wtorek, 25 grudnia 2012

Aleksiej Stachanow

Jedną z najbardziej znanych osób byłego Związku Radzieckiego był bez wątpienia Aleksiej Stachanow. To właśnie jego czyny wpłynęły na zapoczątkowanie ruchu stachanowskiego, który poniekąd znacznie przyczynił się do fatalnego stanu gospodarki ZSRR.


A.Stachanow z prawej

W nocy z 30 na 31 sierpnia 1935 roku, podczas jednej zmiany w kopalni "Cientralnaja-Irmino" w Kadijewce na Ukrainie, Andrey Stachanow wydobył 102 tony węgla, co równało się z 1475% dziennej normy. Wkrótce informacja o tym została wysłana telegramem do Moskwy i opublikowano artykuł o tym niezwykłym wydarzeniu w poczytnej gazecie "Prawda". Ponieważ w telegramie podano, iż czynu tego dokonał A. Stachanow, dlatego redaktor samowolnie nazwał go Aleksandrem. Sam Stalin stwierdził, że "Prawda" nie może się mylić, dlatego błyskawicznie zmieniono w dokumentach imię Stachanowa. 

Wkrótce młody górnik z Donbasu stał się bohaterem całego Związku Radzieckiego. Pojawiał się w różnych audycjach radiowych, na plakatach, w gazetach, wygłaszał odczyty w wielu fabrykach. Jego zdjęcie znalazło się nawet na okładce magazynu "Time". Wykorzystując sukces Stachanowa, władze zdecydowały się na zapoczątkowanie ruchu stachanowskiego. Praktycznie każdy rodzaj pracy miał ustalane dzienne normy produkcyjne, a pracowników zachęcano do naśladowania nowego idola. Wysokie normy pracy dawały nie tylko wyższe zarobki, lecz także dostęp do specjalnych sklepów z lepszymi produktami lub nawet większe mieszkania.

Jednak każdy kij ma dwa końce. W momencie spadku wydajności pracy, traciło się wcześniej uzyskiwane przywileje. Ponadto wraz z przybywaniem stachanowców w danym miejscu pracy, normy ulegały podwyższeniu. W wyniku tego, z czasem trudniej było uzyskać wymagane minimum, co tylko pogarszało sytuację pracowników. Coraz wyższe plany produkcyjne doprowadziły do tego, że fabryki, kołchozy, obozy pracy nie nadążały z produkcją i powszechnym stało się oszukiwanie norm. Z czasem przyniosło to niedobór wielu towarów na rynku, a te dostępne poprzez szybkie i niedokładne wykonanie były niedoskonałe i często wadliwe. Aż do upadku ZSRR tytuł stachanowca był czymś, co jego posiadacza napawało dumą i dawało liczne przywileje. 

Sam Stachanow zyskał sławę i prominentne stanowiska. Jednak kilka lat po śmierci Stalina, został wysłany do miasta Torez, gdzie władza o nim zapomniała i gdzie popadł w alkoholizm. Dopiero w roku 1970 za sprawą lokalnych dziennikarzy władza przypomniała sobie o słynnym górniku, a także o przypadającym 35-leciu ruchu stachanowskim. Sam Breżniew był zaskoczony faktem, że Stachanow jeszcze żyje. Ponownie zaczęły się liczne podróże, odczyty, wywiady. Jednak równie szybko się one zakończyły, a sam bohater klasy robotniczej znów popadł w alkoholizm i wylądował w szpitalu psychiatrycznym, gdzie w roku 1977 zmarł. 

W latach 90. jeden z górników w czasie porządkowania grobów bliskich, zwrócił uwagę na zaniedbany i zarośnięty nagrobek. Gdy udało mu się go doprowadzić do porządku, nie mógł uwierzyć, że w tym miejscu leży słynny bohater Związku Radzieckiego. Skazany został na zapomnienie. 

Dopiero w latach 80. na jaw wyszedł fakt, że Stachanow swego rekordu nie pobił samodzielnie, lecz przy pomocy dodatkowych górników, którzy zajmowali się "czarną robotą". Ponadto całe wydobycie zamiast zostać podzielone między wszystkich pracowników, przypisano tylko bohaterowi tego artykułu. Aleksander Topolski w swej książce "Biez Wodki" wspomina o młodym moskiewskim reporterze, który w latach 70-tych rozmawiał z odurzonym alkoholem Stachanowem. Ten otwarcie przyznał, że cała historia o jego nadludzkiej wydajności od samego początku była wymysłem władz.

Źródła:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksiej_Stachanow
http://en.wikipedia.org/wiki/Alexey_Stakhanov
http://ria.ru/analytics/20100831/270655996.html
http://discussiya.com/2012/01/30/stahanov-tragedy/
Aleksander Topolski, Biez Wodki, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011.

piątek, 30 listopada 2012

Zbigniew Religa

Zazwyczaj myśląc o istotnych momentach w historii naszego kraju, nasuwają nam się na myśl obrazy związane z wojnami, ważnymi wydarzeniami politycznymi. Tymczasem w wielu dziedzinach społecznych w ostatnich kilkudziesięciu latach dochodziło do ważnych przełomów. Jednym z nich były niewątpliwie nowatorskie operacje, jak te, których autorem był Zbigniew Religa. 


                                                         Fot. James L. Stanfield

Druga połowa XX wieku to okres, w którym dopiero poszerzano możliwości współczesnej chirurgii. Pod koniec lat 60. przeprowadzono pierwszą udaną operację przeszczepu serca. To, co na Zachodzie stawało się coraz powszechniejszym i bezpiecznym zabiegiem, w Polsce przez wiele lat było uznawane za nierealne. Nie można się temu dziwić, skoro nasz kraj był często odcięty nie tylko od najnowocześniejszych technologii, lecz także od międzynarodowej współpracy. 

Na całe szczęście w latach 80. znalazł się wizjoner, który otwarcie stwierdził, że jako pierwszy dokona udanego przeszczepu serca w naszym kraju. Był nim Zbigniew Religa. Mimo praktyki w zagranicznych ośrodkach, jego wiedza o przeszczepie serca pochodziła głównie z książek. Ponadto samo zorganizowanie operacji wymagało sporych zmian. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu orzeczenie o czyjejś śmierci następowało z przyczyny zaniku pracy serca. Profesor Religa wraz z grupą innych lekarzy powołał specjalne komisje, które mogły orzec o śmierci pnia mózgu. Był to w zasadzie ważny krok w stronę przeszczepu serca. Co najważniejsze, prowadził on działania wbrew większej części środowiska lekarskiego.

W roku 1985 w Zabrzu został przeprowadzony pierwszy taki zabieg, który zakończył się sukcesem. Sam lekarz twierdził, że pamiętał każdy najmniejszy fragment operacji. Niestety pacjent w wyniku sepsy zmarł po dwóch miesiącach. Kilka kolejnych operacji również zakończyło się połowicznym sukcesem, jednak średnia życia pozostałych pacjentów do dnia dzisiejszego oscyluje w granicach 20 lat. 

Na zdjęciu z roku 1987 przedstawiony został profesor, który wyczerpany po operacji, monitoruje na ekranie pracę serca swego pacjenta. W tle widać śpiącego i równie wyczerpanego asystenta. Cały obraz ukazuje ciężkie i po części prymitywne warunki, w jakich doszło do operacji. Co ciekawe, pacjentem leżącym na stole jest Tadeusz Żytkiewicz, który jako 19. pacjent profesora Religi jest najdłużej żyjącą osobą z przeszczepem serca w naszym kraju. 

Fotografia stała się zdjęciem roku magazynu National Geographic, a do tego znalazła się na liście 100 najważniejszych zdjęć w jego historii.

Źródła:
http://profesorodserca.orangespace.pl/tadeusz.html
http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/526309,zbigniew-religa-profesor-od-serca,id,t.html?cookie=1
http://www.kardiolo.pl/pierwsza_udana_transplantacja_serca_w_polsce.htm
http://wyborcza.pl/1,75476,688356.html























niedziela, 4 listopada 2012

Alberto Korda - Che Guevara

Gdyby sporządzić ranking najsłynniejszych portretów XX wieku, to z pewnością w jego czołówce znalazłoby się zdjęcie Ernesto "Che" Guevary. Jest to jedno z najczęściej reprodukowanych zdjęć w historii fotografii, a także niezwykle ważna ikona popkultury. 


                                                        fot. Alberto Korda

Zdjęcie zostało zrobione 5 marca 1960 roku w Hawanie przez Alberto Kordę podczas uroczystości upamiętniającej ofiary słynnego „La Coubre explosion”. Korda powiedział, że w chwili, gdy uchwycił Guevarę na zdjęciu, szczególnie przykuł jego uwagę wyraz twarzy Che, który pokazał "absolutną nieugiętość", a także gniew i ból. Sam autor zdjęcia miał zaledwie kilka sekund na uchwycenie rewolucjonisty, kiedy ten pojawił się w okolicach mównicy, z której w tym dniu płomienne przemówienie wygłaszał Fidel Castro. Udało mu się wykonać zaledwie dwa ujęcia i to właśnie jedno z nich przeszło do historii. W momencie zdjęcia Guevara miał 31 lat i stawał się niezwykle istotną postacią dla światowych socjalistów. Jeszcze przez kilka lat aż do śmierci w 1967 roku starał się rozszerzyć wpływy socjalistów w Afryce i Ameryce Południowej.

Zdjęcie Alberto Kordy zostało początkowo opublikowane w niskonakładowym tygodniku i nie spowodowało żadnego oddźwięku. Dopiero w roku śmierci Guevary fotografia stała się sławna za sprawą włoskiego publicysty Giangiacomo Feltrinelliego. W związku z wydarzeniami w Boliwii potrzebował on najlepszego z możliwych zdjęć Che Guevary. Kubańczycy odesłali go do Kordy, który przez wiele lat pracował jako dokumentalista i główny fotograf Fidela Castro. W jego pracowni wraz z Feltrinellim wybrali z oczywistych względów omawiane zdjęcie. Na drugi dzień wręczając Włochowi dwie odbitki, Korda stwierdził, że jako przyjaciel rewolucji ten nie musi nic płacić za zdjęcie. Po śmierci Che zdjęcie błyskawicznie stało się sławne na całym świecie. 

Rok później za sprawą Jima Fitzpatricka powstał plakat, który jeszcze bardziej przyczynił się do sławy Che. Oto wersja, którą zapewne każdy z nas zna choćby z koszulek czy zeszytów szkolnych:
                                                              (C) Jim Fitzpatrick

Od tego momentu nastąpił kult Che. Obraz stał się światową ikoną. Jednak z czasem podobizna rewolucjonisty zmieniła swe pierwotne znaczenie. Zaczęto jej używać do praktycznie każdego celu marketingowego. Nastąpił swego rodzaju paradoks. Osoba, która poprzez rewolucję walczyła z ustrojem kapitalistycznym, stała się jednym z symboli, po które często właśnie on sięga. Podobizna Che wykorzystywana jest do reklamy, umieszczana na wielu produktach, jak koszulki, zeszyty, piórniki. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że większość osób nie ma pojęcia kim był Che. Ostatnio byłem świadkiem sytuacji, gdy z kościoła wychodziła pewna rodzina i ojciec tej rodziny miał na sobie koszulkę z podobizną Guevary. Groteskowa sytuacja - modlić się mając na sobie koszulkę z podobizną rewolucjonisty nie uznającego kościoła i mającego na sumieniu wiele istot ludzkich...

Alberto Korda nigdy nie pobierał żadnych tantiem za swe zdjęcie. Uważał, że w ten sposób wspiera ideały Guevary. Sam stwierdził, że gdyby tylko za każdy wydrukowany plakat otrzymał symboliczną kwotę, to stałby się szybko milionerem. Tylko raz sprzeciwił się wykorzystaniu do celów komercyjnych wizerunku Che. Miało to miejsce w 2000 roku za sprawą producenta wódki Smirnoff. Jego zdaniem promocja takich produktów jak alkohol, obniża reputację jego bohatera. Pozasądowa ugoda przyniosła mu 50 tysięcy dolarów, które jednak przeznaczył na kubańską służbę zdrowia. 

Źródła:
http://en.wikipedia.org/wiki/Guerrillero_Heroico
http://pl.wikipedia.org/wiki/Alberto_Korda

czwartek, 4 października 2012

Chris Niedenthal - Czas Apokalipsy

Myślę, że w historii polskiej fotografii nie ma zdjęcia, które z taką mocą byłoby w stanie oddawać ducha czasu, jak obraz Chrisa Niedenthala. Zdjęcie ukazuje wojskowy transporter opancerzony, stojący przed warszawskim Kinem Moskwa, w którym wyświetlano film F. F. Coppoli Czas Apokalipsy. Stało się ono największym symbolem stanu wojennego. 


                                                        Chris Niedenthal

Zdjęcie zostało zrobione 14 grudnia 1981 roku, a więc na drugi dzień po wprowadzeniu stanu wojennego. Przyczyn tego wydarzenia nie będę wyjaśniał, gdyż stanowi to materiał na co najmniej kilka osobnych stron. Chris Niedenthal jest synem polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii. W roku 1973 przyjechał do Polski z zamiarem krótkiego pobytu, który jednak trwa praktycznie do dziś. Tego dnia przejeżdżał samochodem ulicą Rakowiecką w Warszawie wraz z innym amerykańskim fotografem oraz polskim operatorem. W pewnej chwili udało im się dostrzec całą powyższą sytuację i zaczęli wykonywać zdjęcia z wnętrza samochodu. Było to o tyle niebezpieczne, że za samo chodzenie z aparatem fotograficznym po ulicy w tym okresie groziło aresztowanie, a o fotografowaniu żołnierzy nie wspominając. 

Niedenthal wiedząc, że ma przed sobą doskonały materiał do gazety, musiał szybko znaleźć odpowiednie miejsce do zrobienia dobrego ujęcia z ukrycia. Na całe szczęście udało mu się odkryć otwartą klatkę schodową, z której rozpościerał się znakomity widok na Kino Moskwa. W ciągu krótkiej chwili powstało zdjęcie, które przeszło do historii świata. Jednak zrobienie samego zdjęcia było najmniejszym problemem. Pozostawało pytaniem, jak przesłać filmy do berlińskiej redakcji Newsweeka? Fotograf tuż przed godziną policyjną biegał po dworcu kolejowym w poszukiwaniu kogoś, kto zgodzi się zabrać jego filmy w pociągu do Berlina. W ostatniej chwili znalazł niemieckiego studenta, który zabrał ze sobą rolki filmowe do Niemiec. Po jakimś czasie Chris dowiedział się, że jego zdjęcie zostało opublikowane w jednym z numerów.

Niestety zostało ono wydane w małym formacie i wykadrowano je z pominięciem nazwy kina, co w drastyczny sposób zmniejszyło jego przekaz. Po prostu dla amerykańskiego wydawcy i czytelników było to niezrozumiałe. Z czasem jednak fotografia stała się niezwykle popularna i rozpoznawalna. Do dzisiaj stanowi najważniejszy symbol stanu wojennego i jedno z najważniejszych zdjęć w historii Polski. Żadna inna fotografia nie oddaje ducha wydarzeń, a zwłaszcza niepewności Polaków oraz całego świata w tamtych dniach, zwłaszcza tuż  po ogłoszeniu o wprowadzeniu stanu wojennego, jak właśnie "Czas Apokalipsy".

Źródła:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,6704454,_Czas_Apokalipsy__Chrisa_Niedenthala.html
http://www.culture.pl/baza-sztuki-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/eAN5/content/id/6204035


poniedziałek, 17 września 2012

Fabienne Cherisma

Coraz częściej słyszymy o przekraczaniu pewnych barier przez fotografów. Czasem niektóre sytuacje sprawiały, że tylko dzięki tak zwanej bezduszności fotoreporterów mogliśmy poznać daną historię. Jednak w przeważającej większości mamy niestety do czynienia z pogonią za sensacją. Przykładem tego typu sytuacji może być historia tego pozornie "zwykłego" zdjęcia.


                                                   Carlos Garcia Rawlins/Reuters

Na zdjęciu ukazano Fabienne Cherisma, 15-letnią dziewczynę z Haiti, która została zastrzelona przez miejscową policję. Sytuacja miała miejsce po tragicznym dla kraju trzęsieniu ziemi. Dziewczyna przez wiele lat pomagała rodzinie jakoś przetrwać trudne czasy w jednym z najbiedniejszych krajów świata. Kupowała taniej niektóre produkty, a potem sprzedawała je z zyskiem, dzięki czemu rodzina miała pieniądze na jedzenie. Mimo handlowego trybu życia, Fabienne wieczorami solidnie się uczyła, gdyż miała aspiracje zostać pielęgniarką. 

Niestety jej krótkie życie zostało przerwane przez policję, która uznała ją za szabrownika. Dziewczynka została trzykrotnie postrzelona. Rodzina twierdzi, że było to zabójstwo z premedytacją. W historii owego zdjęcia i całej sytuacji najważniejsza jest perspektywa, a właściwie inne spojrzenie na sensacyjne wydarzenie. Tak oto wyglądało miejsce zdarzenia widziane oczyma innego fotografa:

                                                                     Nathan Weber

Jak widać pogoń za sensacją, idealną perspektywą sprawia, że wokół ciała dziewczynki ustawiła się cała kolejka fotografów reprezentujących różne światowe agencje. Na zdjęciu i tak nie zmieścili się wszyscy fotoreporterzy, których było ogółem kilkunastu. Po publikacji zdjęć dziewczynki i nagradzaniu ich na różnych konkursach, ponownie nastała debata nad granicami moralności. Czy w pogoni za idealnym zdjęciem nie powinniśmy zastanowić się nad ludzką godnością? 

W owym dniu powstała cała seria zdjęć przedstawiających ciało zabitej dziewczynki i reakcję jej rodziny, którą oczywiście również wykonywało kilkunastu reporterów. Trudno wyobrazić sobie sytuację zrozpaczonego ojca, niosącego ciało swej córki, który musi przepychać się miedzy nachalnymi reporterami. 

Z jednej strony zapewne wielu z tych fotografów swymi zdjęciami zrobiło bardzo wiele dobrego dla ukazania tragicznej sytuacji Haitańczyków, jednak z drugiej strony, często sposób, w jaki to uczynili, godzi w podstawowe prawa bohaterów tych zdjęć, a także jest sprzeczny z wyznawanymi przez nas moralnymi zasadami.


Źródła:
http://prisonphotography.wordpress.com/2010/01/27/fabienne-cherisma/
http://iconicphotos.wordpress.com/2011/05/16/photographing-fabienne/


wtorek, 24 lipca 2012

Lewis Hine - Child labor in America

Najczęściej fotoreporterów nazywa się hienami, ludźmi bez emocji, którzy gotowi są zrobić wszystko, by zrobić to jedno ważne ujęcie. Tymczasem w historii mieliśmy wielu fotografów, którzy swą pracą przyczynili się do wielkich reform i zmian w naszym społeczeństwie. Jedną z takich osób był bez wątpienia Amerykanin, Lewis Hine. Ta niezwykła osoba poświeciła aż cztery lata swej pracy na ukazanie niezwykle ciężkich warunków, w jakich przyszło pracować dzieciom. Jego reportaże miały ogromny wpływ na zmianę prawa oraz określenie minimalnego wieku, od jakiego dzieci mogły rozpocząć pracę w danym zakładzie, zawodzie.


Wyjątkowo, tym razem przedstawione zostanie nie jedno zdjęcie, lecz najważniejsze fotografie z całego czteroletniego cyklu. 


Lewis Hine (1874-1940) z wykształcenia był socjologiem i badał warunki społeczne panujące w Ameryce na początku XX wieku. Wkrótce odkrył, że środkiem, dzięki któremu będzie mógł przekazać społeczeństwu prawdziwy obraz robotniczej Ameryki będzie fotografia. Obsługi aparatu nauczył się sam i wkrótce rozpoczął swą pracę fotografa-socjologa. 
Na zdjęciach ukazywał liczne problemy społeczne, z jakimi borykało się amerykańskie społeczeństwo, a mianowicie: niesprawiedliwość i wyzysk w pracy, trudne warunki panujące w zakładach pracy. Jego największym dziełem jednak był cykl reportaży Child labor in America.

Początek XX wieku był okresem, gdy chętnie zatrudniano w fabrykach dzieci. Ponieważ nie miały one takich samych praw, jak dorośli, dlatego można było wykorzystywać nieletnich do ciężkiej pracy, za którą otrzymywali niewielkie wynagrodzenie. Hine w ciągu kilku lat przemierzył całe Stany Zjednoczone fotografując ciężkie warunki pracy nawet kilkuletnich dzieci. W wyniku tych podróży powstał niezwykle mocny w odbiorze fotoreportaż, który wkrótce stał się jednym z głównych czynników, które doprowadziły do zmiany prawa pracy. Oto kilka najważniejszych zdjęć Hine'a:

Furman Owens, dwunastolatek. Nie potrafił czytać, nie znał w ogóle alfabetu. "Chciałem się uczyć, lecz nie mam na to czasu z powodu pracy". Chłopak od 8 roku życia pracował w młynach. 













 







Warunki panujące w zakładach włókienniczych. Niektórzy chłopcy i dziewczęta byli tak mali, że musieli wspinać się do ramy przędzalni, by  naprawić zerwane nici i umieścić z powrotem puste szpulki.

Miała niecałe 1.3 metra wzrostu. Czasem pracowała w nocy. Za dzień pracy otrzymywała jedynie 48 centów. Na pytanie, ile miała lat, najpierw się zawahała, a następnie powiedziała: "Nie pamiętam", jednak dodał poufnie, "Nie mam wystarczająco lat by móc tu pracować, lecz robię to samo, co dorośli." Spośród 50 pracowników fabryki, aż dziesięcioro dzieci było mniej więcej jej wielkości.



  

                                                            Gazeciarze






Wielu chłopców pracowało od rana do wieczora. Często byli bici przez rodziców za słabe wyniki sprzedaży. Chłopiec na trzecim zdjęciu wrócił na ulicę po swym drugim groźnym zapaleniu płuc.

Zdecydowanie najtrudniejsze warunki panowały w kopalniach, gdzie ze względu na niski wzrost niezwykle chętnie zatrudniano nieletnich. Do dziś trudno oszacować, ilu młodych chłopców poniosło śmierć w amerykańskich kopalniach.







Hine dotarł także do dzieci pracujących w fabrykach przemysłowych, a także małych zakładach zajmujących się przetwórstwem ryb i owoców morza.












Większość dzieci pracowała od rana do wieczora. Od niektórych wymagano pracy w  przedziale czasowym od 4 rano do 17. Oczywiście wynagrodzenie było minimalne. 

Praca dzieci nie ominęła również w przemyśle rolniczym. To tutaj często najmłodsi musieli wykonywać prace typowo przeznaczone dla dorosłych. Dzieci w wieku kilku lat musiały pomagać przez cały dzień rodzicom w  polu. W trudnych czasach liczyła się każda para rąk bez znaczenia na wiek.






Hine wierzył, że jego fotografie obudzą wreszcie sumienie społeczeństwa, które powinno ograniczyć pracę nieletnich. Dzięki jego zdjęciom rozpoczęły się usilne starania o walkę praw dzieci. O tym, że przyniosły one skutek mogą świadczyć dane z 1920 roku, kiedy to w zakładach pracy pracowało o połowę mniej dzieci niż dziesięć lat wcześniej. Udało się także w owym czasie prawnie uchwalić minimalny wiek pracy w poszczególnych miejscach oraz maksymalny wymiar godzin pracy.

Mimo ogromnego sukcesu, jaki osiągnął swą pracą Lewis Hine, temu amerykańskiemu fotografowi przyszło do końca swego życia zmagać się z ubóstwem. Za życia stał się kimś w rodzaju znanych nam wszystkim artystów, których wybitne prace i osiągnięcia zostały uznane dopiero po śmierci. Dziś Hine uznawany jest za wybitnego specjalistę w fotografii społecznej.


Źródła:
http://fotograficzno.pl/lewis-hine/
http://www.archives.gov/education/lessons/hine-photos/
http://www.historyplace.com/unitedstates/childlabor/

czwartek, 19 lipca 2012

Lunch atop a skyscraper

Zdecydowanie jednym z najbardziej rozpoznawalnych zdjęć na świecie, które stało się ważnym elementem kultury jest Lunch atop a skyscraper autorstwa Charlesa C. Ebbetsa. Prawdopodobnie żadne inne zdjęcie w historii nie pojawiło się na tylu plakatach i obrazach wiszących w naszych domach. 


                                                                                  Fot. Charles C. Ebbets

Zdjęcie ukazuje jedenastu mężczyzn w przerwie na lunch w czasie pracy nad wznoszeniem budynku GE w nowojorskim Rockefeller Center w 1932 roku. Mierzący 259 metrów wysokości, GE Building był w owym czasie jednym z pierwszych nowojorskich drapaczy chmur i już sam etap jego budowy robił spore wrażenie. Jeszcze większy podziw wzbudziła publikacja powyższego zdjęcia, które ukazało się w dodatku do "New York Herald Tribune" w niedzielę 2 października. 

Aż do roku 2003 za każdym razem pod zdjęciem ukazywała się informacja "Autor nieznany". Dopiero wtedy po przeprowadzonych badaniach okazało się, że autorem fotografii był Charles C. Ebbets. Fotograf zafascynowany drapaczami chmur wykonał przeszło 300 zdjęć podczas budowy, które ukazywały się w lokalnych gazetach. 

Od samego początku wokół zdjęcia narastały kontrowersje. Wiele osób twierdziło, że jest ono tak niewiarygodne, iż nie może być prawdziwe. Z jednej strony mamy kilka faktów, które mogą przemawiać za tym, iż mamy do czynienia z fotomontażem. Po pierwsze samo ułożenie nóg robotników może sugerować, że zdjęcie zostało zrobione na ziemi, a następnie umiejętnie zmontowane. Ponadto wokół robotników panuje dziwna biała poświata. Może to być efekt retuszu lub po prostu mgła, chmury, które stanowiły jeden z elementów tła. Robotnicy wydają się trochę nierealni. Jeśli znajdowali się na wysokości 200 metrów, to musiały tam panować zgoła inne warunki niż na ziemi. Silny wiatr z pewnością utrudniłby zapalenie papierosa, a jeden z robotników rozebrany jest do tego stopnia, jakby było tam ponad 30 stopni, gdy w rzeczywistości mogło być ledwie kilkanaście. 

Moim zdaniem zdjęcie nie jest jednak fotomontażem. Cała sztuka zapewne polegała na znakomitej umiejętności wykadrowania zdjęcia i być może ustawieniu całej sytuacji. Tuż pod pracownikami znajdują się elementy rusztowania. Można pokusić się o stwierdzenie, że wcześniej wybudowany poziom znajduje się do kilku metrów poniżej robotników. Cała sztuka polegała na tym, by tak wykadrować zdjęcie, żebyśmy sądzili, że robotnicy znajdują się na krawędzi konstrukcji, gdy w rzeczywistości mogli mieć za i pod sobą jeszcze kilka metrów rusztowania. Dzięki temu w momencie upadku prawdopodobnie nic by się im nie stało. 

Umiejętne wyreżyserowanie całej sytuacji sprawiło, że do dziś amerykańscy robotnicy budzą podziw swą odwagą i kompletnym brakiem troski o względy bezpieczeństwa. W owym czasie zdjęcie miało ukazać herosów, którzy bez żadnych zabezpieczeń budowali najwyższe budynki na świecie i mieli czas na to, by podczas przerwy zapalić papierosa, poczytać gazetę. 

Według przeprowadzonych w ostatnich latach badań udało się prawdopodobnie ustalić tożsamość dwójki pracowników. Okazali się nimi być irlandzcy emigranci - Mattie O'Shaughnessy oraz Sonny Glynn. 

Do dziś zdjęcie stanowi inspirację dla wielu fotografów, a przy tym stało się obiektem licznych przeróbek oraz nawiązań w popkulturze. 

Źródła:
http://eng7741projects.wikispaces.com/Lunch+A-top+a+Skyscraper
http://www.thejournal.ie/readme/lunch-atop-skyscraper-photo-men-irish-shanaglish/#slide-slideshow5
http://stacjakultura.pl/3,15,28201,Fotografie_wszech_czasow_Lunch_na_dachu_drapacza_chmur,artykul.html
 

niedziela, 24 czerwca 2012

The last Jew in Vinnitsa

Historia Holokaustu to setki, tysiące dramatycznych i często bardzo tragicznych zdjęć. Bez wątpienia jednym z najbardziej znanych na świecie i bardzo poruszających obrazów jest zdjęcie zatytułowane "Ostatni Żyd w Winnicy". Co bardzo ważne, to zdjęcie przez wiele lat było całkowicie nieznane, aż w końcu odnaleziono je  przypadkowo w albumie byłego niemieckiego żołnierza. Na jego odwrocie znajdował się napis, który jednocześnie stał się tytułem fotografii.




W roku 1941 w ślad za szybko postępującymi wojskami niemieckimi podążały specjalne grupy Einsatzgruppen (Grupy Operacyjne), których jedynym zadaniem było sianie terroru oraz mordowanie ludności na podbitych terenach. Co oczywiste, ich głównym "wrogiem" była ludność żydowska.
Jednym z miejsc, które miało stać się masowym grobem społeczności żydowskiej była Vinnitsa.

16 i 22 września 1941 roku w tej miejscowości doszło do dwóch masowych rozstrzelań, w których śmierć poniosło blisko 28 tysięcy osób. Niemiecki oficer Erwin Bingel, świadek tamtych wydarzeń, otrzymał rozkaz zorganizowania straży wokół lotniska i linii kolejowych w dystrykcie miasta Uman. O świcie w dniu 16 września 1941, porucznik Bingel i jego ludzie przybyli na miejsce, gdzie zobaczyli tłum ludzi sprowadzonych do rowów przed lotniskiem, składający się z mężczyzn, kobiet i dzieci. Okazało się, że Żydzi zostali zgromadzeni w tym miejscu w wyniku skierowanej do nich odezwy. Zapewne myśleli, że Niemcy chcą im oznajmić jakieś ważne informacje lub przesiedlić. Rzeczywistość była niestety całkiem inna.

Z ciężarówek zaczęto rozładowywać worki z chlorkiem wapnia. Tymczasem na lotnisku wylądowało kilka transportowców, z których zaczęli wychodzić żołnierze SS. Ludności żydowskiej nakazano najpierw pozbycie się wszelkich kosztowności, które musieli położyć na specjalnie do tego wyznaczonych stołach, by potem rozebrać się do naga. Pogrupowano ich według płci i kazano ustawiać się w szeregu nad dołami. W tym momencie rozpoczęła się masakra. Naziści rozstrzeliwali dzieci, mężczyzn, kobiety i starców za pomocą pistoletów maszynowych. Wielu żołnierzy dopuszczało się ogromnych aktów okrucieństwa. 

Niemcy postanowili skorzystać jeszcze z pomocy oczekujących na rozstrzelanie. Każdy kolejny szereg musiał za pomocą łopat najpierw rozsypać chlorek wapnia na ciałach rodziny, przyjaciół, znajomych, by potem samemu paść ofiarą kolejnych rozstrzelań.

Powietrze rozbrzmiewało okrzykami zabijanych i torturowanych ludzi. W tym momencie Bingel nie mógł przestać myśleć o pozostawionych w domach żonach i dzieciach, którzy wierzyli, że ich mężowie i ojcowie dumnie i bohatersko walczyli w szeregach armii niemieckiej, podczas gdy elitarny, unikalny oddział popełniał  najbardziej straszne akty okrucieństwa.

W dniu 22 września 1941 roku porucznik Bingel i jego ludzi byli świadkami drugiej masakry w Winnicy. Tym razem obok oddziałów SS w mordowaniu cywilów brała również ukraińska milicja. 

Porucznik Bingel wspominał:

"Rano o 10.15 rozpętała się dzika strzelanina i straszne ludzkie okrzyki. Na początku nie nie wiedziałem co się dzieje, ale kiedy zbliżyłem się do okna, z którego miałem szeroki widok na cały park miejski, zauważyłem ukraińską milicję na koniach, która uzbrojona w pistolety i karabiny jeździła wokół oraz wewnątrz tłumu ludzi zgromadzonego na terenie parku.
Nagle setki pocisków pomknęły w stronę masy ludzkiej. Kto nie zginął od kul natychmiast padł ofiarą ukraińskich szabli. Niczym upiorne zjawy, ta horda Ukraińców, wypuszczona i dowodzona przez oficerów SS, brutalnie zadeptała ludzkie ciała, bezlitośnie zabijając niewinne dzieci, matki i starych ludzi, których jedynym przestępstwem było to, że udało im się uniknąć wcześniejszych masowych mordów".


W ciągu zaledwie kilku dni wymordowano całą kilkudziesięciotysięczną ludność żydowską w okolicy. O skali przemocy mogą świadczyć zdjęcia, ukazujące ciała ofiar masakry.







Tytułowe zdjęcie ukazuje ostatniego Żyda w Winnicy. Cała sytuacja wygląda niczym upiorne przedstawienie. Kaci zebrani wokół ofiary oglądają ostatni akt sztuki. Ta zatrzymana chwila dobitnie pokazuje pozycję, w jakiej znajdowali się mordercy i ich ofiary. Wszyscy z zaciekawieniem i spokojem przyglądają się ostatniej egzekucji. Na twarzach niektórych widać jakby oznaki zmęczenia, znużenia całym dniem "pracy".

Klęcząca, wychudzona nad dołem postać nie chce patrzyć na ciała swych współbratymców. Wydaje się, że w tej ostatniej chwili spoglada gdzieś przed siebie. Jego spojrzenie i postawa wobec całej sytuacji są przerażające i na długo potrafią utkwić w naszej pamięci.

Źródła:
http://www.holocaustresearchproject.org/einsatz/bingel.html
http://ww2today.com/22nd-september-1941-the-last-jew-in-vinnitsa
http://pl.wikipedia.org/wiki/Einsatzgruppen

wtorek, 5 czerwca 2012

Thich Quang Duc

We współczesnej historii dochodziło do wielu form protestów. Jedne z nich przybierały pokojową formę, inne stanowiły podłoże do krwawej rewolucji. Jednak największe wrażenie zawsze wywierały drastyczne posunięcia, wśród których najbardziej przerażające były akty samospalenia. W naszej historii na trwałe zapisało się samospalenie Ryszarda Siwca w proteście przeciw inwazji wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. Na świecie najbardziej znana jest historia Thich Quang Duca, buddyjskiego mnicha, który w roku 1963 dokonał aktu samospalenia w proteście przeciwko dyktaturze i prześladowaniom buddyzmu w Wietnamie Południowym.


                                                           Fot. Malcolm Browne 

W roku 1955 Ngô Đình Diệm dokonał obalenia rządów cesarza Bảo Đại. Obwołał się przywódcą Republiki Wietnamu. Ponieważ był katolikiem, zdecydował się na faworyzowanie religii chrześcijańskiej kosztem innych wyznań. Aczkolwiek faworyzowanie to zbyt małe słowo. Diem zdecydował się na powierzenie całej władzy w rękach katolików. Od tej pory wyznawcy innych religii byli jawnie dyskryminowani, a zwłaszcza buddyści. 

Katolicy otrzymywali wysokie funkcje państwowe, wielu dowódców wojskowych siłą zmuszono do zmiany wyznania. Ponadto otrzymywali przydział ziem, zwolnieni byli z płacenia wielu podatków oraz pańszczyzny. Wielu księży katolickich tworzyło własne armie, które wielokrotnie bezkarnie atakowały i grabiły buddyjskie wioski. Punktem kulminacyjnym dla buddystów okazał się zakaz korzystania z buddyjskiej flagi podczas obchodów święta Vesak. Z tego powodu tłumy ludzi wyszły na ulice, by zaprotestować, na co rząd odpowiedział ogniem, w wyniku którego śmierć poniosło 9 osób. 

W dniu 10 czerwca 1963, amerykańscy korespondenci zostali poinformowani, że "coś ważnego" ma się wydarzyć następnego ranka następnego ranka na drodze obok kambodżańskiej ambasady w Sajgonie. Większość korespondentów zlekceważyła tę wiadomość. Na miejscu pojawił się jednak David Halberstam z New York Times oraz fotograf Malcolm Browne. 

Około 350 mnichów i mniszek maszerowało ulicami miasta wzywając prezydenta do spełnienia obietnic wprowadzenia równości religijnej. W pewnym momencie z pobliskiego samochodu wysiadło trzech mnichów. Uczestnicy marszu utworzyli krąg wokół jednego z nich, który spokojnie usiadł na poduszce w tradycyjnej medytacji buddyjskiej pozycji lotosu. Jeden z towarzyszących mu mnichów, oblał Duca benzyną. Ten po odmówieniu modlitwy Nam Mo Di Dja Phat ("hołd Buddzie"), rzucił na siebie zapaloną zapałkę. 

 Dawid Halberstam w taki oto sposób wspomina całe zajście;
 
(...) płomienie wychodziły z istnienia ludzkiego; jego ciało powoli schnęło i marszczyło się, jego głowa czerniała (...). W powietrzu było czuć zapach palącego się ludzkiego ciała; ludzkie ciało paliło się tak szybko. Za mną płakali Wietnamczycy, do których dopiero teraz tak naprawdę dotarło, co się stało. Byłem za bardzo zszokowany, by płakać, za bardzo zdezorientowany, aby zadawać jakiekolwiek pytania i dociekać, za bardzo oszołomiony, aby o czymkolwiek myśleć... Kiedy się palił, nie poruszył nawet ani jednym mięśniem, nie wydał ani jednego dźwięku, jego zewnętrzny spokój tak bardzo kontrastował z jęczącymi ludźmi, którzy go otaczali.
 O tym dlaczego nikt nie ruszył z pomocą mnichowi świadczy relacja autora zdjęcia, Malcolma Browne'a:

To była noc 10 czerwca 1963 roku. Duc zadzwonił do mnie mówiąc: Panie Browne, proszę przyjść do takiej i takiej pagody jutro o szóstej rano. Wydarzy się coś naprawdę istotnego. Od razu wiedziałem że jest nietypowo - zgromadził się tam tłum buddyjskich mnichów i mniszek, wiele z nich płakało. Dwóch młodych mnichów wyciągnęło plastikowy kanister z benzyną, polało nią starszego i zrobiło krok w tył. Thich Quang Duc zapalił zapałkę, którą trzymał na brzuchu i podpalił się. Oniemiałem, oblał mnie zimny pot, z najwyższym trudem skupiłem się na ostrości, naświetlaniu, robieniu zdjęcia. Byłem przerażony. Wielokrotnie pytano mnie, czy mogłem powstrzymać samobójstwo. Nie mogłem. Stała tam zwarta grupa około dwustu mnichów gotowych zablokować mnie, gdybym spróbował się ruszyć. Kilku z nich rzuciło się pod koła wozu strażackiego. Po latach mam jednak poczucie, że przyczyniłem się do tej śmierci. Że starszy mnich nie zrobiłby tego, gdyby nie był pewny obecności reportera, który przekaże relację światu.
Niestety prezydent mimo tego, że w ślad za Thich Quang Ducem samospalenia dokonało jeszcze kilku mnichów, w żaden sposób się tym nie przejął. Co ważniejsze wzmógł jeszcze bardziej represje i nakazał liczne aresztowania. Ponoć żona brata prezydenta miała wypowiedzieć zdanie -  klaskałabym w dłonie, gdy zobaczyłabym innego palącego się mnicha.

Zdjęcie błyskawicznie obiegło cały świat i stało się przyczyną upadku rządu dyktatora. Z powodu represji  USA zaprzestały udzielać wsparcia urzędującemu prezydentowi. Ponadto Stany Zjednoczone usiłowały wywrzeć presję na dyktatorze, by ten złagodził swą politykę. Ngô nie tylko tego nie uczynił, lecz zagroził także, że usunie amerykańskich doradców wojskowych. W wyniku działań amerykańskich służb wywiadowczych doszło do przewrotu wojskowego, w czasie którego dyktator poniósł śmierć. 

Choć w niezwykle dramatyczny i drastyczny sposób, to jednak bardzo skuteczny, śmierć Thich Quang Duca doprowadziła do zamierzonego celu. Do historii świata przejdą nie tylko ostatnie chwile jego życia, lecz także przesłanie:

Przed zamknięciem oczu i skierowaniu ich w stronę Buddy, z szacunkiem zwracam się do prezydenta Ngo Đình Diem, by ten podjął się współczucia wobec swego narodu i zachował religijną równość. Wzywam czcigodnych i wielebnych, członków Sanghi i świeckich buddystów do solidarnego  poświęcenia się dla ochrony buddyzmu.

 Źródła:
 http://en.wikipedia.org/wiki/Thich_Quang_Duc#Religious_background
 http://pl.wikipedia.org/wiki/Th%C3%ADch_Qu%E1%BA%A3ng_%C3%90%E1%BB%A9c
 http://pl.wikipedia.org/wiki/Ng%C3%B4_%C4%90%C3%ACnh_Di%E1%BB%87m



czwartek, 31 maja 2012

Gest Kozakiewicza

W 1980 roku po raz pierwszy w historii wydarzenia polityczne całkowicie przesłoniły ideę organizacji Igrzysk Olimpijskich. Ze względu na radziecką inwazję na Afganistan w grudniu 1979, większość krajów Zachodu zbojkotowało igrzyska w Moskwie (kraje komunistyczne zrewanżowały się w taki sam sposób cztery lata później w Los Angeles). Już samo powierzenie organizacji tak ważnej imprezy Rosjanom było bardzo kontrowersyjną decyzją.  Jednak dla naszego kraju zawody w Moskwie zapisały się zupełnie z innego powodu - jednego człowieka i jego gestu skierowanego w stronę rosyjskiej publiczności. 



                                                 
Igrzyska Olimpijskie w Moskwie miały być ogromnym sukcesem Związku Radzieckiego. Specjalnie na ten okres zbudowano nowe obiekty sportowe za równowartość 9 miliardów dolarów. Stolica została na czas igrzysk specjalnie zmieniona, by zagraniczni zawodnicy, reporterzy oraz turyści nie poznali prawdziwego oblicza sowieckiej Rosji. Niepożądanych obywateli, w tym wiele młodzieży wywieziono poza miasto. Na sklepowe półki trafiły zagraniczne towary, których mieszkańcy i tak mieli zakaz kupowania. Wiele ulic zostało ozdobionych kolorowymi billboardami, specjalnie zasłonięto ulice nędzy. Żeby ceremonia otwarcia przebiegała w słonecznej pogodzie, przez dwa dni nad miastem rozpylano specjalne środki chemiczne.


Większość miejsc na trybunach stadionów oraz hal zapełnili działacze i członkowie organizacji partyjnych czy społecznych, a także przebrani żołnierze. Ich zadaniem miało być wyłącznie dopingowanie radzieckich sportowców. Z powodu bojkotu zachodnich federacji, poziom zmagań sportowych znacznie zmalał, choć nie przeszkadzało to Rosjanom w wypaczaniu wyników sportowych. Jeszcze przed zawodami tyczkarzy, w czasie konkursu rzutu oszczepem specjalnie otwierano i zamykano wrota stadionu, by poprzez zmianę prądów powietrznych zmienić odległość rzutu poszczególnych zawodników.   W czasie konkursu skoku o tyczce 30 lipca również zastosowano ten zabieg, jednak okazał się on nieskutecznym na niesamowitego Polaka. Kim on był?Władysław Kozakiewicz pochodził z biednej rodziny repatriantów spod Wilna. Dzięki pomocy starszego brata zaczął trenować skok o tyczce. Już w roku 1974 zdobył srebrny medal Mistrzostw Europy w Rzymie. Jednak czas jego największego triumfu miał dopiero nadejść. 
Wielkim faworytem gospodarzy był Konstantin Wołkow. Wszyscy liczyli, że pokona dwóch Polaków: Kozakiewicza i Ślusarskiego. Oprócz stosowania chwytu z wrotami stadionu, publika przy każdym skoku Polaków głośno buczała i gwizdała. Kozakiewicz postanowił pokazać rosyjskiej publice na co go naprawdę stać. O podziale medali miała przesądzić wysokość 5 metrów i 74 centymetrów. Przy drugiej próbie Polak pokonał tę wysokość, co dało mu złoty medal! Swą radość okazał w bardzo nietypowy sposób - krzyżując ramiona odpowiedział wrogiej publiczności.  
    Następnie udało mu się pokonać wysokość 5.78, czym pobił rekord świata. Wołkow musiał zadowolić się drugim miejscem ex aequo ze Ślusarskim.  Zdjęcia słynnego gestu pojawiły się w prasie na całym świecie. Francuska gazeta L'Equipe ogłosiła, że było to jedno z najciekawszych wydarzeń w całej historii igrzysk. Dla Polaków w okresie solidarnościowych strajków stał się on ważnym symbolem, a Kozakiewicza okrzyknięto bohaterem narodowym. Niestety zdjęcia naszego sportowca ukazały się w Polsce jedynie w gazetce podziemnej. Choć odbierano w wielu kręgach gest Kozakiewicza jako sprzeciw wobec władzy sowieckiej, to on sam twierdzi, że chodziło jedynie o publikę. Chciał do niej wykrzyczeć "zobaczcie, zwyciężyłem", lecz nikt by go nie usłyszał. Dlatego zdobył się na taki czyn.  Początkowo Polak nie zdawał sobie sprawy z powagi całej sytuacji. Po zawodach złożono specjalny protest, chcąc Kozakiewicza zdyskwalifikować i odebrać mu złoty medal. Na szczęście polski związek tłumaczył się, że ich zawodnik dostał skurczu mięśni i tak musiał okazać swą radość. Jednak po powrocie do kraju traktowano go niczym banitę. Zabrano mu paszport i odebrano mieszkanie w Gdyni. W 1985 roku wyjechał na stałe do Niemiec. Obecnie mieszka pod Hanowerem i posiada podwójne obywatelstwo.   Źródła:http://www.polskieradio.pl/9/325/Artykul/463160,Trudne-zycie-po-gescie-Kozakiewicza-http://www.polskieradio.pl/39/245/Artykul/253443,Gest-Kozakiewiczahttp://www.gazetawroclawska.pl/artykul/288256,wladyslaw-kozakiewicz-to-byl-taki-nasz-polski-gest,1,id,t,sa.html  

czwartek, 24 maja 2012

James Nachtwey - Rwanda

W 1994 roku doszło do jednego z największych ludobójstw w historii świata. W niespełna 100 dni  w wyniku wojny domowej w Rwandzie śmierć poniosło ponad milion osób. Mimo alarmu wielu pracowników organizacji charytatywnych oraz dziennikarzy, świat nie zareagował odpowiednio na tę tragedię. 


                                                       Fot. James Nachtwey

Ze względu na uwarunkowania historyczne Rwanda od dawna stanowiła ogromny punkt zapalny. Zamieszkują ją od setek lat dwa ludy: Hutu i Tutsi. Od samego początku nie darzyły się sympatią, a wzajemne animozje narastały z biegiem czasu. Choć zazwyczaj mówi się o nich jako o dwóch odrębnych plemionach, to jednak bardziej adekwatnym określeniem powinno być - klasy społeczne, kasty.
Przed masakrą Hutu stanowili 85% mieszkańców Rwandy i Burundi. Przez wieki byli klasą niższą. Pozbawiono ich majątku oraz władzy na rzecz Tutsi. Trudnili się przeważnie rolnictwem. 
Tutsi, mniejszość ludności (14%), byli zawsze na uprzywilejowanej pozycji. To oni posiadali władzę, a symbolem ich bogactwa były hodowane przez nich krowy.
Niewielka powierzchnia pół uprawnych stała się jednym z głównych źródeł narastającego konfliktu. 

W momencie, gdy Rwanda stała się belgijską kolonią, jej nowi właściciele postanowili raz na zawsze wprowadzić podział wśród mieszkańców. Choć warunkami fizycznymi, ogólnym wyglądem mieszkańcy mogli się nic nie różnić od siebie, to jednak od tego momentu każdy obywatel Rwandy musiał mieć wpisaną w dowodzie przynależność do odpowiedniej kasty.

Z powodu ukształtowania terenu oraz bardzo gęstego zaludnienia, obie klasy społeczne zmuszone zostały do mieszkania obok siebie. Na przestrzeni lat wybuchało wiele konfliktów etnicznych, w których ginęły nawet setki tysięcy osób, lecz najgorsze miało dopiero nadejść. W drugiej połowie XX wieku nastał reżim Hutu, który zaczął powolne planowanie pozbycia się niewygodnych obywateli.

Rozpoczęto prowadzenie polityki, której propaganda przeciw Tutsi przypominała metody stosowane przez nazistów wobec Żydów. O Tutsi mówiono „inyenzi”, czyli karaluchy. Należało tę plagę wyplenić, całkowicie zlikwidować. Choć na ich wiecach zapowiadano publicznie rozprawienie się z "przeciwnikami", to jednak Tutsi nie chcieli wierzyć, iż może dojść do masakry.

Jednak już cztery miesiące przed rozpoczęciem działań, lokalne władze otrzymywały szczególne wytyczne co do przeprowadzenia akcji eksterminacji. Wreszcie 6 kwietnia 1994 r. nad Kigali zestrzelony został samolot prezydencki. Do dzisiaj nie wiadomo, kto stał za tym zamachem, gdyż prezydent tracił uznanie w oczach pozostałych członków rządu. Już kilkadziesiąt minut po tym incydencie bojówki Hutu wraz z oddziałami wojskowymi zaczęły zabijać Tutsi. 

Kolejnym sygnałem do rzezi było nadanie w radiu hasła "ściąć wysokie drzewa". Radio stało się głównym narzędziem nawołującym do ludobójstwa. Wszyscy mężczyźni mieli obowiązek mordowania Tutsi. Ponadto każdy Hutu, który maił odmówić wykonania rozkazu, pomagał Tutsi lub się z nimi przyjaźnił, również miał zostać zamordowany. 

Rozpoczęła się jedna z największych rzezi w historii ludności, a jej największym symbolem stały się maczety.

Na powyższym zdjęciu ukazane zostały maczety, które Hutu musieli pozostawić przed przekroczeniem granicy z Kongiem.

Sprowadzane z Chin i sprzedawane w setkach tysięcy, maczety miały być i były głównym narzędziem zbrodni. Oprawcy prześcigali się w okrucieństwie. Urządzano prawdziwe orgie morderstw, a radio Tysiąca Wzgórz podsycało jeszcze bardziej skalę zbrodni głosząc, że "Groby Tutsi są pełne dopiero w połowie. Wypełnijcie je do końca!”. Nie oszczędzano nikogo, kobiet, starców, dzieci, zakonników, a nawet żołnierzy ONZ. W wielu przypadkach bojówki posiadały dokładne listy Tutsi wraz z ich adresami zamieszkania.

Niestety siły pokojowe biernie przyglądały się rzezi, a mocarstwa światowe albo bały się interwencji, albo uznawały wojnę za sprawę wewnętrzną Rwandy. W ten oto sposób ONZ stało się biernym uczestnikiem zdarzeń i mimo próśb ludności nie zrobiło nic, by uratować bezbronne osoby. Dopiero w obliczu światowej krytyki oraz ogromu ludobójstwa zdecydowano się na interwencję. 

Ta jednak przyszła wcześniej z innej strony, a mianowicie dzięki Rwandyjskiemu Frontowi Patriotycznemu, czyli Tutsi z Ugandy i Tanzanii. Do lipca udało im się pokonać siły Hutu, którzy sami rozpoczęli masowy exodus do Konga. W zachodniej telewizji pokazywano uciekających Hutu jako ofiary ze strony Tutsi. W Goma w Kongo rozpoczęła się wielka akcja pomocy humanitarnej, pomocy dla setek tysięcy morderców. 2 lata później armia rwandyjska wkroczyła do Konga i zaatakowała obozy dla uchodźców. Udało im się schwytać bądź zabić wielu członków bojówek interahamwe, w głównej mierze odpowiedzialnych za mordy.

Do dzisiaj prowadzone są procesy osób odpowiedzialnych za ludobójstwo. Gehenna Tutsi przypomina w znacznej części los Żydów w czasie II wojny światowej. Z wielkich rodzin ocalały zaledwie jednostki lub nikt nie ocalał.

Na zdjęciu ukazany został mężczyzna z plemienia Hutu, który z powodu odmowy w  ludobójstwie, został uwięziony w obozie koncentracyjnym, gdzie go głodzono i atakowano maczetami. Mimo wszystko udało mu się przeżyć i trafił pod opiekę Czerwonego Krzyża. James Nachtwey po przyjeździe do Rwandy udokumentował w dramatyczny sposób przerażający widok kraju po tych wydarzeniach.





Dla osób, które chcą się czegoś więcej dowiedzieć o tym tragicznym konflikcie, polecam trzy filmy "Hotel Rwanda", "Shooting Dogs" oraz "Czasem w kwietniu". 


Źródła:
pl.wikipedia.org/wiki/Ludobójstwo_w_Rwandzie
http://pasjaswiata.pl/rwanda-ludobojstwo/
http://pasjaswiata.pl/ludobojstwo-w-rwandzie/
http://pasjaswiata.pl/rwanda-1994/