. Policji z obawy przed zaminowaniem pojazdu zajęło 10 godzin, aby dostać się do wnętrza buldożera. Z przerażeniem odkryli, że Marvin miał tak dużo amunicji, iż bez trudu mógłby urządzić masakrę w mieście. Tymczasem wszystko zostało przez niego dokładnie zaplanowane. Nikt nie ucierpiał w czasie ataku, a łączne straty wyceniono na 7 milionów dolarów. Odnaleziono później listę i kilka nagrań Marvina, jednak nie ujawnił w nich do końca swych motywacji.



Mężczyzna został pochowany w nieznanym miejscu, a jego pojazd rozebrano na wiele części, które trafiły na różne złomowiska. Pozostaje zatem pytanie, czy Marvin Heemeyer był zwykłym szaleńcem czy jednak bohaterem?

Źródła:




niedziela, 15 marca 2020

Księżna Diana - gest, który znaczył wiele

Są takie gesty, które dla jednych są czymś zwyczajnym, dla innych zaś mogą mieć ogromne, symboliczne wręcz znaczenie. Z pewnością taką sytuacją było podanie dłoni przez księżną Dianę pacjentowi choremu na AIDS. Co w tym takiego dziwnego? 


fot. Tim Graham


Lata 80. i 90. to okres, kiedy na Zachodzie społeczeństwo zmagało się z coraz większą ilością zachorowań na HIV i AIDS. Pierwsze kliniczne przypadki AIDS zanotowano w Stanach Zjednoczonych w 1981 roku. Jednak HIV pojawił się już 20 lat wcześniej w Kongo. Nie potrzeba było jednak dużo czasu, aby stał się problemem globalnym. Stał się on domeną osób homoseksualnych oraz uzależnionych od narkotyków. Jednak przypadek Magica Johnsona pokazał, że każdy może być narażony na zakażenie. Ogłoszenie przez niego w listopadzie 1991 roku, że jest nosicielem wirusa HIV, było szokiem nie tylko dla całego sportowego świata, lecz i mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Koszykarz jednak przekonywał, że zarażenie nastąpiło zapewne poprzez posiadanie wielu partnerek seksualnych. Johnson stał się szybko bohaterem Ameryki, który poświęcił się pomocy chorym jak i edukacji innych na temat HIV i AIDS.

Zanim to jednak nastąpiło, również w 1991 roku miało miejsce inne ważne wydarzenie. Księżna Diana podczas podróży do Kanady postanowiła odwiedzić Casey House w Toronto. Było to hospicjum dla osób chorych na AIDS. Diana w pewnym momencie przywitała się z jednym z mężczyzn. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że księżna nie miała na sobie rękawiczek. W owym czasie wśród większej części społeczeństwa panowało przekonanie, że wirus HIV przenosi się przez dotyk. Tym czynem Diana pokazała, że nie można obawiać się chorych, a takie gesty są dla nich ogromnym wsparciem. Stała się jedną z pierwszych znanych osób, które bez obaw podchodziły do zarażonych. W tym samym roku odwiedziła także brazylijski ośrodek dla zarażonych sierot, gdzie bez obaw brała małe dzieci na ręce, przytulała je czy nawet całowała. Między innymi dlatego do Diany przylgnął później przydomek "Królowa ludzkich serc". 

O osobach zakażonych mówiła: HIV nie sprawia, że ludzie stają się niebezpieczni, dlatego możesz uścisnąć im dłonie i przytulić. Niebo wie, że tego potrzebują

Warto na końcu jednak dodać, że pierwszą znaną osobą, która nie bała się kontaktu z chorymi była Barbara Bush. Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych już w 1989 roku bez obaw przytulała małe dzieci w ośrodku dla zarażonych. Jej zdjęcie jednak nie miało tak dużej siły przebicia jak fotografia Lady Di. 

fot. Dennis Cook
Źródła:
https://rarehistoricalphotos.com/princess-diana-aids-1991/?fbclid=IwAR0tXXsUwPDc3P6gkSoc6ASIm8jcMd2kURoJETnGw608OBcv0vwSuTKWyKw
https://www.womansday.com/life/entertainment/a55591/this-old-photo-of-princess-diana-is-going-viral/
https://www.cbc.ca/radio/asithappens/as-it-happens-wednesday-full-episode-1.4624832/aids-worker-remembers-when-barbara-bush-cradled-baby-donovan-in-1989-1.4624843





środa, 26 lutego 2020

Martin Elliott - Tennis Girl

Są takie zdjęcia, o których dziś możemy mówić jako "kultowych" w świecie popkultury. Niewątpliwie jednym z najbardziej znanych obrazów w historii jest Tennis Girl. 


fot. Martin Elliott





Nie od dziś wiadomo, że wielu mężczyzn i nie tylko nie zawsze interesuje się światem tenisa jedynie ze względu na wyniki sportowe. Eugenie Bouchard, Ana Ivanović, Anna Kurnikowa, Martina Hingis czy Marija Szarapowa przyciągały lub nadal przyciągają na korty miłośników damskiej urody. Być może wpływ na popularyzację damskiego tenisa wśród mężczyzn miało pewne zdjęcie, które wykonane zostało we wrześniu 1976 roku przez Martina Elliotta. Ukazuje ono tenisistkę, która kroczy po korcie w tenisowym uniformie oraz z rakietą w prawej dłoni. Interesująca jest jednak lewa strona, gdzie dziewczyna sięga dłonią pośladka, pokazując jednocześnie, że nie ma na sobie bielizny. Całość jest przy tym świetnie oświetlona przez promienie zachodzącego słońca. 

Osobą na zdjęciu była Fiona Butler, wówczas 18-letnia dziewczyna fotografa. Sam obraz został wykonany na jednym z kortów Uniwersytetu w Birmingham. Dziewczyna w ogóle nie grała w tenisa, a wszystkie rekwizyty, łącznie z uniformem i rakietą należały do Carol Knotts, przyjaciółki Martina. Ponieważ Fiona wciąż mieszkała z rodzicami, wymusiła na Martinie, aby na zdjęciu nie było widać jej twarzy. Dopiero po 25 latach, w 2001 roku fotograf ogłosił światu, że na zdjęciu znajduje się własnie Fiona. W międzyczasie fotografia ta stała się prawdziwym fenomenem. Zdjęcie zostało sprzedane agencji Athena, która po raz pierwszy opublikowała je w kalendarzu na 1977 rok. Przez następne lata Tennis Girl sprzedawana była jako plakat, a agencja zarobiła na niej krocie, gdyż oficjalnie samych plakatów sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy. Można się tylko domyślić, że tenisowa sylwetka Fiony przez lata zdobiła pokoje wielu nastolatków, a także była dla niektórych tym, czym później stały się magazyny dla dorosłych. Obecnie jest także łakomym kąskiem dla kolekcjonerów i miłośników stylu retro. 

Sam Martin Elliott także zarobił sporo na swym zdjęciu, gdyż zachował prawa autorskie, dzięki którym mógł liczyć na zyski z licencji. Mówi się, że mógł zainkasować na konto około 250 tysięcy funtów. Był jednak artystą jednego zdjęcia, gdyż żadna inna jego fotografia nie zyskała uznania wydawców. Zmarł w 2010 roku na raka. Fiona z kolei unikała rozgłosu, a przy tym nigdy nie rościła sobie praw do zdjęcia. Dziś jest szczęśliwą żoną milionera. 

fot. N.N


Źródła:

niedziela, 26 stycznia 2020

George R. Lawrence - San Francisco 1906

XIX wiek to czas, kiedy dzięki kilku niezwykłym osobom nie tylko narodziła się współczesna fotografia, lecz i zyskaliśmy wyjątkowe nowinki technologiczne. Dziś nazywa się ich pionierami fotografii. Najbardziej znane są takie osoby jak Joseph Nicéphore Niépce, Jacques Daguerre, Henry Fox Talbot, Carleton Watkins, czy James Clerk Maxwell. W tym artykule chciałbym przyjrzeć się postaci George'a R. Lawrence'a, który był jednym z twórców dzisiejszej fotografii panoramicznej. 


fot. George R. Lawrence

zdjęcie w dużej rozdzielczości pod adresem -https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/b/b3/San_Francisco_in_ruin_edit2.jpg


















Pochodzący ze Stanów Zjednoczonych George R. Lawrence urodził się w lutym 1868 roku. Około 1891 roku wraz z przyjacielem otworzył swe pierwsze studio fotograficzne. Początkowo szczególnie interesował się fotografią z wykorzystaniem sztucznego światła, na lata przed wynalezieniem pierwszych lamp błyskowych. Jednak przeszedł do historii jako jeden z wynalazców zdjęć panoramicznych. W okolicach 1900 roku zbudował największy w owych czasach aparat fotograficzny, który ważył aż 640 kilogramów. Sama płytka negatywu miała w nim wymiary 4,5 na 8 cali. Jednym z pierwszych zdjęć wykonanych tym aparatem był obraz pociągu linii Alton Limited. Z czasem Lawrence zaczął konstruować mniejsze aparaty, które wykorzystywał do zdjęć z pomocą balonów czy latawców. Tą techniką wykonał w 1906 roku swe najsłynniejsze dzieło. 

18 kwietnia 1906 roku około godziny 5:12 San Francisco nawiedziło największe trzęsienie ziemi w historii. Posiadało ono magnitudę 7,8 w skali Marcallego (podobna wartość w skali Richtera) i trwało w samym mieście niecałą minutę. Epicentrum znajdowało się pod dnem morskim, 3 km od miasta. Niecała minuta starczyła, by trzęsienie zniszczyło około 80% zabudowy miasta i zabiło ponad 3000 osób. Z racji specyficznego klimatu większość ówczesnej zabudowy miasta miała charakter drewniany. W wyniku tego, przez następne kilka dni San Francisco zmagało się także z licznymi pożarami. Przyjmuje się, że bez dachu nad głową mogło zostać nawet 300 tysięcy osób. Wielu z nich przez kolejne 2 lata mieszkało w prowizorycznych namiotach. Łączne straty finansowe wyniosły ponad 400 mln ówczesnych dolarów, co dziś ma wartość blisko 11 mld! 

28 maja, a więc niewiele ponad miesiąc po tragedii, Lawrence wykonał swe słynne zdjęcie. Użył do niego kamery o wadze 22 kilogramów oraz płytki z celuloidu. Aparat został wzniesiony na specjalnym latawcu na wysokość 600 metrów nad zatoką. Fotografowi udało się wykonać niezwykle ostre zdjęcie o panoramie 160 stopni. Po wywołaniu obraz miał wymiary 17 na 48 cali. Co bardzo ważne, w owym czasie znalazł wielu chętnych, którzy byli skłonni zapłacić aż 125 dolarów za odbitkę. Łącznie udało mu się sprzedać ilość kopii za około 15 tysięcy, co dziś jest kwotą ponad 400 tysięcy dolarów! 

Jeśli spojrzymy na zdjęcie w przybliżeniu, jesteśmy w stanie dostrzec tak wiele detali. Wrażenie robi szczególnie obraz niektórych dzielnic, całkowicie zniszczonych przez żywioł. Widać także, że solidne konstrukcje z cegieł czy betonu mimo wielu uszkodzeń w większości przetrwały trzęsienie oraz pożary. Takie ujęcie udało się uchwycić ponad 110 lat temu i to za pomocą prymitywnych technik! 100 lat po tym wydarzeniu, Ronald Klein zbudował dokładną replikę aparatu Lawrence'a. Mniej więcej z tej samej wysokości, lecz z wykorzystaniem helikoptera wykonana została kolejna panorama miasta. Znamienne jest, że osobą za aparatem był Mark Walsh, prawnuk George'a R. Lawrence'a! Niestety w tym wypadku nie znalazłem kopii w wysokiej rozdzielczości.

fot. Mark Walsh

Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/George_R._Lawrence
https://www.smartage.pl/trzesienie-ziemi-w-san-francisco-1906/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Trz%C4%99sienie_ziemi_w_San_Francisco_(1906)


niedziela, 12 stycznia 2020

Dmitrii Baltermants - Grief

II wojna światowa była okresem, w którym zginęły miliony osób, a przy tym dostarczyła jednak wielu ikonicznych fotografii. Sporo osób zapewne kojarzy obrazy wyzwalanych więźniów obozów koncentracyjnych, flagę na Iwo Jimie, Monte Cassino czy też pocałunek z dnia zwycięstwa. O części z nich już pisałem wcześniej na blogu. Tym razem chciałbym przyjrzeć się zdjęciu wykonanym w 1942 roku przez Dmitriego Baltermantsa. Powszechnie znane jest ono jako Grief, czyli cierpienie. 


fot. Dmitrii Baltermants


Jak doskonale wiadomo, wojska niemieckie na terenach okupowanych stosowały liczne narzędzia terroru. Często bowiem dochodziło do masowych egzekucji, podpaleń. Szczególnie tyczyło się to ludności żydowskiej, która w oczach pewnego niespełnionego kaprala nabrała znaczenia największego zagrożenia dla aryjskiej rasy. Już w czasie inwazji na Polskę w 1939 roku dochodziło do egzekucji Żydów. Przybrały one na sile wraz z atakiem III Rzeszy na Związek Radziecki. Niedługo po zajęciu Kijowa Niemcy w pobliskim Babim Jarze w kilka dni zamordowali ponad 30 tysięcy Żydów. Do podobnych zbrodni dochodziło w wielu innych miastach w ZSRR. Jedna z takich historii miała miejsce na Krymie. 

Słynny półwysep był areną jednych z najbardziej zaciekłych walk w trakcie II wojny światowej. We wrześniu 1941 roku praktycznie cały Krym z wyjątkiem Sewastopola znalazł się w niemieckich rękach. Już wtedy specjalne oddziały zajmowały się likwidacją ludności żydowskiej. Do największej masakry doszło w listopadzie, kiedy to Niemcy w okolicach miasta Kercz zamordowali w rowach przeciwczołgowych ponad 7 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Na przełomie grudnia i stycznia miała miejsce operacja desantowa kerczeńsko-teodozyjska, podczas której wojskom ZSRR udało się wyzwolić Półwysep Kerczeński we wschodniej części Krymu. To właśnie wtedy odkryto miejsce rozstrzelań. 

Wraz z wojskami znalazł się tam urodzony w Warszawie Dmitri Baltermants. Oficjalny wojskowy fotograf zastał przerażający obraz setek, tysięcy zamrożonych zwłok, wśród których błądziły kobiety w poszukiwaniu członków swych rodzin. Na pierwszym planie widzimy rozpacz dwóch kobiet, które prawdopodobnie znalazły swych mężów lub synów. Na posiadanym negatywie wiele lat po wojnie fotograf nieco przyciemnił niebo, aby całość nabrała jeszcze bardziej posępnego i przejmującego charakteru. 

Zdjęcie jednak z powodu potencjalnie zbyt dużego szoku dla opinii publicznej zostało ocenzurowane. Dopiero w latach 60. oficjalnie opublikowano je w prasie. Z miejsca stało się ono ikonicznym obrazem wojny, dla wielu dobitnie podsumowującym smutek, cierpienie, które dotknęło miliony obywateli ZSRR.

Fotografia ta została kilka lat temu umieszczona na liście 100 najważniejszych zdjęć w historii, według magazynu Time



fot. Dmitrii Baltermants


Źródła:






czwartek, 9 stycznia 2020

Pride 1985 - romans z potrzeby

Historia pokazuje, że w niektórych okolicznościach dochodzi do pewnych przymierzy, które w normalnych warunkach nie przyszłyby nam do głowy. Tyczy się to zarówno wydarzeń politycznych, społecznych jak i militarnych. Jednym z takich nieoczekiwanych układów był sojusz, jaki zawarły ze sobą w Anglii związki górnicze z organizacjami LGBT. 


fot. Colin Clews


Wielka Brytania była miejscem, gdzie rozpoczęła się wielka rewolucja przemysłowa. To właśnie tutaj prężnie działały setki kopalń węgla kamiennego, który był niezbędny dla gospodarki. Jeszcze przed I wojną światową wydobywano tu rocznie ponad 300 mln ton węgla, a w całym sektorze zatrudnionych było ponad milion osób. W owym czasie Wielka Brytania była drugim na świecie po USA wydobywcą węgla. Jednak z biegiem kolejnych dekad jej rola, jak i samego górnictwa zaczęła maleć. 

Po II wojnie światowej większość kopalń została znacjonalizowana przez rząd, a samo górnictwo zyskało liczne subsydia. Niestety w związku z ekspansją węgla z krajów bloku wschodniego brytyjski węgiel stał się mniej konkurencyjny. Już pod koniec lat 50. wydobycie spadło poniżej 200 mln ton rocznie, a setki kopalń zaczęto likwidować. W latach 70. wzrosło znaczenie ropy naftowej, gazu ziemnego, a przede wszystkim energii jądrowej. Mimo wszystko górnicy cieszyli się sporymi przywilejami, jak i posiadali silne związki zawodowe. Jeszcze w latach 70. byli w stanie swymi strajkami i protestami obalać rządy. Wszystko to jednak zmieniło się wraz z wkroczeniem na arenę Margaret Thatcher.

Żelazna Dama była przeciwna mocnej pozycji związków zawodowych, jak i dążyła do radykalnych zmian w gospodarce. Na początek zabrała się za hutnictwo, gdzie w ciągu kilku lat zatrudnienie w tym sektorze zmalało z 200 do 70 tysięcy. Zdaniem ekonomistów mimo nowoczesnych kopalń, rocznie rząd musiał dokładać do tej gałęzi gospodarki aż 250 mln funtów. Przy tym węgiel importowany do Wielkiej Brytanii był o 25% tańszy niż pozyskiwany na miejscu. W 1983 roku premier wyznaczyła Iana MacGregora na osobę odpowiedzialną za restrukturyzację górnictwa. Na początku 1984 roku zaplanowano zamknięcie 20 ze 170 czynnych kopalni, choć w planach była likwidacja kolejnych 70. To oczywiście nie spodobało się związkom zawodowym. 12 marca 1984 roku rozpoczął się ogólnokrajowy strajk, choć nie objął on wszystkich ośrodków. Głównie przebiegał on na terytorium Walii. Strajk traktowany był jako konfrontacja między górnikami a rządem. Wiadomym było, że tylko jedna strona może wyjść z tego zwycięsko. 

Protestujący górnicy oczywiście nie otrzymywali pensji. Ich sytuację można porównać nieco do ośrodków górniczych na Górnym Śląsku. W tradycyjnych rodzinach to mężczyzna był jedynym żywicielem rodziny. W takim wypadku całe rodziny pozostawały bez środków do życia. Można było to choćby zobaczyć w takich kinowych produkcjach jak Billy Elliot czy Dumni i wściekli. Zaczęto zatem tworzyć w całej Wielkiej Brytanii zbiórki na rzecz górników. I tu właśnie dochodzimy do głównej historii. Jedną z bardziej prześladowanych w latach 70. i 80. w Anglii społeczności były osoby homoseksualne. Był to czas, kiedy zaczęto mówić o HIV i AIDS, a dopiero w roku 2000 oficjalnie zniesiono zakaz publicznej manifestacji orientacji seksualnej. 

Nic zatem dziwnego, że niektórzy z aktywistów dostrzegli nieco analogiczną sytuację u górników, którzy byli brutalnie pacyfikowani przez policję podczas pikiet. Jedną z takich osób był Mark Ashton, który wraz z przyjacielem Michaelem Jacksonem w czerwcu 1984 roku założył organizację Lesbians and Gays Support the Miners. Rozpoczęli oni kwesty na rzecz rodzin górników, a wkrótce do ich akcji dołączyło kilkanaście innych grup. LGSM wspierała przede wszystkim górników z okolic walijskiego Swansea. Mimo początkowej niechęci szybko doszło do wspólnych kontaktów, jak i wizyt. Przez nieco ponad pół roku grupie udało się zebrać 22,5 tysiąca funtów (dziś ponad 67), gdzie całość trafiła do rodzin górników. 

Dosyć sporym zaskoczeniem dla wielu osób był fakt, iż podczas odbywającej się 29 czerwca 1985 roku parady równości w Londynie, na samym przodzie wspólnie ze sobą maszerowali walijscy górnicy z gejami i lesbijkami. Był to wyraz solidarności i wdzięczności za okazaną pomoc. Jeszcze tego samego roku dzięki wsparciu Krajowego Związku Zawodowego Górników do statusu Partii Pracy wpisano walkę o prawa mniejszości seksualnych. Polecam przy okazji wspomniany wcześniej film Dumni i wściekli, który bliżej przedstawia całą sytuację. 




fot. 2, 3, 4 NN



Strajk górników zakończył się w 1985 roku niepowodzeniem. Wielka Brytania w owym czasie sprowadzała nawet węgiel z Polski, dzięki czemu była w stanie zaspokoić potrzeby gospodarki. Górnikom nie tylko nie udało im się złamać Thatcher, lecz również cała sytuacja mocno odbiła się na ich sytuacji finansowej. Choć wielu z nich wróciło do pracy, to przyjmuje się, że straty w rodzinie górniczej w owym czasie wyniosły średnio 7-8 tysięcy funtów. Dla rządu cały strajk również okazał się niezwykle kosztowny, a przy tym oznaczał kolejną rewolucję przemysłową. Już kilka lat później roczne wydobycie spadło poniżej 100 mln ton. Obecnie wszystkie duże ośrodki zostały zlikwidowane, a w całym sektorze górniczym pracuje mniej niż 2 tysiące osób. Mark Ashton, który założył organizację LGSM, zmarł w 1987 roku w wyniku powikłań związanych z AIDS. 

Źródła:
https://www.vice.com/en_uk/article/exqzp4/jonathan-blake-lgsm-pride-923
https://en.wikipedia.org/wiki/Lesbians_and_Gays_Support_the_Miners
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1606627,1,jak-thatcher-rozbila-gornikow.read
https://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/480497,zamykanie-kopaln-w-wielkiej-brytanii-brytyjski-wegiel-i-margaret-thatcher.html