niedziela, 15 marca 2020

Księżna Diana - gest, który znaczył wiele

Są takie gesty, które dla jednych są czymś zwyczajnym, dla innych zaś mogą mieć ogromne, symboliczne wręcz znaczenie. Z pewnością taką sytuacją było podanie dłoni przez księżną Dianę pacjentowi choremu na AIDS. Co w tym takiego dziwnego? 


fot. Tim Graham


Lata 80. i 90. to okres, kiedy na Zachodzie społeczeństwo zmagało się z coraz większą ilością zachorowań na HIV i AIDS. Pierwsze kliniczne przypadki AIDS zanotowano w Stanach Zjednoczonych w 1981 roku. Jednak HIV pojawił się już 20 lat wcześniej w Kongo. Nie potrzeba było jednak dużo czasu, aby stał się problemem globalnym. Stał się on domeną osób homoseksualnych oraz uzależnionych od narkotyków. Jednak przypadek Magica Johnsona pokazał, że każdy może być narażony na zakażenie. Ogłoszenie przez niego w listopadzie 1991 roku, że jest nosicielem wirusa HIV, było szokiem nie tylko dla całego sportowego świata, lecz i mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Koszykarz jednak przekonywał, że zarażenie nastąpiło zapewne poprzez posiadanie wielu partnerek seksualnych. Johnson stał się szybko bohaterem Ameryki, który poświęcił się pomocy chorym jak i edukacji innych na temat HIV i AIDS.

Zanim to jednak nastąpiło, również w 1991 roku miało miejsce inne ważne wydarzenie. Księżna Diana podczas podróży do Kanady postanowiła odwiedzić Casey House w Toronto. Było to hospicjum dla osób chorych na AIDS. Diana w pewnym momencie przywitała się z jednym z mężczyzn. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że księżna nie miała na sobie rękawiczek. W owym czasie wśród większej części społeczeństwa panowało przekonanie, że wirus HIV przenosi się przez dotyk. Tym czynem Diana pokazała, że nie można obawiać się chorych, a takie gesty są dla nich ogromnym wsparciem. Stała się jedną z pierwszych znanych osób, które bez obaw podchodziły do zarażonych. W tym samym roku odwiedziła także brazylijski ośrodek dla zarażonych sierot, gdzie bez obaw brała małe dzieci na ręce, przytulała je czy nawet całowała. Między innymi dlatego do Diany przylgnął później przydomek "Królowa ludzkich serc". 

O osobach zakażonych mówiła: HIV nie sprawia, że ludzie stają się niebezpieczni, dlatego możesz uścisnąć im dłonie i przytulić. Niebo wie, że tego potrzebują

Warto na końcu jednak dodać, że pierwszą znaną osobą, która nie bała się kontaktu z chorymi była Barbara Bush. Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych już w 1989 roku bez obaw przytulała małe dzieci w ośrodku dla zarażonych. Jej zdjęcie jednak nie miało tak dużej siły przebicia jak fotografia Lady Di. 

fot. Dennis Cook
Źródła:
https://rarehistoricalphotos.com/princess-diana-aids-1991/?fbclid=IwAR0tXXsUwPDc3P6gkSoc6ASIm8jcMd2kURoJETnGw608OBcv0vwSuTKWyKw
https://www.womansday.com/life/entertainment/a55591/this-old-photo-of-princess-diana-is-going-viral/
https://www.cbc.ca/radio/asithappens/as-it-happens-wednesday-full-episode-1.4624832/aids-worker-remembers-when-barbara-bush-cradled-baby-donovan-in-1989-1.4624843





środa, 26 lutego 2020

Martin Elliott - Tennis Girl

Są takie zdjęcia, o których dziś możemy mówić jako "kultowych" w świecie popkultury. Niewątpliwie jednym z najbardziej znanych obrazów w historii jest Tennis Girl. 


fot. Martin Elliott





Nie od dziś wiadomo, że wielu mężczyzn i nie tylko nie zawsze interesuje się światem tenisa jedynie ze względu na wyniki sportowe. Eugenie Bouchard, Ana Ivanović, Anna Kurnikowa, Martina Hingis czy Marija Szarapowa przyciągały lub nadal przyciągają na korty miłośników damskiej urody. Być może wpływ na popularyzację damskiego tenisa wśród mężczyzn miało pewne zdjęcie, które wykonane zostało we wrześniu 1976 roku przez Martina Elliotta. Ukazuje ono tenisistkę, która kroczy po korcie w tenisowym uniformie oraz z rakietą w prawej dłoni. Interesująca jest jednak lewa strona, gdzie dziewczyna sięga dłonią pośladka, pokazując jednocześnie, że nie ma na sobie bielizny. Całość jest przy tym świetnie oświetlona przez promienie zachodzącego słońca. 

Osobą na zdjęciu była Fiona Butler, wówczas 18-letnia dziewczyna fotografa. Sam obraz został wykonany na jednym z kortów Uniwersytetu w Birmingham. Dziewczyna w ogóle nie grała w tenisa, a wszystkie rekwizyty, łącznie z uniformem i rakietą należały do Carol Knotts, przyjaciółki Martina. Ponieważ Fiona wciąż mieszkała z rodzicami, wymusiła na Martinie, aby na zdjęciu nie było widać jej twarzy. Dopiero po 25 latach, w 2001 roku fotograf ogłosił światu, że na zdjęciu znajduje się własnie Fiona. W międzyczasie fotografia ta stała się prawdziwym fenomenem. Zdjęcie zostało sprzedane agencji Athena, która po raz pierwszy opublikowała je w kalendarzu na 1977 rok. Przez następne lata Tennis Girl sprzedawana była jako plakat, a agencja zarobiła na niej krocie, gdyż oficjalnie samych plakatów sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy. Można się tylko domyślić, że tenisowa sylwetka Fiony przez lata zdobiła pokoje wielu nastolatków, a także była dla niektórych tym, czym później stały się magazyny dla dorosłych. Obecnie jest także łakomym kąskiem dla kolekcjonerów i miłośników stylu retro. 

Sam Martin Elliott także zarobił sporo na swym zdjęciu, gdyż zachował prawa autorskie, dzięki którym mógł liczyć na zyski z licencji. Mówi się, że mógł zainkasować na konto około 250 tysięcy funtów. Był jednak artystą jednego zdjęcia, gdyż żadna inna jego fotografia nie zyskała uznania wydawców. Zmarł w 2010 roku na raka. Fiona z kolei unikała rozgłosu, a przy tym nigdy nie rościła sobie praw do zdjęcia. Dziś jest szczęśliwą żoną milionera. 

fot. N.N


Źródła:

niedziela, 26 stycznia 2020

George R. Lawrence - San Francisco 1906

XIX wiek to czas, kiedy dzięki kilku niezwykłym osobom nie tylko narodziła się współczesna fotografia, lecz i zyskaliśmy wyjątkowe nowinki technologiczne. Dziś nazywa się ich pionierami fotografii. Najbardziej znane są takie osoby jak Joseph Nicéphore Niépce, Jacques Daguerre, Henry Fox Talbot, Carleton Watkins, czy James Clerk Maxwell. W tym artykule chciałbym przyjrzeć się postaci George'a R. Lawrence'a, który był jednym z twórców dzisiejszej fotografii panoramicznej. 


fot. George R. Lawrence

zdjęcie w dużej rozdzielczości pod adresem -https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/b/b3/San_Francisco_in_ruin_edit2.jpg


















Pochodzący ze Stanów Zjednoczonych George R. Lawrence urodził się w lutym 1868 roku. Około 1891 roku wraz z przyjacielem otworzył swe pierwsze studio fotograficzne. Początkowo szczególnie interesował się fotografią z wykorzystaniem sztucznego światła, na lata przed wynalezieniem pierwszych lamp błyskowych. Jednak przeszedł do historii jako jeden z wynalazców zdjęć panoramicznych. W okolicach 1900 roku zbudował największy w owych czasach aparat fotograficzny, który ważył aż 640 kilogramów. Sama płytka negatywu miała w nim wymiary 4,5 na 8 cali. Jednym z pierwszych zdjęć wykonanych tym aparatem był obraz pociągu linii Alton Limited. Z czasem Lawrence zaczął konstruować mniejsze aparaty, które wykorzystywał do zdjęć z pomocą balonów czy latawców. Tą techniką wykonał w 1906 roku swe najsłynniejsze dzieło. 

18 kwietnia 1906 roku około godziny 5:12 San Francisco nawiedziło największe trzęsienie ziemi w historii. Posiadało ono magnitudę 7,8 w skali Marcallego (podobna wartość w skali Richtera) i trwało w samym mieście niecałą minutę. Epicentrum znajdowało się pod dnem morskim, 3 km od miasta. Niecała minuta starczyła, by trzęsienie zniszczyło około 80% zabudowy miasta i zabiło ponad 3000 osób. Z racji specyficznego klimatu większość ówczesnej zabudowy miasta miała charakter drewniany. W wyniku tego, przez następne kilka dni San Francisco zmagało się także z licznymi pożarami. Przyjmuje się, że bez dachu nad głową mogło zostać nawet 300 tysięcy osób. Wielu z nich przez kolejne 2 lata mieszkało w prowizorycznych namiotach. Łączne straty finansowe wyniosły ponad 400 mln ówczesnych dolarów, co dziś ma wartość blisko 11 mld! 

28 maja, a więc niewiele ponad miesiąc po tragedii, Lawrence wykonał swe słynne zdjęcie. Użył do niego kamery o wadze 22 kilogramów oraz płytki z celuloidu. Aparat został wzniesiony na specjalnym latawcu na wysokość 600 metrów nad zatoką. Fotografowi udało się wykonać niezwykle ostre zdjęcie o panoramie 160 stopni. Po wywołaniu obraz miał wymiary 17 na 48 cali. Co bardzo ważne, w owym czasie znalazł wielu chętnych, którzy byli skłonni zapłacić aż 125 dolarów za odbitkę. Łącznie udało mu się sprzedać ilość kopii za około 15 tysięcy, co dziś jest kwotą ponad 400 tysięcy dolarów! 

Jeśli spojrzymy na zdjęcie w przybliżeniu, jesteśmy w stanie dostrzec tak wiele detali. Wrażenie robi szczególnie obraz niektórych dzielnic, całkowicie zniszczonych przez żywioł. Widać także, że solidne konstrukcje z cegieł czy betonu mimo wielu uszkodzeń w większości przetrwały trzęsienie oraz pożary. Takie ujęcie udało się uchwycić ponad 110 lat temu i to za pomocą prymitywnych technik! 100 lat po tym wydarzeniu, Ronald Klein zbudował dokładną replikę aparatu Lawrence'a. Mniej więcej z tej samej wysokości, lecz z wykorzystaniem helikoptera wykonana została kolejna panorama miasta. Znamienne jest, że osobą za aparatem był Mark Walsh, prawnuk George'a R. Lawrence'a! Niestety w tym wypadku nie znalazłem kopii w wysokiej rozdzielczości.

fot. Mark Walsh

Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/George_R._Lawrence
https://www.smartage.pl/trzesienie-ziemi-w-san-francisco-1906/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Trz%C4%99sienie_ziemi_w_San_Francisco_(1906)


niedziela, 12 stycznia 2020

Dmitrii Baltermants - Grief

II wojna światowa była okresem, w którym zginęły miliony osób, a przy tym dostarczyła jednak wielu ikonicznych fotografii. Sporo osób zapewne kojarzy obrazy wyzwalanych więźniów obozów koncentracyjnych, flagę na Iwo Jimie, Monte Cassino czy też pocałunek z dnia zwycięstwa. O części z nich już pisałem wcześniej na blogu. Tym razem chciałbym przyjrzeć się zdjęciu wykonanym w 1942 roku przez Dmitriego Baltermantsa. Powszechnie znane jest ono jako Grief, czyli cierpienie. 


fot. Dmitrii Baltermants


Jak doskonale wiadomo, wojska niemieckie na terenach okupowanych stosowały liczne narzędzia terroru. Często bowiem dochodziło do masowych egzekucji, podpaleń. Szczególnie tyczyło się to ludności żydowskiej, która w oczach pewnego niespełnionego kaprala nabrała znaczenia największego zagrożenia dla aryjskiej rasy. Już w czasie inwazji na Polskę w 1939 roku dochodziło do egzekucji Żydów. Przybrały one na sile wraz z atakiem III Rzeszy na Związek Radziecki. Niedługo po zajęciu Kijowa Niemcy w pobliskim Babim Jarze w kilka dni zamordowali ponad 30 tysięcy Żydów. Do podobnych zbrodni dochodziło w wielu innych miastach w ZSRR. Jedna z takich historii miała miejsce na Krymie. 

Słynny półwysep był areną jednych z najbardziej zaciekłych walk w trakcie II wojny światowej. We wrześniu 1941 roku praktycznie cały Krym z wyjątkiem Sewastopola znalazł się w niemieckich rękach. Już wtedy specjalne oddziały zajmowały się likwidacją ludności żydowskiej. Do największej masakry doszło w listopadzie, kiedy to Niemcy w okolicach miasta Kercz zamordowali w rowach przeciwczołgowych ponad 7 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Na przełomie grudnia i stycznia miała miejsce operacja desantowa kerczeńsko-teodozyjska, podczas której wojskom ZSRR udało się wyzwolić Półwysep Kerczeński we wschodniej części Krymu. To właśnie wtedy odkryto miejsce rozstrzelań. 

Wraz z wojskami znalazł się tam urodzony w Warszawie Dmitri Baltermants. Oficjalny wojskowy fotograf zastał przerażający obraz setek, tysięcy zamrożonych zwłok, wśród których błądziły kobiety w poszukiwaniu członków swych rodzin. Na pierwszym planie widzimy rozpacz dwóch kobiet, które prawdopodobnie znalazły swych mężów lub synów. Na posiadanym negatywie wiele lat po wojnie fotograf nieco przyciemnił niebo, aby całość nabrała jeszcze bardziej posępnego i przejmującego charakteru. 

Zdjęcie jednak z powodu potencjalnie zbyt dużego szoku dla opinii publicznej zostało ocenzurowane. Dopiero w latach 60. oficjalnie opublikowano je w prasie. Z miejsca stało się ono ikonicznym obrazem wojny, dla wielu dobitnie podsumowującym smutek, cierpienie, które dotknęło miliony obywateli ZSRR.

Fotografia ta została kilka lat temu umieszczona na liście 100 najważniejszych zdjęć w historii, według magazynu Time



fot. Dmitrii Baltermants


Źródła:






czwartek, 9 stycznia 2020

Pride 1985 - romans z potrzeby

Historia pokazuje, że w niektórych okolicznościach dochodzi do pewnych przymierzy, które w normalnych warunkach nie przyszłyby nam do głowy. Tyczy się to zarówno wydarzeń politycznych, społecznych jak i militarnych. Jednym z takich nieoczekiwanych układów był sojusz, jaki zawarły ze sobą w Anglii związki górnicze z organizacjami LGBT. 


fot. Colin Clews


Wielka Brytania była miejscem, gdzie rozpoczęła się wielka rewolucja przemysłowa. To właśnie tutaj prężnie działały setki kopalń węgla kamiennego, który był niezbędny dla gospodarki. Jeszcze przed I wojną światową wydobywano tu rocznie ponad 300 mln ton węgla, a w całym sektorze zatrudnionych było ponad milion osób. W owym czasie Wielka Brytania była drugim na świecie po USA wydobywcą węgla. Jednak z biegiem kolejnych dekad jej rola, jak i samego górnictwa zaczęła maleć. 

Po II wojnie światowej większość kopalń została znacjonalizowana przez rząd, a samo górnictwo zyskało liczne subsydia. Niestety w związku z ekspansją węgla z krajów bloku wschodniego brytyjski węgiel stał się mniej konkurencyjny. Już pod koniec lat 50. wydobycie spadło poniżej 200 mln ton rocznie, a setki kopalń zaczęto likwidować. W latach 70. wzrosło znaczenie ropy naftowej, gazu ziemnego, a przede wszystkim energii jądrowej. Mimo wszystko górnicy cieszyli się sporymi przywilejami, jak i posiadali silne związki zawodowe. Jeszcze w latach 70. byli w stanie swymi strajkami i protestami obalać rządy. Wszystko to jednak zmieniło się wraz z wkroczeniem na arenę Margaret Thatcher.

Żelazna Dama była przeciwna mocnej pozycji związków zawodowych, jak i dążyła do radykalnych zmian w gospodarce. Na początek zabrała się za hutnictwo, gdzie w ciągu kilku lat zatrudnienie w tym sektorze zmalało z 200 do 70 tysięcy. Zdaniem ekonomistów mimo nowoczesnych kopalń, rocznie rząd musiał dokładać do tej gałęzi gospodarki aż 250 mln funtów. Przy tym węgiel importowany do Wielkiej Brytanii był o 25% tańszy niż pozyskiwany na miejscu. W 1983 roku premier wyznaczyła Iana MacGregora na osobę odpowiedzialną za restrukturyzację górnictwa. Na początku 1984 roku zaplanowano zamknięcie 20 ze 170 czynnych kopalni, choć w planach była likwidacja kolejnych 70. To oczywiście nie spodobało się związkom zawodowym. 12 marca 1984 roku rozpoczął się ogólnokrajowy strajk, choć nie objął on wszystkich ośrodków. Głównie przebiegał on na terytorium Walii. Strajk traktowany był jako konfrontacja między górnikami a rządem. Wiadomym było, że tylko jedna strona może wyjść z tego zwycięsko. 

Protestujący górnicy oczywiście nie otrzymywali pensji. Ich sytuację można porównać nieco do ośrodków górniczych na Górnym Śląsku. W tradycyjnych rodzinach to mężczyzna był jedynym żywicielem rodziny. W takim wypadku całe rodziny pozostawały bez środków do życia. Można było to choćby zobaczyć w takich kinowych produkcjach jak Billy Elliot czy Dumni i wściekli. Zaczęto zatem tworzyć w całej Wielkiej Brytanii zbiórki na rzecz górników. I tu właśnie dochodzimy do głównej historii. Jedną z bardziej prześladowanych w latach 70. i 80. w Anglii społeczności były osoby homoseksualne. Był to czas, kiedy zaczęto mówić o HIV i AIDS, a dopiero w roku 2000 oficjalnie zniesiono zakaz publicznej manifestacji orientacji seksualnej. 

Nic zatem dziwnego, że niektórzy z aktywistów dostrzegli nieco analogiczną sytuację u górników, którzy byli brutalnie pacyfikowani przez policję podczas pikiet. Jedną z takich osób był Mark Ashton, który wraz z przyjacielem Michaelem Jacksonem w czerwcu 1984 roku założył organizację Lesbians and Gays Support the Miners. Rozpoczęli oni kwesty na rzecz rodzin górników, a wkrótce do ich akcji dołączyło kilkanaście innych grup. LGSM wspierała przede wszystkim górników z okolic walijskiego Swansea. Mimo początkowej niechęci szybko doszło do wspólnych kontaktów, jak i wizyt. Przez nieco ponad pół roku grupie udało się zebrać 22,5 tysiąca funtów (dziś ponad 67), gdzie całość trafiła do rodzin górników. 

Dosyć sporym zaskoczeniem dla wielu osób był fakt, iż podczas odbywającej się 29 czerwca 1985 roku parady równości w Londynie, na samym przodzie wspólnie ze sobą maszerowali walijscy górnicy z gejami i lesbijkami. Był to wyraz solidarności i wdzięczności za okazaną pomoc. Jeszcze tego samego roku dzięki wsparciu Krajowego Związku Zawodowego Górników do statusu Partii Pracy wpisano walkę o prawa mniejszości seksualnych. Polecam przy okazji wspomniany wcześniej film Dumni i wściekli, który bliżej przedstawia całą sytuację. 




fot. 2, 3, 4 NN



Strajk górników zakończył się w 1985 roku niepowodzeniem. Wielka Brytania w owym czasie sprowadzała nawet węgiel z Polski, dzięki czemu była w stanie zaspokoić potrzeby gospodarki. Górnikom nie tylko nie udało im się złamać Thatcher, lecz również cała sytuacja mocno odbiła się na ich sytuacji finansowej. Choć wielu z nich wróciło do pracy, to przyjmuje się, że straty w rodzinie górniczej w owym czasie wyniosły średnio 7-8 tysięcy funtów. Dla rządu cały strajk również okazał się niezwykle kosztowny, a przy tym oznaczał kolejną rewolucję przemysłową. Już kilka lat później roczne wydobycie spadło poniżej 100 mln ton. Obecnie wszystkie duże ośrodki zostały zlikwidowane, a w całym sektorze górniczym pracuje mniej niż 2 tysiące osób. Mark Ashton, który założył organizację LGSM, zmarł w 1987 roku w wyniku powikłań związanych z AIDS. 

Źródła:
https://www.vice.com/en_uk/article/exqzp4/jonathan-blake-lgsm-pride-923
https://en.wikipedia.org/wiki/Lesbians_and_Gays_Support_the_Miners
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1606627,1,jak-thatcher-rozbila-gornikow.read
https://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/480497,zamykanie-kopaln-w-wielkiej-brytanii-brytyjski-wegiel-i-margaret-thatcher.html


wtorek, 21 maja 2019

Pieta - śmierć w cieniu narkotyków

Narkotyki to niewątpliwie problem, który na dużą skalę dotyka wielu krajów na świecie, zwłaszcza tych miejsc, gdzie panuje bieda i bezrobocie. Jednym z takich przykładów są Filipiny. Od 2016 roku miejscowy rząd wydał jednak bezwzględną wojnę narkotykom, a rozporządzenie Rodrigo Duterte przyczyniło się do ulicznych polowań. Jedną z ofiar nowej polityki stał się Michael Siaron, którego ciało w objęciach ukochanej znalazło się na zdjęciach wielu dzienników na całym globie. 

fot. Raffy Lerma





Rodrigo Duterte to jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w świecie polityki. Kandydując w 2016 roku na urząd prezydenta Filipin, zapowiedział, że jego celem będzie zabicie nawet 100 tysięcy osób związanych z narkotykami. Dzięki ogromnemu poparciu od tego czasu sprawuje urząd głowy państwa. Jednym z jego pierwszych dekretów było wydanie wojny przemysłowi narkotykowemu. Nie był to oczywiście odosobniony pomysł, jednak jego założenia i realizacja to coś zupełnie nowego. Przede wszystkim policjanci oraz zamaskowani zabójcy, którzy są często opłacani przez kraj, otrzymali parasol ochronny dla zabijania dealerów czy narkomanów. 

Według oficjalnych informacji, tylko przez kilka pierwszych miesięcy zabitych zostało blisko 5 tysięcy osób. Do dziś liczba ta jest kilkukrotnie większa, a nieoficjalnie mówi się o kilkudziesięciu tysiącach ofiar. Na wezwanie prezydenta mieszkańcy mogą dokonywać samosądów, za które to nie poniosą odpowiedzialności karnej. Oczywiście taka sytuacja prowadzi do sporych nadużyć. Trudno bowiem oszacować, jak wielu Filipińczyków zginęło w wyniku sąsiedzkich zatargów, porachunków mafijnych. Nie jest bowiem trudno w tym kraju zabić drugiego człowieka z jednoczesnym podrzuceniem mu narkotyków. Wiele organizacji otwarcie krytykuje działania Duterte. Ten zaś nazwał Baracka Obamę i papieża Franciszka "skurwysynami". Swego czasu zagroził nawet synowi, że jeśli zarzuty wobec niego zostaną potwierdzone, to rozkaże policji go zabić. 

W miastach na porządku dziennym są morderstwa. Dla wielu Filipińczyków mimo ogromnych zagrożeń, handel narkotykami nadal jest głównym źródłem utrzymania. 23 czerwca 2016 roku fotograf, Raffy Lerma jak każdej nocy przemieszczał się po Manili ze swym aparatem. Około 1:30 przybył na ulicę Edsa Taft-Pasay, gdzie natknął się na bardzo przejmującą scenę. Na środku ulicy, otoczona tłumem i kordonem policyjnym znajdowała się młoda dziewczyna trzymająca w ramionach martwe ciało chłopaka. Godzinę wcześniej do Michaela Siarona podjechał na motocyklu zamaskowany mężczyzna, po czym zastrzelił go z zimną krwią. Przy ciele pozostawił zaś karton z napisem: "jestem dealerem narkotyków, nie naśladuj mnie". 



Dziewczyna trzymając ukochanego w ramionach, prosiła jednocześnie gapiów o pomoc. Wszyscy jednak wiedzieli, że na nią jest już za późno. Raffy Lerma stwierdził potem, że cała scena prezentowała się niczym z desek teatralnych, świętego obrazu - jej oświetlenie, cisza oraz lament dziewczyny na długo pozostały w głowie wszystkim obecnym. Uchwycony kadr, poza dziewczyny i chłopaka nie bez powodu od razu kojarzą się z pietą watykańską Michała Anioła. 

Po powrocie do redakcji, lokalni reporterzy byli tym wszystkim wstrząśnięci. Jeden z nich stwierdził nawet, że nie chce już być fotografem. Wszyscy mieli takie samo poczucie winy. Czuli się winni, że nie byli w stanie pomóc ofierze i jego dziewczynie. Wykonywali tylko swą pracę. Zadecydowali jednak, że zdjęcia powinny zostać opublikowane, aby przekazać światu to, co się dzieje na Filipinach. 


fot. Raffy Lerma


Źródła: 



piątek, 3 maja 2019

Najsłynniejsze selfie w historii

Już od kilku lat jedną z najbardziej popularnych kategorii fotograficznych jest selfie. Tworzenie autoportretów za pomocą smartfona to dla wielu osób wręcz codzienny rytuał. Każdego dnia powstają niezliczone ilości takich zdjęć. Spośród milionów, miliardów takich zdjęć wybijają się jednak takie, o których swego czasu było niezwykle głośno.



2 marca 2014 w Dolby Theatre w Hollywood odbyła się 86. ceremonia wręczenia Oscarów. Jej prowadzącą została gwiazda telewizyjnych talk-show Ellen DeGeneres, dla której była to już druga taka gala w historii. Był to dzień, kiedy o statuetkę dla najlepszego filmu walczyły takie produkcje jak Zniewolony. 12 Years a Slave (wygrał), American Hustle, Ona, Witaj w Klubie, American Hustle, Wilk z Wall Street czy Grawitacja. W mediach to jednak nie laureaci poszczególnych nagród, lecz pewna fotografia zdobyła największy rozgłos.

W pewnym momencie pośród gwiazd i publiczności pojawiła się Ellen ze smartfonem w ręku. Zaczęła sobie robić selfie z wybranymi gwiazdami. Gdy doszła do Meryl Streep, wpadła na pomysł, aby pobić kolejny rekord. Ponieważ Meryl jest najczęściej nominowaną aktorką w historii Oscarów, Ellen wyszła z propozycją, aby obie zrobiły sobie zdjęcie, które ma pobić rekord w udostępnieniu na Tweeterze. Sytuacja nieco "wymknęła się spod kontroli", gdyż prowadząca zaczęła zapraszać do siebie coraz więcej gwiazd. W końcu telefon przejął od niej Bradley Coopper, który ostatecznie wykonał słynne zdjęcie. Oprócz Ellen, Meryl i Bradleya na selfie znaleźli się: Jennifer Lawrence, Channing Tatum, Julia Roberts, Kevin Spacey, Brad Pitt, Lupita Nyong wraz z bratem, Angelina Jolie i Jared Leto.

Cała sytuacja tak prezentowała się w telewizji:


Zdjęcie błyskawicznie zostało udostępnione na Tweeterze. Jeszcze przed końcem gali obraz udostępniono ponad 2 mln razy, by w ciągu doby liczba ta wzrosła do 3 mln. Dzięki temu w owym czasie stał się on rekordzistą amerykańskiego portalu społecznościowego. Z pewnością można powiedzieć, że na chwilę obecną jest najsłynniejszym selfie świata.

Dopiero po pewnym czasie wyszło na jaw, że cała spontaniczna akcja okazała się zaplanowanym działaniem firmy Samsung. Za selfie oraz kilka reklam w ciągu gali koreańska firma zapłaciła aż 20 mln dolarów. Ellen specjalnie otrzymała do tego celu najnowszy model Samsung Galaxy Note III, po czym przeszła szybkie szkolenie z jego obsługi. Choć nieco umniejsza to walory fotografii, to jednak nadal ma ona dużą moc, jak i wartość historyczną. Wystarczyło kilka lat, by Kevin Spacey stał się w Hollywood persona non grata, a "idealne" małżeństwo Pitta i Jolie nie przeszło próby czasu. 

Źródła: