wtorek, 7 listopada 2017

Ludobójstwo Ormian - ocalić od zapomnienia - Armenian genocide

I wojna światowa przyniosła miliony ofiar na obu frontach. 4 lata tragicznego konfliktu wpłynęły na inne postrzeganie wojny, polityki. Gdy światowa opinia publiczna była zszokowana informacjami z pola walki, w Turcji rozpoczęło się jedno z największych ludobójstw w nowożytnej historii. Niestety do dziś w kraju, w którym doszło do takiej tragedii, próbuje się bagatelizować, wymazywać pewne fakty. Nie da się jednak zapomnieć o 1,5 mln wymordowanych Ormian!


fot. Armenian Genocide Museum


Dziś kolejny na blogu wpis, który nie będzie dotyczył historii jednej konkretnej fotografii, lecz faktów, które warto znać. 

Przez lata Imperium Osmańskie stanowiło tygiel wielu kultur i narodowości. Obok siebie mieszkali Turcy, Ormianie, Grecy oraz przedstawiciele wielu innych grup etnicznych. Przyjmuje się, że przed wybuchem I wojny światowej tereny dzisiejszej Turcji zamieszkiwało nawet blisko 30% chrześcijan. Niestety z biegiem czasu do głosu zaczęły dochodzić nastroje nacjonalistyczne. Na początku XX wieku władze w dawnym Imperium zdobyli Młodzi Turcy. Był to nacjonalistyczny ruch, który dążył do idei pantureckiej, czyli połączenia się wszystkich ludów tureckich. Wykorzystując nastroje społeczne oraz wydarzenia na politycznej mapie Europy Turcja przystąpiła do eliminacji ludności ormiańskiej. Jednym z oficjalnych powodów było rzekome wspieranie przez Ormian czy Asyryjczyków carskiej Rosji, która była w stanie wojny z Turcją. 

Choć do pierwszych aktów przemocy dochodziło już wcześniej, to jednak za oficjalny początek rzezi i prześladowań przyjmuje się 24 kwietnia 1915 roku. Wtedy to w Stambule doszło do aresztowania około 2 tysięcy przedstawicieli inteligencji Ormian. Byli to politycy, duchowni, profesorowie, nauczyciele, bogaci kupcy. Większość z nich natychmiast stracono. Od razu przystąpiono do wyniszczania ludności ormiańskiej. Władze w konkretnych regionach otrzymywały rozkazy, lecz bez specyficznych instrukcji, przez co dochodziło do praktycznej samowolki. Najpierw wymordowano mężczyzn zdolnych do oporu. Następnie przeprowadzono konfiskatę dóbr, niszczono ormiańskie świątynie. Kobiety, starcy i dzieci byli przewożeni pociągami lub pędzeni na pustynie, skąd następnie udawali się w marsze śmierci do obozów koncentracyjnych w dzisiejszej Syrii. Jeśli cudem nie zginęli z wycieńczenia, głodu, odwodnienia, to byli mordowani już na miejscu. Z przeprowadzonych wyliczeń okazało się, że często z kilkunastotysięcznych grup do celu docierało kilkadziesiąt, kilkaset osób. Wielu historyków nazwało te grupy "wędrownymi obozami koncentracyjnymi". Schemat ten może nam w pewien sposób przypominać wydarzenia podczas nazistowskiej i stalinowskiej okupacji.

fot. Armenian Genocide Museum


W Erzurum, które było dosyć silnym ośrodkiem społeczności Ormian, w 1916 roku, kiedy wkroczyły do miasta wojska rosyjskie, z 25 tysięcy przedstawicieli mniejszości ocalały jedynie 22 osoby. Takich przypadków było oczywiście znacznie więcej. Rządzący posunęli się nawet do osłabienia swej armii, albowiem pewnego dnia zdecydowali się rozbroić wszystkich Ormian służących w tureckim wojsku, a następnie wysłać ich do obozów pracy. Oczywiście praktycznie wszyscy po wykonaniu zadań zostali zgładzeni. 

Oprawcy znajdowali przeróżne sposoby mordów na ludności. Mężczyźni, kobiety i dzieci byli rozstrzeliwani, wieszani, paleni żywcem, zrzucani w przepaść, podrzynano im gardła, przebijano bagnetami. Często ludność wykorzystywana była w charakterze tarcz strzelniczych. Tym kobietom, które cudem przetrwały serie gwałtów, oferowano jedynie sprzedaż do haremów. Wiele dzieci trafiało do specjalnych sierocińców, które miały wykorzenić z nich kulturę ormiańską. Skoro już jesteśmy przy kulturze, to oprócz rabowania i niszczenia kościołów, palono księgi, wszystko, co zostało napisane w języku Ormian. Jednym z celów było całkowite usunięcie wszelkich śladów po tej ludności. 

Zdarzały się oczywiście próby obrony przed Turkami, jak choćby w Musa Dagh, gdzie 5 tysięcy Ormian walczyło w górach przeciwko wojskom tureckim. Były to jednak odosobnione przypadki. Większość osób, których rodziny żyły od pokoleń w Turcji, nie wierzyło, że grozi im jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Ten typ myślenia zemści się również na innym narodzie niecałe 30 lat później.  

fot. Armenian Genocide Museum


Przyjmuje się, że do 1917 roku wymordowanych zostało 1,5 miliona Ormian. Dalsze pogromy trwały jeszcze w latach 20. Szacuje się, że liczba Ormian w Turcji spadła z 2,1 miliona w 1912 do jedynie 150 tysięcy w 1922 roku. Ci, którym udało się przeżyć ludobójstwo, rozjechali się po całym świecie. Przyczynili się do powstania światowej diaspory ormiańskiej, która obecnie liczy kilka milionów osób. Mimo wielu prób Turkom nie udało się unicestwić tego małego, lecz dumnego narodu. Jak napisał William Saroyan: "Gdy gdziekolwiek na świecie spotka się dwóch Ormian, zobacz, czy nie tworzą Nowej Armenii". 

Nie możemy przy okazji zapominać, że w tym samym czasie nastąpiło ludobójstwo Asyryjczyków. Według szacunków w okresie I wojny światowej zginąć mogło między 500 a 750 tysięcy Asyryjczyków. 

Niestety do dziś rząd turecki stara się utrzymywać, że obie te sytuacje nie niosły znamiona ludobójstwa. Przez lata oficjalną wersją była epidemia chorób zakaźnych. Nawet dziś poruszanie tego tematu może wiązać się z więzieniem, represjami. Mimo to wiele krajów na świecie uznało ludobójstwo Ormian, a liczba rządów, które uczyniły to samo w stosunku do Asyryjczyków stale rośnie. Aktualnie stosunki dyplomatyczne na linii Armenia - Turcja pozostają chłodne bądź napięte. 

Do dziś ten tragiczny okres pozostaje drugim najlepiej opisanym ludobójstwem w historii. Niestety miał wpływ na to, co się wydarzyło przy okazji kolejnego światowego konfliktu. Żaden ze sprawców nie został ukarany, a kraje ówczesnej Ententy traktowały w międzywojniu Turcję jako swego sojusznika. Sytuację tę wykorzystali naziści, którzy doszli do wniosku, że zagłada Żydów również ujdzie im na sucho, pozostanie tajemnicą. Tak też narodził się holokaust. 

Takie historie uczą nas, że nie możemy pozostawać obojętni wobec zbrodni jednych narodów wobec drugich. Skoro boimy się lub odwracamy wzrok, to skąd możemy być pewni, że kiedyś nie spotka nas dokładnie taka sama sytuacja. To samo tyczy się nie tylko narodów, lecz pojedynczych jednostek. Nie ma nic gorszego niż obojętność, udawanie, że czegoś nie ma. 

Źródła:
http://www.mysl-polska.pl/461
https://dorzeczy.pl/27630/Ks-Tadeusz-Isakowicz-Zaleski-W-czasie-ludobojstwa-Ormian-Turcy-mordowali-nawet-wlasnych-zolnierzy.html
https://www.wprost.pl/tylko-u-nas/10056000/Zbrodnia-ktora-nie-wstrzasnela-swiatem-Mocarstwa-byly-zajete-wojna-gdy-wymordowano-poltora-miliona-ludzi.html
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludob%C3%B3jstwo_Ormian
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludob%C3%B3jstwo_Asyryjczyk%C3%B3w





piątek, 13 października 2017

Granice publikacji - Super Express i Waldemar Milewicz

Śmierć Waldemara Milewicza w Iraku w 2004 roku była ogromnym szokiem dla opinii publicznej. Nagle zginął człowiek, którego mogliśmy latami podziwiać na ekranach telewizorów. Niestety nie mniejszy szok przeżyliśmy, gdy na okładce Super Expresu znalazło się zdjęcie martwego reportera. W kraju wybuchła burza, która wywołała debatę na temat granic publikacji. Dziś trochę powrócimy do tamtych wydarzeń.


zdjęcie z szacunku dla dziennikarza celowo edytowane 

Waldemar Milewicz to jeden z najbardziej pamiętnych dziennikarzy w historii polskiej telewizji. Charakterystyczny głos, typowa kurtka, w której zwiedził wiele konfliktów i niebezpiecznych miejsc, były jego znakami rozpoznawczymi. Reporter nie bał się wyjeżdżać na sam front. Podczas pracy dziennikarskiej znalazł się między innymi w Czeczeni, Iraku, Rwandzie, Afganistanie, Haiti, byłej Jugosławii. Do dziś pamiętam, gdy jako dzieciak oglądałem jego wejścia na żywo podczas głównych wydarzeń Wiadomości czy reportaże z cyklu Dziwny jest ten świat - był to solidny kawał reporterskiej roboty, z którego zapewne i po części dziś korzystam na blogu. 

W 2004 roku ponownie wybrał się do Iraku. Była to zupełnie inna wizyta niż za pierwszym razem. Debiut w Iraku polegał na śledzeniu postępów międzynarodowej koalicji w walce z Saddamem Husajnem. Kilka miesięcy po inwazji nastroje stały się zupełnie inne, a celem ataków bombowych, samobójczych stawali się nie tylko żołnierze, lecz także dziennikarze. Jak sam zapisał w konspekcie swego nowego reportażu: „Jadę tam po to, aby pokazać prawdziwy obraz sytuacji w Iraku. Chcę pokazać prawdziwy obraz irackiego ruchu oporu. Przekonać się, kim naprawdę są ludzie dokonujący zamachów na wojska koalicji”. 

Milewicz wraz z kolegami 7 maja 2004 roku wyruszył samochodem spod hotelu Palestyna w Bagdadzie przez Babilon do Nadżafu. Była to niestety zła i słabo chroniona droga. Samochód specjalnie został oznakowany tabliczką PRESS, która zazwyczaj dawała ochronę podróżującym. W Iraku okazało się, że będzie wręcz odwrotnie - zaczęło się polowanie na dziennikarzy. Pojazd został nieoczekiwanie ostrzelany z broni maszynowej. Dziennikarz i jego montażysta Mounir Bouamrane zginęli na miejscu, natomiast operator kamery Jerzy Ernst został ciężko ranny. 

Niestety Waldka Milewicza szczęście nagle opuściło. Do dziś nie wiadomo, jaki był dokładnie powód zamachu. Pojawiły się nawet informacje o tym, że pomylono go z innym Waldemarem Milewiczem, handlarzem bronią. Śledztwo zostało umorzone, przez co zapewne nigdy nie dowiemy się prawdy.

Momentalnie od informacji z Iraku wszystkie liczące się stacje i gazety zaczęły tworzyć newsy, wspominać reportera. Wkrótce na światło wypłynęło zdjęcie ukazujące ciało Milewicza. Wszyscy zgodnie uznali, że jego publikacja byłaby nie na miejscu. Oczywiście wszyscy z wyjątkiem Super Expressu. Na okładce sobotniego wydania gazety wydrukowana została fotografia dziennikarza w ostrzelanym samochodzie. Od razu wywołała burzę, gdyż przekroczono pewne granice dobrego smaku. 

Grupa wielu czołowych dziennikarzy wystosowała w związku z tym list:

My dziennikarze podpisani pod tym listem jesteśmy oburzeni publikacją Super Expressu, który zamieścił, na pierwszej stronie, szokujące zdjęcie ciała naszego kolegi Waldemara Milewicza, zabitego przez zamachowców w Iraku. Uważamy, że wykorzystywanie przez wszelkie media ludzkiej tragedii w celach marketingowych, promocyjnych czy politycznych jest obrzydliwe i poniżające, niegodne naszego zawodu. Nikt z nas nie chce, by nasze, czy naszych kolegów pośmiertne zdjęcia, służyły komuś do podnoszenia nakładu pism i brutalnego zarabiania pieniędzy. 

Co jest niezwykle istotne, nawet dziennik Fakt znany z wielu kontrowersyjnych akcji, nie zdecydował się na podobny krok - wiele to świadczyło i nadal świadczy o niskim poziomie SE, który z dziennikiem ma mało wspólnego; już mu bliżej do brukowca, ze szczególnym uwzględnieniem słowa BRUK. Oczywiście w dobie wolności mediów dziennik nie spotkał się z większą karą. 

Dochodzimy zatem do sedna dzisiejszego wpisu - gdzie są granice publikacji? Nie da się ukryć, że często ze względów etycznych wiele informacji czy obrazów jest poddawanych cenzurze, specjalne pomijanych przez TV czy prasę. W przypadku zamachów, katastrof naturalnych nic chyba nie robi tak dużego wrażenia, jak zdjęcia ofiar. Jednak zwykle są one odpowiednio dobrane, aby uszanować zmarłych. Często właśnie odwaga redaktorów naczelnych w zakresie publikacji zdjęć sprawiała, że mogliśmy bliżej poznać wiele wydarzeń. Co innego w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z konkretną osobą wraz z zaprezentowaniem jej twarzy. Tak mieliśmy przy śmierci Milewicza czy też w czasie, gdy zdjęcia umierającej księżnej Diany znalazły się na okładkach tabloidów. 

Moim zdaniem w przypadku kanałów komercyjnych jak okładki gazet i czasopism nie powinno być miejsca na takie wykorzystywanie zdjęć. Od tego jest dziś sieć, gdzie bez trudu znajdziemy takie obrazy. Jednak różnica leży w tym, iż możemy je odnaleźć, nie są nam narzucane z góry. 

A jakie jest Wasze zdanie na temat granic publikacji?




Źródła:
http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1579223,1,w-10-rocznice-smierci-waldemara-milewicza.read
http://www.newsweek.pl/polska/to-taka-smiertelna-robota,19847,1,1.html
http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/milewicz-zginal-bo-pomylono-go-z/elme0fz
http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/skandaliczna-okladka-super-expressu





wtorek, 10 października 2017

(Nie) chce się żyć!

Jeśli miałbym komuś polecić listę polskich filmów wartych zobaczenia, to z pewnością znalazłoby się na niej ,,Chce się żyć" w reżyserii Macieja Pieprzycy. Według mnie jest to jeden z najlepszych i najpiękniejszych filmów ostatnich lat. W rewelacyjny sposób przedstawia historię chłopaka, który dla wszystkich był rośliną, choć w swoim kruchym i wątłym ciele miał coś, co z czasem zadziwiło wszystkich. Niestety w związku z tym filmem doszło do pewnego nieprzyjemnego wydarzenia, które stanowić będzie temat dzisiejszego wpisu.


Fot.: Piotr Grzybowski


Maciej Pieprzyca poświęcił ponad 4 lata na tworzenie swego filmu. Reżyser zainspirował się filmem dokumentalnym ,,Jak motyl" Ewy Pięty. Opowiadał on historię Przemka Chrzanowskiego, który większość swego życia spędził w domu opieki. Przez lekarzy uznawany był za ciężko upośledzonego fizycznie i psychicznie, a także niezdolnego do normalnego myślenia. Przez lata wszelkie jego próby kontaktu ze światem traktowane były jako ataki padaczki. Dopiero jedna z opiekunek zauważyła coś, co wydawało się niemożliwe. W krótkim czasie Przemek nauczył się języka Bliss złożonego z tysięcy symboli. Chłopak za pomocą mrugnięć lub dźwięków zaczął wskazywać znaki dotyczące konkretnych słów. Od tego momentu zaczął porozumiewać się ze światem. Był to prawdziwy fenomen. O chłopcu artykuł napisał Super Express, potem ukazał się film dokumentalny. Niestety kilka minut sławy minęło i chłopak wciąż pozostawał zamknięty w swym małym świecie. 

Wszystko po części się zmieniło lub miało się zmienić wraz z premierą ,,Chce się żyć". Maciej Pieprzyca zainspirowany losem chłopca, postanowił bliżej przyjrzeć się temu zagadnieniu. Odwiedzał liczne ośrodki, rozmawiał z rodzicami upośledzonych dzieci. Dzięki temu poznał Sebastiana, Szymona i kilku innych chłopców, których losy postanowił poniekąd ukazać w swym filmie. Ponieważ Przemek był niezwykle zaciekawiony pracami nad filmem, reżyser postanowił wprowadzić z nim ujęcia podczas napisów końcowych, gdzie chłopak spotyka się z Dawidem Ogrodnikiem, odtwórcą głównej roli. Ten fakt mógł sprawić, że wszyscy pomyśleli, iż film jest właśnie o Przemku. Mimo kilku podobieństw, w rzeczywistości więcej dzieli filmowego Mateusza od chłopaka. Mateusz jest sprawniejszy fizycznie, do ośrodka trafił dopiero w wieku kilkunastu lat (Przemek jest w nim od 8. roku życia), a także jest bardziej optymistycznie nastawiony do życia.  

W pewnym momencie ukazał się artykuł w Super Expresie, w którym mama Przemka żaliła się, że reżyser wykorzystał jej syna, zarobił na nim wielkie pieniądze i nie przekazał obiecanego komputera i nowoczesnego wózka. Na domiar złego chłopak nie dostał zaproszenia na premierę filmu. W pewnym momencie w sieci na reżysera wylane zostało wiadro pomyj, a sam Maciej Pieprzyca ponoć popadł w depresję. W udzielonych wywiadach niejednokrotnie wspominał, że żadnych obietnic nie składał, Przemek wraz z mamą dostali od niego imienne zaproszenia na premierę, a sam chłopak miał otrzymać kilka tysięcy złotych na zakup niezbędnego sprzętu. Ponadto dopiero z gazety twórca filmu dowiedział się, że są jakieś kłopoty, nieporozumienia. 

Trudno jest tutaj dokładnie wskazać, jak wyglądała z tym sprawa, choć wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby SE specjalnie przekręcił słowa, stworzył nieprawdziwe informacje - w końcu nastawiony jest na sensację. Do dziś pamiętam oburzającą okładkę ze zdjęciem martwego Waldka Milewicza. 

W opublikowanym artykule w SE ponoć Przemek żalił się, że został wykorzystany, poczuł się jak szmaciana lalka. Mimo optymistycznego tytułu, jemu nie chce się żyć. Czuję się opuszczony, samotny. Nie da się ukryć, że jest to ciemna strona nie samego filmu, ale polskich realiów. Bez odpowiedniego i stałego źródło dofinansowania, chłopak nie ma szans na rozwój. Jak i inne osoby przeżył swe 5 minut sławy, lecz został zapomniany. Niestety poszukiwania na Google informacji o Przemku kończą się na 2013 roku, przez co jego historia wydaje się być odstawiona na boczny tor. 

,,Chce się żyć" to film, który z pewnością mógł zmienić i zmieni nastawienie wielu osób do niepełnosprawności. Chyba po raz pierwszy w naszej kinematografii ktoś tak blisko i dokładnie zetknął nas z postacią, która zupełnie odbiega od typowego głównego bohatera. Produkcja pełna smutku, ciepła, radości niesie ze sobą sporą dawkę emocji, jak i uczy nas, że nasze codzienne problemy, sprawy nie są tak istotne. Gdyby taki film powstał w Hollywood, to z pewnością zgarnąłby cały worek najważniejszych nagród filmowych.

Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał, to polecam na wieczór z rodziną, drugą osobą.


Źródła:
http://www.newsweek.pl/polska/chce-sie-zyc-o-porazeniu-mozgowym-film-macieja-pieprzycy,artykuly,273793,1.html
http://www.se.pl/wiadomosci/polska/filmowcy-mnie-wykorzystali-wykorzystano-niepelnosprawnego-przemka_362060.html
http://natemat.pl/79729,maciej-pieprzyca-niczego-nie-obiecywalem-tworca-filmu-chce-sie-zyc-odpowiada-na-zarzuty-bohatera-filmu



wtorek, 26 września 2017

Powieśmy słonia, czyli ludzkie okrucieństwo w czystej postaci

Niestety ludzkie okrucieństwo wobec zwierząt jest czymś, co towarzyszy nam od dziejów i niestety będzie nadal obecne w naszym świecie. Przez wieki dopuszczaliśmy się różnych barbarzyńskich metod, które doprowadziły do wyginięcia lub bliskiego unicestwienia wielu gatunków zwierząt. Zazwyczaj o wielu takich rzeczach się nie mówi. Dziś zaprezentuję wydarzenia, do których doszło 100 lat temu w Stanach Zjednoczonych.

fot. nn


Zanim na świecie pojawiła się telewizja, internet, jednym z podstawowych źródeł rozrywki, miejscem, w którym można było zobaczyć popisy kaskaderskie, egzotyczne zwierzęta, był cyrk. Przełom XIX i XX wieku to wspaniała era grup cyrkowych, które przyciągały na swe występy setki, tysiące ludzi z wsi i miasteczek. Jedną z takich ekip było Sparks World Famous Shows. Ta amerykańska grupa była jedną z najpopularniejszych na początku XX wieku, a dzięki rozwojowi kolei mogła dotrzeć do wielu mniej dostępnych miejscowości w Stanach Zjednoczonych.

Już w tamtym czasie Charlie Sparks był jedną z najbardziej znanych i szanowanych postaci w świecie cyrkowym. Z biegiem lat udało mu się stworzyć grupę cyrkową, której cały dobytek mieścił się w 15 wagonach kolejowych. Niewątpliwie największą ozdobą cyrku była Mary. Ta 5-tonowa słonica indyjska reklamowana była jako „Największe zwierze na Ziemi”. Znana byłą z tego, że była większa niż Jumbo – największy słoń konkurencyjnego cyrku. Widzowie tłumnie przybywali na pokazy, gdzie wykonywała przeróżne sztuczki: stawała na głowie, grała na instrumentach muzycznych czy w baseball.

Wszystko to miało się zmienić pewnego wrześniowego dnia 1916 roku. Sparks zatrudnił do opieki nad słoniami nowego pracownika. Walter Eldridge nie miał wcześniej styczności z tak dużymi zwierzętami. Od samego dyrektora i kilku innych pracowników otrzymał wytyczne, iż ma się niezwykle ostrożnie obchodzić ze zwierzętami. Któregoś dnia idąc z nimi do wodopoju, popełnił śmiertelny błąd. Mary zauważyła nagle kawałek arbuza, po którego zdecydowała się sięgnąć. Mężczyzna nieroztropnie szarpnął słonicę za ucho hakiem na wysięgniku. Ta rozsierdzona chwyciła go trąbą, rzuciła o ziemię, a następnie roztrzaskała czaszkę jedną ze swych nóg.

Przerażony i jednocześnie rozgniewany tłum ruszył na zwierzę w celu linczu. Lokalny kowal próbował nawet zastrzelić słonia z dubeltówki, jednak gruba skóra odporna była na działanie śrutu. Sparksowi udało się uspokoić zwierzę, aczkolwiek wieść o morderczym słoniu szybko rozprzestrzeniła się po okolicy. Zazwyczaj w takich sytuacjach słoń zostaje sprzedany do innego miejsca, jednak zła sława z pewnością uniemożliwiłaby tę czynność. Na domiar złego lokalna prasa podchwyciła temat, nazywając słonia „Morderczą Mary”, jednocześnie przypisując jej inne zbrodnie. Wszystko to wpłynęło na fakt, iż wiele miejscowości jednoznacznie zakazało wstępu grupie z takim słoniem.

Właściciel cyrku, który doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji finansowych, podjął się jedynej dla niego słusznej wersji – należy zabić Mary! Było to dla niego jednak trudne zadanie. Po pierwsze, słonica była w jego cyrku przez blisko 20 lat, przez co dosyć mocno zżył się ze zwierzęciem. Po drugie, ciężko było znaleźć sposób jej uśmiercenia. Broń okazała się nieskuteczna, zwierzę wyczułoby truciznę w jedzeniu. W końcu zdecydowano się na bardzo bestialski sposób, a mianowicie powieszenie słonia.

W okolicy znaleziono wielki dźwig kolejowy, który miał posłużyć za narzędzie egzekucji. 13 września Mary została przewieziona koleją do pobliskiego miasta Erwin. Tam na publiczną egzekucje czekało ponad 2500 osób. Słonica podejrzewała coś złego, zawodząc całą drogę do miejsca stracenia. Inne słonie cyrkowe zostały zabrane w odosobnione miejsce. Nogi zwierzęcia zostały przykute łańcuchami do torów. Następnie założono jej na szyję wielką pętlę. Gdy dźwig uniósł Mary, okazało się, że zapomniano o łańcuchach! Świadkowie wspominali o dźwięku rozrywanych ścięgien, a następnie łamanych kości, gdy lina pękła. Oszołomiony słoń czekał w bólu na drugą próbę, która już „na szczęście” okazała się pomyślna. Po kilku minutach Mary uduszona została za pomocą drugiej liny z dźwigu. Następnie jej ciało zostało zakopane nieopodal toru.

Nie da się ukryć, że był to przykład jednej z najbardziej bezsensownych zbrodni i egzekucji w dziejach. Dobitnie pokazuje, do czego zdolni są ludzie, zwłaszcza w przypadku zwierząt.

Jedynym pozytywem w całej historii jest fakt, iż mieszkańcy Erwin z czasem zdali sobie z tego niepochlebnego czynu. Dziś znajduje się w mieście specjalny rezerwat dla słoni i innych zwierząt cyrkowych, które mogą tam w spokoju dożyć reszty swych dni.

Źródła: https://cozahistoria.pl/egzekucja-slonicy-mary-kuriozalny-wyrok

http://altereddimensions.net/2016/the-town-that-hanged-an-elephant-the-macabre-story-behind-murderous-marys-dreadful-execution

http://themoonlitroad.com/murderous-mary/









sobota, 9 września 2017

Kuźnia Raciborska - leśne piekło

25 lat temu, 26 sierpnia 1992 roku w lasach w okolicy Kuźni Raciborskiej doszło do wybuchu największego pożaru w powojennej historii Polski. Miejsce na co dzień zielone, pełne życia, zamieniło się w piekło. Błyskawiczna akcja pożarnicza niestety nie przyniosła skutku. Straty, jakie wtedy zanotowano, są do dziś widoczne w tym regionie. 


fot. Gazeta Wyborcza


26 sierpnia 1992 roku około godziny 13:42 pociąg towarowy jadący do Częstochowy, przyhamował dwa kilometry za Kuźnią Raciborską. Wydobywające się spod kół iskry zapaliły pas przeciwpożarowy wzdłuż torów. Ogień szybko został dostrzeżony z okolicznych wież. Na miejscu zjawiły się pierwsze jednostki straży. Niestety już w tym momencie miał on trzy źródła i zajmował pasy o długości większej niż 3000 metrów. Pożar zaczął się niezwykle szybko rozprzestrzeniać. Mieliśmy wtedy do czynienia z niezwykle upalnym i suchym latem, a ostatnie opady deszczu zanotowano w maju. Wszystko nagle działało na niekorzyść strażaków. Kilkunastocentymetrowa warstwa ściółki była niczym podpałka, specjalne zbiorniki wodne wyschły, na domiar złego wiał silny wiatr. Okoliczne lasy zdominowane były przez sosny i świerki. Gdy ogień sięgał korony drzew, prześlizgał się z łatwością z jednego szczytu na drugi. W taki oto sposób powstał jeden z największych pożarów w Europie Środkowej. 

Już dzień później łuna ognia widoczna była z Kędzierzyna-Koźla, a wielu mieszkańców okolicznych miejscowości, w tym nawet Katowic musiało obcować z zapachem dymu. W ciągu 24 godzin na miejscu zjawiło się ponad 3 tysiące strażaków, a w akcji gaśniczej brały udział samoloty i helikoptery. Były one jednak przestarzałe i bezużyteczne, gdyż brak komunikacji radiowej i koordynacji doprowadzał do zrzucania wody na oślep przez pilotów. To samo tyczyło się sprzętu gaśniczego. Lokalne wozy strażackie często miały po kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Strażacy korzystali ze sprzętu, odzieży pamiętającej czasy PRL-u. Węże pękały pod wpływem gorąca, ludzie narzekali na przepalone buty, brak zaopatrzenia. Większość strażaków do akcji wyruszyło z marszu, bez wody, prowiantu. Na pomoc przybyło wojsko, które buldożerami i czołgami budowało wały ziemne. To wciąż jednak było za mało. W niektórych miejscach atmosfera grozy napędzana była przez detonacje niewybuchów z czasów II wojny światowej. 

30 sierpnia pożar objął ponad 8 tysięcy hektarów, a jego obwód wynosił 120-130 km. Zagrożone stały się zbiorniki paliwa na przedmieściach Kędzierzyna. Na całe szczęście tego dnia wiatr zmienił kierunek i zaczął wiać w stronę już spalonych terenów. Był to kulminacyjny moment, w którym to strażacy sami przyznawali, że już nie bronią się przed, lecz walczą z ogniem. Tydzień po wybuchu pożaru wreszcie zaczął padać deszcz, który znacząco ułatwił akcję przeciwpożarową. Do tego czasu spaleniu uległy 9062 hektary lasu. Dzięki ofiarnej akcji strażaków, żołnierzy i ochotników uratowano dalsze 40 tysięcy przed zniszczeniem. Akcja gaśnicza została uznana za zakończoną dopiero po 26 dniach! 

Leśnicy wkrótce przystąpili do prac odnowieniowych. Do roku 1997 posadzili ponad 60 milionów drzew i krzewów. Większość z nich jednak się nie przyjęła. Do dziś nie udało się przywrócić równowagi i stanu leśnego sprzed pożaru. Na wielu zdjęciach po 20-25 latach, które można znaleźć w sieci, ewidentnie widać miejsca objęte kiedyś niszczycielskim żywiołem. Straty poniosła również fauna. Wielu strażaków wspominało o martwych sarnach i jeleniach, którym nie udało się uciec przed ogniem. Sporo z nich należało dobijać, aby skrócić ich cierpienia. 

Podczas akcji gaśniczej zginęło niestety dwóch strażaków. Miało to miejsce już pierwszego dnia. Około godziny 16:00, kilka wozów strażackich znajdowało się w głębi lasu. Strażacy gasili ogień po jednej stronie drogi, gdy nieoczekiwanie ogień szybko pojawił się po ich przeciwnej stronie. Wkrótce objął on cztery pierwsze wozy; piątemu na całe szczęście mimo płonących opon udało się wycofać. Panowało tam istne piekło, przeszło 900 stopni Celsjusza. Temperatura była tak wysoka, iż w pewnym momencie z trudem można było oddychać. Strażacy nie mieli innego wyjścia, jak biec przed siebie, często w ogień. Na szkoleniu uczono, że trzeba przezwyciężyć strach i skoczyć w ogień, gdyż tuż za nim panować będzie niższa temperatura. Mimo mniejszych lub większych oparzeń liczyło się przeżycie. 

Szczęście opuściło dwóch strażaków. Andrzej Kaczyna zdecydował się schronić w jednym z wozów. W pewnym momencie słyszano w radiostacji, jak krzyczał: „Tu jest cholerny ogień! Cholerny ogień!”. Po przejściu fali ognia znaleziono go skulonego w kabinie. Widok spalonej skóry na plecach do samych kości musiał być z pewnością przerażający dla jego kolegów. Andrzej Malinowski ruszył z kolei w stronę ognia. Ze strażaka prawie nic nie zostało. Jego kask uległ stopieniu, ocalała jedynie metalowa sprzączka od paska. 

Pożar w Kuźni Raciborskiej był ogromną katastrofą, gdzie straty i koszty akcji wyliczono na ponad 700 milionów złotych. Skala ogromnych zniszczeń okazała się przestrogą dla innych. Od tego czasu zmieniono wiele procedur zarówno w leśnictwie jak i straży pożarnej. Dziś dysponujemy nowoczesnym systemem ratownictwa i sprzętem. Eksperci jednak nie wykluczają, że podobny pożar również i dziś mógłby okazać się poważną katastrofą. 

fot. Dziennik Zachodni 


Źródła:
http://www.dziennikzachodni.pl/wiadomosci/a/25-lat-po-wielkim-pozarze-lasow-w-kuzni-raciborskiej-zobaczcie-niezwykly-film-dokumentalny,12395919/
http://katowice.wyborcza.pl/multimedia/kuznia/kuznia-raciborska/_0




piątek, 25 sierpnia 2017

Ron Haviv - Bijeljina

Kiedy na początku lat 90. ubiegłego wieku oczy całego świata zwrócone były na upadający Związek Radziecki, na Bałkanach narodził się konflikt, który wkrótce okazał się najbardziej krwawym w Europie od zakończenia II wojny światowej. Kilkuletnia wojna przyczyniła się do śmierci ponad 100 tysięcy osób, a znacznie więcej odniosło rany, zostało bez dachu nad głową. Porachunki między grupami etnicznymi doprowadziły do wielu zbrodni wojennych. Część z nich zostało określonych mianem ludobójstwa. Jedna z takich sytuacji miała miejsce w miejscowości Bijeljina.


fot. Ron Haviv


Rozpad Jugosławii stawał się faktem. Po kolei dawne republiki wchodzące w skład wielkiego socjalistycznego państwa, ogłaszały swą niepodległość. Problemem był fakt, iż często grupy etniczne przemieszane były między sobą, a przekrój ludności wyglądał niczym wielowarstwowe ciasto. W wyniku tego zarówno Serbowie, Bośniacy, Chorwaci czy Albańczycy pragnęli należeć do własnego państwa. Kolejnym punktem zapalnym były różnice kulturowe, religijne. Nagle dawni sąsiedzi stawali się wrogami, a brak regularnych armii, kontroli nad wojskiem doprowadzał do wielu tragicznych wydarzeń.

We wrześniu 1991 roku bośniaccy Serbowie ogłosili powstanie Serbskiego Autonomicznego Obwodu z Bijeljiną jako swoją stolicą. Oczywiście taki ruch nie spodobał się lokalnym Bośniakom, którzy stanowili ponad 50% mieszkańców miasta. Przeprowadzone zostało referendum częściowo zbojkotowane przez Serbów, a także blokowane przez lokalne władze. Wynik oczywiście nie spodobał się ludności serbskiej, która przystąpiła do działania. Bijeljina była w owym czasie niezwykle istotnym punktem na mapie, skąd można było kontrolować sporą cześć regionu, szlaki komunikacyjne.

1-2 kwietnia miasto zostało otoczone przez jednostki JNA (Jugosławiańskiej Armii Ludowej). Ponieważ było bronione zaledwie przez kilkudziesięciu policjantów, rezultat starcia mógł być tylko jeden. Niestety Serbowie nie poprzestali na samym zwycięstwie. Przez najbliższych kilkanaście godzin miały miejsce liczne morderstwa Bośniaków, gwałty, grabieże. Zabijani byli także Serbowie, których podejrzewano o brak lojalności wobec władzy. Dokładna liczba ofiar nie jest znana. Początkowo sądzono, że mogło ich być ponad tysiąc, jednak późniejsze badania wskazały, że w tym czasie zginąć mogło między 48 a 78 osób. Nie są to jednak dokładne dane, dlatego faktyczna liczba zamordowanych cywili mogła być znacznie wyższa. 

Przeprowadzone oględziny zwłok wykazały, że wiele z ofiar zostało postrzelonych z bliskiej odległości w głowę, usta, klatkę piersiową. Sporą grupę stanowili przedstawiciele elit, duchowieństwa - niestety nasuwają się tu na myśl działania Niemiec i Związku Radzieckiego z czasów II wojny światowej. Przez kilka następnych miesięcy w całym regionie zabitych zostało wielu mieszkańców. W mieście zburzono wszystkie 9 meczetów. Nastąpił także exodus Bośniaków, czego dowodem był fakt, iż po zakończeniu wojny z blisko 30 tysięcy przedstawicieli tej narodowości, w Bijeljinie żyło ich mniej niż 3 tysiące. 

W czasie ataku na miasto serbskim jednostkom towarzyszył fotoreporter Ron Haviv. Amerykaninowi udało się uzyskać zgodę na dostęp do Tygrysów Arkana, czyli niezwykle znanej wtedy formacji paramilitarnej pod dowództwem Željko Ražnatovicia. W czasie wojny urosła ona do ponad 10 tysięcy członków i była odpowiedzialna za liczne pogwałcenia międzynarodowych konwencji. Haviv miał jednak zakaz fotografowania scen śmierci. Oczywiście fotograf go nie posłuchał, czego dowodem było tytułowe zdjęcie. Przedstawia ono jednego z członków Tygrysów, który kopie w głowę martwą Bośniaczkę. Widać na nim okrucieństwo ze strony Serbów, którzy dopuścili się w mieście, zdaniem niektórych aktów ludobójstwa, pogwałcenia wszelkich konwencji. To najlepszy symbol tego, co zdarzyło się na terenie Bośni i Hercegowiny. 

Zdjęcie Haviva tydzień później ukazało się na łamach Time. Przyczyniło się ono do międzynarodowej debaty, która jednak, jak to zwykle bywa, do niczego nie doprowadziła. Wojna dopiero się rozpoczynała i miała pochłonąć znacznie więcej istnień. Haviv w regionie stał się persona non grata, a Ražnatović wpisał go na listę śmierci. Do dziś sprawcy masakry z małymi wyjątkami, nie zostali osądzeni. 

Warto na koniec dodać, iż niestety obie strony dopuszczały się podobnych działań. Z racji ilości ofiar oraz szerszego dostępu do informacji, to właśnie zbrodnie Serbów są najbardziej znane. 

Źródła: 
http://100photos.time.com/photos/ron-haviv-bosnia
https://en.wikipedia.org/wiki/Bijeljina_massacre



niedziela, 16 lipca 2017

Grobowiec świetlików

Przez ostatnie kilka lat, w związku z trwającym konfliktem w Syrii, mogliśmy być i nadal jesteśmy świadkami ogromnych cierpień ludności cywilnej. Obrazy martwych lub rannych dzieci tylko uświadamiają nas, że podczas konfliktów zbrojnych to właśnie cywile są niezwykle narażeni na straty. Tak niestety było, jest i będzie. Dowodem tego jest dosyć często publikowane zdjęcie japońskiego chłopca z końca II wojny światowej. 


fot. Joe O’Donnell


Wraz ze zdobyciem Iwo Jimy i Okinawy, Amerykanie stanęli przed arcytrudnym zadaniem - inwazją na Japonię. Z perspektywy zachowanych dokumentów z obu stron wynika, że walki skończyłyby się ogromną rzezią. Japończycy wierzący święcie w cesarza i swój kraj, byli skłonni oddać swe życie w imię ojczyzny. Plany zakładały nawet wykorzystywanie żółwi do walki z amerykańskimi czołgami. Nie chodzi tu jednak o popularne gady, lecz dzieci obwiązane granatami i dynamitem, które miały wpełzać pod alianckie maszyny, a następnie detonować w samobójczej misji. Dowodzi to ogromnej determinacji i szaleństwa Japończyków. Dlatego też zdecydowano się na wykorzystanie bomb atomowych. Ich użycie było według mnie złem koniecznym. Złamało ducha i opór Japończyków, uratowało potencjalnie znacznie więcej istnień, lecz przyczyniło się do ogromnych zniszczeń, traumy czy też zmian na świecie. 

Podczas obu ataków zginęły dziesiątki tysięcy ludzi. Niestety w większości byli to cywile. Dwa miasta zostały praktycznie doszczętnie zniszczone. Wiele ocalałych osób cierpiało na poparzenia, choroby popromienne. Sami Amerykanie byli zaskoczeni wielką mocą swych bomb. Był to dopiero początek dramatu, gdyż spora część narodu cierpiała na niedożywienie spowodowane działaniami wojennymi. Warto choćby przytoczyć, że tylko sam dywanowy nalot na Tokio w nocy z 9 na 10 marca 1945 roku zakończył się śmiercią około 120 tysięcy osób! Wraz z zakończeniem wojny Amerykanie musieli nieść sporą pomoc swym niedawnym wrogom. Wtedy też do Kraju Kwitnącej Wiśni przybył Joe O’Donnell. 

Był on fotografem pracującym dla Białego Domu, którego zadaniem było dokumentowanie zniszczeń wojennych, wpływu bomb atomowych na mieszkańców obu miast. Pewnego dnia w Nagasaki był świadkiem sceny, która została utrwalona na opisywanym zdjęciu. W różnych miejscach miasta tworzone były prowizoryczne krematoria do palenia zwłok ofiar wojennych. Przy jednym z nich zauważył około 10-letniego chłopca niosącego na plecach młodszego brata lub siostrę. Ponieważ był to popularny widok w Japonii, uznał, że młodsze dziecko z odchyloną głową po prostu śpi. Po bosych nogach oraz całej sytuacji można wnioskować, że stracili całą rodzinę i nie mieli za wiele przy sobie. Starszy chłopiec stał niczym żołnierz na baczność przez około 10 minut, dopóki nie podeszło do niego dwóch pracowników krematorium. Wtedy nagle fotograf uświadomił sobie, że drugie dziecko jest martwe. 

Delikatnie zabrali malca z pleców chłopca, po czym ułożyli je na stosie kremacyjnym. Jak sam O’Donnell po latach stwierdził, przez cały proces palenia zwłok chłopiec pozostał w tej samej pozie. Jego dramat można było zaobserwować tylko przez zaciśniętą dolną wargę, z której sączyła się krew. Świadczy to o tym, że w kulturze nastawionej wtedy na brak emocji, niezwykle trudno było mu powstrzymać gniew, bezsilność, rozpacz. Według fotografa, chwilę po kremacji mały Japończyk odwrócił się i poszedł w nieznanym kierunku. Do dziś nie poznano jego tożsamości. 

Specjalnie nazwałem ten artykuł Grobowcem świetlików, albowiem tak też nazywa się słynna animacja z 1988 roku w reżyserii Isao Takahaty. Opowiadająca losy 14-letniego Seity i jego młodszej siostry, którzy po śmierci matki muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, jest powszechnie uznawana za jeden z najlepszych manifestów antywojennych. 

Źródła:
http://rarehistoricalphotos.com/japanese-boy-standing-attention-brought-dead-younger-brother-cremation-pyre-1945/
https://pl.aleteia.org/2016/09/07/lekcja-japonskiego-chlopca-wedrujacego-z-martwym-braciszkiem-na-plecach/