piątek, 14 listopada 2014

KWK Generał Zawadzki '1969

W 1969 roku w Dąbrowie Górniczej doszło do katastrofy w kopalni "Generał Zawadzki". Gdyby nie wielkie szczęście górników oraz sprawnie poprowadzona akcja ratunkowa, mielibyśmy wtedy do czynienia z jedną z najtragiczniejszych tego rodzaju sytuacji w polskim górnictwie. Na całe szczęście stało się zupełnie inaczej, a symbolem sukcesu jest między innymi to zdjęcie przedstawiające jednego z wielu uratowanych wtedy górników. 

fot. Stanisław Jakubowski

Dwudziestego trzeciego lipca 1969 roku w chodniku wentylacyjnym znajdującej się w Dąbrowie Górniczej kopalni Generał Zawadzki zaczęła pojawiać się woda. Jest to częsta sytuacja w górnictwie, jednak za każdym razem stwarza spore zagrożenie. W tym wypadku było ono o tyle większe, że nad podziemnymi szybami i korytarzami znajdował się sztuczny zbiornik z wodą "Jadwiga II". 

Następnego dnia służby geologiczne sprawdziły na wszelki wypadek, czy poziom wody w tym osadniku nie zaczyna opadać. Wszystko było w normie, jednak na wszelki wypadek nakazano opróżnić osadnik. Niestety przed przystąpieniem do prac, dno zbiornika uległo zapadnięciu, a do wnętrza kopalni zaczęły się wdzierać ogromne ilości wody. W ciągu dwóch godzin spłynęło 90 tysięcy metrów sześciennych wody! W krótkim czasie chodniki zamieniły się w rwące rzeki, będące śmiertelnym zagrożeniem dla górników. Większości z nich udało się w porę uciec, jednak na dole blisko stu z nich zostało uwięzionych. 

Dyrekcja kopalni początkowo nie mogła rozeznać się w sytuacji, albowiem skala zniszczeń była ogromna. Brakowało kontaktu z wieloma osobami z ponad 1,5 tysiąca pracowników. Po pewnym czasie znajdowano ocalałych górników, lecz nadal nie można było doszukać się blisko 80-ciu. Tymczasem owa grupa zebrała się oddziale G3. Było ich dokładnie 79-ciu. Mimo potoku rwącej wody udało im się na taśmie wciągnąć w górę chodnika do wspomnianego oddziału. Był to jednak początek ich problemów, gdyż zaczęło dochodzić do zawałów, które odcięły im drogę ucieczki. 

Sytuacja na kopalni stała się głównym tematem w całym kraju. Do Dąbrowy zjechali się wtedy między innymi premier Cyrankiewicz, minister górnictwa Jan Mitręga oraz Edward Gierek. Pod kopalnią zaczęły gromadzić się tłumy rodzin górników. Panowała wśród nich niepewność oraz obawy o najgorsze. 

fot. Józef Wróbel

Uwięzieni górnicy pozbawieni byli łączności, elektryczności, czystej wody, a także jedzenia. Do tego zniszczone szyby wentylacyjne odcięły im dopływ świeżego powietrza. Na miejsce akcji zjeżdżały się zastępy ratowników z całego województwa. Było ich łącznie ponad pięciuset. Kierujący akcją dzięki wcześniejszej krótkotrwałej łączności z dołem wiedzieli o tej grupie uwięzionych górników, lecz nie znali ich dokładnej lokalizacji, a wszystkie drogi były odcięte przez wodę, zawały i zniszczony sprzęt.

Górnicy odczuwając brak tlenu, rozpoczęli poszukiwania źródła świeżego powietrza. Grupa poszukiwawcza udała się w kierunku pochylni 33, gdzie znajdował się rurociąg przeciwpożarowy. Na całe szczęście rurociąg okazał się niezniszczony, dzięki czemu grupa zebrała się przy jego wylocie. Choć na tę chwilę byli bezpieczni, to jednak wciąż pozostawali uwięzieni wiele metrów pod ziemią. Po 29 godzinach prowadzonej akcji ratunkowej, ekipie poszukiwawczej udaje się nawiązać kontakt z uwięzionymi poprzez rurociąg 

Wszystkie siły zostały skierowane w stronę pochylni 33. W samym centrum Dąbrowy Górniczej, nieopodal Pałacu Kultury Zagłębia ustawiono szyby wiertnicze, które miały wydrążyć drogę do zasypanych. Mimo uzyskania kontaktu z korytarzem i spuszczenia na dół telefonu oraz niezbędnych środków do przeżycia, uwięzieni górnicy nie byli w stanie odnaleźć przesyłki z góry. Z powodu braku tlenu oraz poważnych utrudnień ratownicy z trudem przebijali się przez 200 metrów zasypanego chodnika. Tworzyli własny tunel o wymiarach metr na metr, a postęp prac wynosił od 1 do 4 metrów na godzinę. Poprzez rurociąg wtłaczano do górników świeże powietrze, a także w piłeczkach pingpongowych witaminy. 

Kolejne godziny w ciemnościach oraz niedobór tlenu zaczęły sprawiać, że wielu górników miało halucynacje, traciło wiarę w końcowy ratunek. Sytuację na szczęście udało się opanować sztygarowi Romanowi Wilkowi. Tymczasem wreszcie po 77 godzinach ratownicy przebili się do górników i udało im się wyprowadzić ich na powierzchnię. Opisywane zdjęcie pokazuje właśnie radość jednego z 79-ciu górników, którzy dzięki znakomitej akcji ratowniczej wyrwali się ze szponów śmierci. Warto dodać, że autor fotografii, Stanisław Jakubowski, w roku 1969 za reportaż z akcji ratowniczej został nagrodzony w kategorii Photo Stories w konkursie World Press Photo. 

Niestety radość z sukcesu zmącił fakt śmierci 19-letniego Mariana Dereja, który zginął w czasie zawału. Gdyby na chwilę przed wypadkiem wykonał kilka kroków do przodu, to prawdopodobnie znalazłby się w grupie ocalonych. 

KWK "Generał Zawadzki" (Paryż) podobnie jak większość kopalni na Górnym Śląsku oraz Zagłębiu Dąbrowskim w latach 90. uległa likwidacji.





fot. Józef Wróbel

Duże podziękowania dla portalu Dawna Dąbrowa za udostępnienie zdjęć.

Źródła:


http://polska.newsweek.pl/historia--w-chile-uratowano-33--u-nas-az-79-gornikow,67059,1,1.htmlhttp://www.dabrowa.pl/dg_zaklad-kopalnia_paryz.htmhttp://www.dziennikzachodni.pl/artykul/320004,w-kopalni-w-dabrowie-gorniczej-bylo-jak-w-chile-audio,4,id,t,sa.html

Film: Katastrofy górnicze - polecamy się waszej pamięci


poniedziałek, 3 listopada 2014

Najpiękniejsze samobójstwo

Fotografia wykonana przez Roberta Wilesa stanowi przykład tego, jak odpowiednia perspektywa oraz ujęcie mogą nawet scenę śmierci przedstawić w zupełnie innym świetle. Wizerunek ciała Evelyn McHale uznany został w swoich czasach za najpiękniejsze samobójstwo. 

fot. Robert C. Wiles

1 maja 1947 roku 23-letnia Evelyn McHale skoczyła z 86. piętra Empire State Building. Jej ciało wylądowało na dachu limuzyny należącej do ONZ, dlatego mimo upadku z ogromnej wysokości, nie odniosło większych obrażeń. Akurat po drugiej stronie ulicy znajdował się wtedy Robert Wiles, student fotografii. Udało mu się wykonać zdjęcie, które robi ogromne wrażenie i jest wręcz zjawiskowe. Spokój oraz naturalność ciała młodej kobiety na tle zniszczonego samochodu sprawiają, że może się wydawać, iż dziewczyna po prostu śpi, niczym jedna z postaci z bajek Disneya.

Mimo prowadzonego śledztwa przez różne osoby, niewiele dowiedziano się o życiu Evelyn McHale, a także jej ostatnich godzinach przed popełnieniem samobójstwa. Wiadomo tylko, że tego dnia kobieta widziała się ze swym narzeczonym z okazji jego urodzin, a na pozostawionej przez siebie kartce napisała „Będzie mu lepiej beze mnie… Nie byłabym dobrą żoną dla nikogo…”.

Kilka tygodni później zdjęcie ukazało się na okładce prestiżowego magazynu Life i do dzisiaj stanowi jedną z ikon XX-wiecznej fotografii.

Obraz doczekał się wielu przeróbek w sieci, czy też stał się inspiracją do stworzenia nowych dzieł, jak choćby uczynił to Andy Warhol. W 1995 roku ukazała się okładka płyty Gilt zespołu Machines of Loving Grace, która prezentowała się w ten sposób:

fot. Machines of Loving Grace
Warto dodać, że od chwili ukończenia budowy Empire State Building (1931) z budynku zanotowano 36 samobójstw, z czego aż 17 miało miejsce właśnie z tarasu widokowego umieszczonego na 86. piętrze. Evelyn McHale była 12. osobą, jaka odebrała sobie życie. Po pewnym czasie władze budynku zdecydowały się odgrodzić zwiedzających od krawędzi metalową siatką, co skutecznie odstraszyło wielu samobójców.

Źródła:
http://www.codex99.com/photography/43.html
http://life.time.com/history/evelyn-mchale-suicide-photo-empire-state-building-1947/#1
http://misterjaba.blog.pl/2012/07/11/najpiekniejsze-samobojstwo/




poniedziałek, 1 września 2014

Symbol Września '39

Dziś mija 75. rocznica napadu Niemiec na Polskę i wybuchu II wojny światowej. Wrzesień '39 kojarzy nam się z kilkoma symbolami-fotografiami, wśród których wymienić możemy pancernik „Schleswig-Holstein” ostrzeliwujący Westerplatte, łamanie polskiego szlabanu granicznego, dziewczynkę klęcząca nad ciałem zabitej siostry, samoloty zrzucające bomby na Warszawę, a także płonący Zamek Królewski w Warszawie. Jednym z najczęściej reprodukowanych zdjęć w książkach historycznych oraz podręcznikach szkolnych jest łamanie polskiego szlabanu granicznego, które jak się okazuje, było ustawione na potrzeby niemieckiej propagandy.

fot. Hans Sonnke

Obraz ten rzekomo ma przedstawiać niemieckich żołnierzy przekraczających granicę polsko-niemiecką 1 września. Prawda jest jednak zupełnie inna. Zdjęcie bowiem zostało wykonane dopiero 14 września na przejściu granicznym między Polską a Wolnym Miastem Gdańsk w Kolibkach. Jego autorem jest Hans Sonnke, znany przedwojenny gdański fotograf, którego prace opatrzone logiem "Foto-Sonnke" do dziś stanowią niezwykle ważne źródło wiedzy o architekturze i życiu Wolnego Miasta. 

Niemiecka propaganda najczęściej tytułowała owe zdjęcie jako „Niemieccy żołnierze demontują polski szlaban graniczny”. Tak też jego nazwa była powielana przez wielu historyków. W rzeczywistości istnieje kilka czynników, które przeczą takiemu nazewnictwu. Przede wszystkim wydarzenie nie miało miejsca pierwszego dnia wojny, lecz dopiero 14 września. Po drugie, była to granica między Polską a Wolnym Miastem Gdańsk, a po trzecie, na zdjęciu nie znajdują się żołnierze niemieckiego Wehrmachtu. Osobami w kadrze są gdańscy policjanci, o czym mogą świadczyć herby miasta na hełmach, jakie są widoczne na innym ujęciu z tego wydarzenia.  

Porównanie innych zdjęć towarzyszących temu wydarzeniu, a także kroniki filmowej, ukazało, że całe wydarzenie było inscenizowane (na dachu budynku sfilmowanego przez niemiecką ekipę widać żołnierza zdejmującego godło, które na zdjęciu znajduje się już na szlabanie). Choć obraz został zdemaskowany jako inscenizacja, to nadal jednak pozostaje jednym z najważniejszych symboli Września '39.

Źródła:
http://czywiesz.polki.pl/historia/268789,Czy-wiesz-ze-zdjecie-Niemcow-lamiacych-szlaban-graniczny-nie-wykonano-1-wrzesnia-1939-r.html
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Celnicy-gdanscy-zolnierze-polscy-i-herr-Sonnke-n33283.html#
http://fototekst.pl/ikony-wrzesnia/#_edn9
http://wpolityce.pl/polityka/168107-podreczniki-do-historii-trzeba-drukowac-od-nowa-slynne-zdjecie-niemcow-lamiacych-graniczny-szlaban-to-propagandowa-ustawka



Fotografie opatrzone logiem "Foto-Sonnke" do dziś są cennym źródłem wiedzy o architekturze i życiu Wolnego Miasta.

Czytaj więcej na:
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Celnicy-gdanscy-zolnierze-polscy-i-herr-Sonnke-n33283.html#tri
Fotografie opatrzone logiem "Foto-Sonnke" do dziś są cennym źródłem wiedzy o architekturze i życiu Wolnego Miasta.

Czytaj więcej na:
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Celnicy-gdanscy-zolnierze-polscy-i-herr-Sonnke-n33283.html#tri

czwartek, 14 sierpnia 2014

Liang Yaoyi

Niedawno świat obiegły zdjęcia ukazujące jedenastoletniego chłopca z Shenzhen, który zdecydował się poświęcić swe życie dla ratowania innych. Wiele światowych dzienników i portali opublikowało fotografię lekarzy oddających hołd dzielnemu chłopcu.

fot. Youth.cn
Liang Yaoyi mieszkający w chińskim mieście Shenzhen, był zwykłym chłopcem, który marzył o tym, że gdy dorośnie, to zostanie lekarzem. Niestety na drodze chłopcu w wieku 9. lat stanął groźny guz mózgu. Mimo zastosowania kilku metod, leczenie nie przynosiło rezultatów, a stan chłopca z każdym dniem się pogarszał. 11-letni Liang wiedząc, iż czeka go wkrótce śmierć, zdecydował się na oddanie swych organów. Rodzina chłopca początkowo nie chciała wyrazić na to zgody, jednak ten przekonał ich, twierdząc, że choć w taki sposób jakaś cząstka niego pozostanie na Ziemi. 

Kiedy pytano chłopca, dlaczego podjął taką decyzję, stwierdził, że widział wcześniej wiele osób, które oddawały krew, pomagały dobrowolnie w szpitalu w Shenzhen i że to było wspaniałe. Dlatego również i on chciał zrobić coś wspaniałego. Przeprowadzona operacja pomogła uratować kilku pacjentów, którzy oczekiwali na nowe nerki oraz wątrobę. 

Tuż po zabiegu lekarze z miejskiego szpitala oddali trzy głębokie ukłony dla dzielnego chłopca i jego matki. To właśnie to zdjęcie stało się symbolem tego wspaniałego czynu, na jaki zdobył się 11-letni Liang Yaoyi. 

Tuż przed operacją reporter lokalnej gazety zrobił ostatnie zdjęcie chłopcu, zanim ten na zawsze zamknął oczy. 

fot. Youth.cn

Źródła:
http://www.huffingtonpost.com/2014/07/25/doctors-bowing-to-organ-donor-photos_n_5617698.html
http://en.gmw.cn/2014-06/10/content_11566568.htm
http://deser.pl/deser/1,111858,16379313.html


sobota, 12 lipca 2014

Pierwsze zdjęcie w internecie

Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie było pierwsze zdjęcie zamieszczone w sieci? W chwili obecnej trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek stronę internetową bez grafiki lub innego obiektu multimedialnego. Tymczasem niewiele ponad 20 lat temu dopiero zaczynała się era zdjęć online. Często rzeczy, wydarzenia określane mianem pierwszego, były czymś doniosłym, niezwykle ważnym. W tym wypadku zamiast zdjęcia istotnego wydarzenia czy osobistości, mowa będzie o czterech dziewczynach z zespołu Les Horribles Cernettes. 


fot. CERN

Słynne poniekąd już dziś zdjęcie pojawiło się w sieci 18 lipca 1992 roku. Cztery dziewczyny znajdujące się w kadrze to Angela Higney, Michele de Gennaro, Colette Marx-Nielsen i Lynn Veronneau, które w owym czasie były wokalistkami zespołu "Les Horribles Cernettes". Była to grupa wokalno-kabaretowa, funkcjonująca przy ośrodku CERN (Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych). Zajmowały się one śpiewaniem piosenek o atomach, czy też o pracownikach organizacji.

Chłopak jednej z dziewczyn, Silvano de Gennaro, który pracował w CERN-ie, zrobił zdjęcie grupie podczas dorocznego festiwalu muzycznego dla informatyków. Zdjęcie początkowo miało tylko stanowić okładkę płyty zespołu, jednak chłopak postanowił wrzucić je także do sieci. Pomógł mu w tym Tim Berners-Lee, który jest twórcą języka HTML i współtwórcą sieci World Wide Web. Fotografia została jednak poddana obróbce graficznej w jednym z pierwszych tego typu prostych programów, dlatego prezentuje się trochę komicznie, jak na dzisiejsze standardy.

Oto, jak sam autor wspomina ten fakt po wielu latach:

"W 1992 roku, po koncercie dziewczyn w CERN Hardronic Festival, mój kolega Tim Berners-Lee zapytał mnie, czy może wykorzystać kilka zeskanowanych zdjęć dziewczyn z CERN, aby opublikować je na jakimś systemie informacji, który właśnie wymyślił i zwał się on World Wide Web. Miałem wtedy tylko mgliste pojęcie o tym, co to było. Kilka zdjęć zeskanowanych na moim Macu ukazało się wkrótce na stronie info.cern.ch. Skąd miałem wiedzieć, że był to historyczny kamień milowy, a także pierwszy obraz w przeglądarce internetowej!"

Warto na koniec pokazać oryginalne zdjęcie, które miało stać się potem historycznym obrazem w sieci.

fot. Silvano de Gennaro


Źródła:
http://www.tvn24.pl/ciekawostki-michalki,5/najstarszemu-zdjeciu-w-sieci-stuknelo-20-lat,265539.html
http://natemat.pl/23233,dziewczynom-stuknela-20stka-zobacz-pierwsze-zdjecie-ktore-opublikowano-w-sieci
http://en.wikipedia.org/wiki/Les_Horribles_Cernettes






piątek, 25 kwietnia 2014

Igor Kostin - Likwidatorzy

26 kwietnia 1986 roku o godzinie 1:23 doszło do wybuchu w czwartym reaktorze elektrowni atomowej w Czarnobylu. Była to największa tego typu katastrofa w historii świata i późniejsze niezwykłe przedsięwzięcie w dziedzinie likwidowania skutków awarii. Mimo coraz bardziej zaawansowanej technologii ciężar usuwania pozostałości po katastrofie przypadł w udziale czynnikowi ludzkiemu. Likwidatorzy, gdyż tak oficjalnie do dziś nazywa się obywateli Związku Radzieckiego, którzy pracowali w strefie zamkniętej, w wielu przypadkach przypłacili swym zdrowiem i życiem pracę w rejonie reaktora. Według szacunkowych danych około 800 tysięcy osób przewinęło się przez strefę skażoną. Ich pracę oraz samą katastrofę na swych zdjęciach utrwalił Igor Kostin.

fot. Igor Kostin

Mianem likwidatorów określano osoby, których zadaniem było spryskiwanie strefy skażenia specjalnymi preparatami neutralizującymi działanie promieniowania, zakopywanie głęboko w ziemi skażonej gleby i obiektów, polowanie na skażone zwierzęta, wywożenie miejscowej ludności, a przede wszystkim osoby zaangażowane w budowę sarkofagu. Igor Kostin był jednym z pierwszych fotografów, którzy przybyli na miejsce awarii. To on jako pierwszy wykonał zdjęcie z powietrza uszkodzonego reaktora. O sile promieniowania niech świadczy sam fakt, że zdjęcie w chwili jego wykonania zostało częściowo naświetlone:

fot. Igor Kostin

Po przeprowadzeniu dokładnych analiz, wokół elektrowni rozpoczęto ogromną operację, której zadaniem było wzniesienie obudowy wokół uszkodzonego reaktora. Była to strefa śmierci, w której to praca była najbardziej niebezpieczna. Aby zabezpieczyć reaktor i zneutralizować pozostałości po toksycznych substancjach, należało odizolować całą budowlę. Sarkofag był monumentalną budowlą ze stali i betonu o długości 170 i wysokości 66 metrów. Radzieckie, japońskie i amerykańskie roboty po krótkiej pracy z powodu wysokiego skażenia ulegały uszkodzeniom. 150 tonowe dźwigary montowały gotowe elementy sarkofagu. Była to niezwykle ciężka praca, gdyż najmniejsza pomyłka mogła doprowadzić do katastrofy. Z czasem jednak odkryto, że dach elektrowni bloku numer 3 pokryty jest tysiącami kawałków wysoko radioaktywnego grafitu. Każdy z kawałków emitował promieniowaniem z taką siłą, że w ciągu godziny mógł zabić człowieka. Przed budową sarkofagu koniecznie należało je usunąć z dachu.

Obwody elektroniczne maszyn, które miały usuwać gruz z dachu, ulegały awariom. Wtedy właśnie zdecydowano się na skorzystanie z ludzkiej siły. Do akcji wkroczyli żołnierze, których nazywano bio-robotami. Ich praca polegała na wzięciu na łopatę gruzu i zrzucenie go z dachu w czasie krótszym niż 2-3 minuty, a za kolejnym razem do 40 sekund. Był to pierwszy przypadek w historii, by ludzie pracowali w tak radioaktywnych warunkach. Samemu wykonywali sobie elementy stroju z ołowiu, żeby zminimalizować wpływ radiacji na organizm. W takim ołowianym pancerzu wychodzili na dach. To właśnie wtedy Igor Kostin uchwycił ich w czasie wykonania pracy.

Na dźwięk syreny drużyna składająca się z ośmiu żołnierzy wybiegała na dach, po czym zabierała się za wykonywanie swych obowiązków. Według obliczeń, w bezpiecznym okresie pracy - 45 sekund, żołnierze mieli czas jedynie na zrzucenie dwóch odłamków z dachu, po czym musieli jak najszybciej uciekać z radioaktywnego terenu. Przez 10 dni w oczyszczeniu dachu brało udział ponad 3.5 tysiąca osób. Wykonanie pracy przewidzianej w normalnych warunkach dla jednej osoby, tam wymagało aż 60 ludzi. Sam Igor Kostin na dachu znajdował się pięciokrotnie. Tak relacjonował swój pierwszy pobyt:
"Jak wyszedłem pierwszy raz na ten dach, to mnie uderzyła jakaś taka mistyka jego. Jakbym znajdował się na innej planecie. Wszystko było pokryte tym radioaktywnym gruzem. I trzęsącymi się rękoma zacząłem pstrykać zdjęcia."
fot. Igor Kostin. Białe smugi na zdjęciach to ślady promieniowania oddziałującego na kliszę

Po krótkim czasie przebywania na dachu traciło się siły, wiele osób nie czuło wręcz własnych zębów, bolały ich oczy, a w ustach miały metaliczny smak. Niektórzy mieli także krwotoki z nosa. Za swą wykonaną pracę każdy z likwidatorów z dachu otrzymał dyplom oraz 100 rubli. W chwili obecnej wiadomo już, że ich działania nie zmniejszyły poziomu promieniowania na dachu nawet o 40%, a przy 10000-12000 rentgenów, na godzinę posyłanie kogokolwiek na dach było wręcz wyrokiem śmierci. 

Choć oficjalnie podaje się, że ofiar katastrofy w Czarnobylu było mniej niż 100, to jednak do dziś niezbadana liczba likwidatorów zmarła lub odniosła poważny uszczerbek na zdrowiu. Z racji późniejszych zmian ustrojowych większość likwidatorów, którzy cierpią na choroby popromienne, nowotwory, nie otrzymuje należytej opieki finansowej i medycznej. Według nieoficjalnych danych 60.000 osób uczestniczących w usuwaniu skutków awarii, zmarło w ciągu 10 następnych lat, a 165.000 z nich stało się inwalidami. Do dziś nie można zapominać, że byli to bohaterzy, którzy przyczynili się do zminimalizowania skutków awarii oraz zapobieżenia jeszcze groźniejszych następstw.  

Przy okazji chciałbym polecić wyjątkowy reportaż Swietłany Aleksijewicz Krzyk Czarnobyla, który osobiście uważam za jeden z najlepszych w historii, a także film dokumentalny:



Źródła:
https://www.youtube.com/watch?v=Au5UA_w5v40
http://facet.interia.pl/obyczaje/historia/news-likwidatorzy-piekielnego-niebezpieczenstwa,nId,449036,nPack,3
http://www.czarnobyl1986.strefa.pl/awaria/likwidatorzy.html

środa, 9 kwietnia 2014

Wiara w fotografa

Wielokrotnie mogliśmy być świadkami sytuacji, w których pogoń za sensacją, sławą, sprawiała, że fotografowie zdobywali się na czyny powszechnie uważane za niehumanitarne, nieludzkie. Pisałem o tym między innymi w artykule Granice fotografii. W wyniku tego często bez znaczenia na efekty pracy, przesłanie danego zdjęcia, fotoreporterzy nazywani są hienami. Na całe szczęście od czasu do czasu znajdują się osoby, które zadają kłam tym stwierdzeniom. Jedną z nich jest Al Diaz.


fot. Al Diaz

Diaz pracujący już od wielu lat dla Miami Herald, któregoś czwartkowego popołudnia jechał autem w Miami, gdy tuż przed nim gwałtownie zatrzymał się jeden z samochodów. Początkowo nie zwrócił na to większej uwagi, do czasu jednak, gdy usłyszał krzyk i zauważył wychodzącą z auta kobietę z małym dzieckiem.
"Kobieta wyskoczyła z samochodu i zaczęła krzyczeć "moje dziecko nie może oddychać, moje dziecko nie może oddychać. Zadzwoń na 911!", Więc wyszedłem z samochodu i pobiegłem jej pomóc."

Fotograf szybko znalazł w pobliżu policjantów, którzy przybywszy na miejsce, zaczęli udzielać dziecku pomocy. Dopiero upewniwszy się, że wiele osób jest zaangażowanych w ratowanie malucha, Diaz rozpoczął wykonywanie swego zawodu, czyli robienia zdjęć. Później okazało się, że dziecko na zdjęciu (Sebastian de la Cruz) miało zaledwie pięć miesięcy życia i przestało oddychać z powodu problemów z tchawicą. Dzięki sprawnej akcji policjantów oraz ciotki chłopca, oddech dziecka został utrzymany aż do czasu przyjazdu służb ratunkowych.W szpitalu stan chłopca został ustabilizowany. 

                                                                      fot. 2, 3 Al Diaz

Historia ta szybko obiegła całe Stany Zjednoczone, a sam fotograf był chwalony za swe działanie. Otrzymał między innymi nagrodę NPPA’s Humanitarian Award. Tak jej przyznanie było motywowane przez Marka Dolana, prezydenta stowarzyszenia:

"Myślę, że działania Ala są przykładem etycznego i humanitarnego stanowiska, jakie NPPA przyjęła wiele lat temu. To ważne dla wszystkich fotoreporterów, by pamiętali o tym, że nie można skreślać, odcinać swego człowieczeństwa, kiedy chwyta się za aparat."

Można powiedzieć, że Diaz wykazał się tym, czego powinniśmy oczekiwać nie tylko od fotografów, lecz także od samych siebie. Okazuje się, że nie dla wszystkich fotografów prasowych pogoń za sensacją jest najważniejsza. 

Źródła:
http://randompixels.blogspot.com/2014/02/miami-herald-photographer-al-diaz-takes.html
http://miami.cbslocal.com/2014/02/22/baby-saved-on-dolphin-expressway-is-stable/
http://www.nydailynews.com/news/national/baby-stopped-breathing-helped-miami-photog-article-1.1622091
http://petapixel.com/2014/03/14/nppa-awards-humanitarian-award-florida-photojournalist-al-diaz/

 




środa, 12 marca 2014

Héctor Rondón Lovera - ostatnie namaszczenie

Na początku czerwca 1962 roku w Wenezueli doszło do krótkotrwałego buntu wojskowego, który przeszedł do historii jako El Porteñazo. Było to jedno z kilku wystąpień wojskowych przeciwko prezydentowi Rómulo Betancourtowi. Celem rebeliantów było zajęcie miasta Puerto Cabello oraz twierdzy Solano. W czasie walk w mieście, Héctor Rondón Lovera wykonał niezwykle dramatyczne zdjęcie, ukazujące kapelana Luisa Manuela Padillę, który podtrzymywał w swych ramionach żołnierza postrzelonego przez snajpera.

fot.  Héctor Rondón Lovera

Wysiłki prowadzone przez buntowników okazały się dla nich daremne, gdyż większość żołnierzy nie przyłączyła się do rebeliantów, a armia w ciągu kilku dni zdławiła powstanie. Walki zakończyły się śmiercią ponad 400 osób. Podczas bitwy ulicznej wielu żołnierzy zginęło od kul snajperów. To właśnie wtedy wśród walk oraz przelatujących pocisków, ksiądz Luis Padilla, pełniący rolę kapelana wojskowego, udzielał ostatniego namaszczenia wielu rannym oraz zabitym żołnierzom.

Gazeta "La República" na wieść o walkach w mieście postanowiła wysłać jednego ze swych fotografów. Wybór padł właśnie na Loverę, gdyż nie bał się on tego typu wyzwań. Gwałtowność walk na ulicach sprawiła, że wojsko nie było w żaden sposób w stanie zagwarantować dziennikarzom i fotoreporterom bezpieczeństwa. Loverze udało się znaleźć bezpieczną kryjówkę, w której spędził wtedy pół godziny, dokumentując wydarzenia, jakich był świadkiem. Autor tego słynnego zdjęcia, wspomniał potem, że w wyniku ciągłego prowadzonego ognia na ulicach, nie jest pewien, w jaki sposób dokładnie udało mu się uchwycić ten obraz.

Pamięta jednak, że pewnym momencie zauważył przed sobą księdza, który przemieszczał się między żołnierzami, udzielając im ostatniego namaszczenia.

fot 2-4.  Héctor Rondón Lovera



Jeden z ciężko rannych żołnierzy prosił kapelana o pomoc. To właśnie w chwili, gdy ksiądz Padilla próbował podnieść mężczyznę, Lovera wykonał swe zdjęcie. Niestety w wyniku ciężkiej rany postrzałowej żołnierz zmarł w ramionach duchownego. Do dzisiaj trudno ustalić, kim dokładnie był ten mężczyzna. Jedne źródła podają, iż był to porucznik Luis Antonio Rivera Sanoja, inne natomiast, że kapral Andrés de Jesús Garcés.

Gdy redakcja gazety otrzymała wywołane zdjęcia, była w ogromnym szoku. Od razu wiedziano, że mają do czynienia z niezwykłym obrazem. Główna fotografia ukazała się szybko w dwóch najważniejszych krajowych dziennikach, a za pośrednictwem Associated Press obiegła cały świat. Dotarto potem w celu przeprowadzenia wywiadu do księdza, który w swym skromnym domu nadal przeżywał te trudne chwile, pełne bólu i śmierci. Nie można nie zgodzić się z faktem, że obraz ten posiada niezwykłą siłę oddziaływania na widza. Szybko został nazwany wenezuelską "Pietą". Przypomina jedną z wielu religijnych scen, z jakimi mamy do czynienia choćby w średniowiecznej sztuce. 

Jest to zdjęcie, które regularnie znajduje się w wielu rankingach najważniejszych fotografii XX wieku. Zdobyło także nagrodę World Press Photo oraz Pulitzera. Fotograf Héctor Rondón Lovera zmarł 21 czerwca 1984 roku. Nikt nie wie niestety, gdzie znajdują się oryginały wykonanych przez niego ujęć. Z informacji, do jakich udało mi się dotrzeć, wynika, że ksiądz Padilla pod koniec lat 70. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Pełnił swą duchowną posługę przez ponad 50 lat życia. 

Źródła:
http://en.wikipedia.org/wiki/El_Porte%C3%B1azo
http://www.nnfotografos.com/index.php?option=com_k2&view=item&id=217:el-porte%C3%B1azo-h%C3%A9ctor-rond%C3%B3n&Itemid=50
http://iconicphotos.wordpress.com/2009/06/25/aid-from-a-padre/
http://lulu-memoirs.blogspot.com/2008/01/story-behind-picture-priest-and-dying.html


piątek, 14 lutego 2014

Albert Einstein

Albert Einstein był jednym z najsłynniejszych naukowców XX wieku, który zapamiętany został jako bardzo inteligentna, lecz nieco szalona postać. Z pewnością utrwalenie tego wizerunku było związane z najpopularniejszym zdjęciem fizyka, na którym widać go z wystawionym językiem.

fot.Arthur Sasse

Sylwetki tego wybitnego fizyka i laureata Nagrody Nobla chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. W roku 1951, kiedy zostało wykonane to słynne zdjęcie, Einstein był niezwykle popularną i szanowaną postacią. To właśnie wtedy z okazji 72. urodzin wyprawiono naukowcowi przyjęcie urodzinowe na Uniwersytecie Princeton. Dla wielu fotoreporterów była to niezwykła okazja do sfotografowania fizyka, który już powoli wycofywał się z życia publicznego oraz naukowego. Nie odstępowali go na krok, co wywoływało frustrację solenizanta. Pod koniec przyjęcia, w momencie, gdy Einstein odprowadzał jedną ze znajomych do samochodu, po raz kolejny usłyszał od zgromadzonych fotoreporterów prośbę o ustawienie się do zdjęcia. Ku ich zaskoczeniu wystawił im język.

Było to tak szybkie i zaskakujące wydarzenie, że tylko Arthur Sasse, zatrudniony w agencji  UPI (United Press International) dzięki refleksowi oraz dobremu ustawieniu, uchwycił ważną chwilę. Zdjęcie to z miejsca stało się najpopularniejszym wizerunkiem Einsteina, które jednak wpłynęło właśnie na stworzenie teorii o lekkim szaleństwie sławnego fizyka. Mimo wszystko naukowcowi spodobała się ta fotografia, w związku z czym poprosił redakcję o 9 odbitek, które chciał wręczyć swym znajomym. Jedną z nich podarował wraz z podpisem samemu fotografowi i to właśnie ten egzemplarz w roku 2009 został sprzedany na aukcji za blisko 75 tysięcy dolarów. 

Do dnia dzisiejszego jest to jedno z najważniejszych zdjęć w popkulturze, które doczekało się już ogromnej ilości przeróbek, modyfikacji oraz naśladowań. Warto na końcu dodać ciekawostkę, która pokazuje, że Einstein był człowiekiem ze sporym poczuciem humoru i potrafił wielokrotnie wybrnąć z trudnych sytuacji. Ponieważ w tamtych czasach posiadał on co najmniej status gwiazdy, dlatego wiele osób zatrzymywało go na ulicy i prosiło o wyjaśnienie "tej teorii". Einstein w końcu wpadł na genialny pomysł, gdyż za każdym razem powtarzał przechodniom:
"Przepraszam, przepraszam! Zawsze jestem mylony z profesorem Einsteinem."

Źródła:
http://www.lomography.com/magazine/lifestyle/2011/02/28/influential-photographs-einsteins-tongue-1951-by-arthur-sasse
http://factxtract.com/blog/2012/09/the-story-behind-albert-einsteins-famous-tongue-image/
http://www.swiatobrazu.pl/100-najwazniejszych-zdjec-swiata-arthur-sasse-albert-einstein-20996.html
http://en.wikipedia.org/wiki/Albert_Einstein_in_popular_culture

piątek, 24 stycznia 2014

Granice fotografii

Dwa lata temu zdjęcie opublikowane na okładce New York Post wywołało prawdziwą burzę w mediach, a także ponowny temat dotyczący granic fotografii, tego, do czego możemy być zdolni w celu zdobycia zdjęcia. Poniższy obraz przedstawia mężczyznę, który za chwilę zginie pod kołami pociągu.

fot. Umar Abbas
Sytuacja wydarzyła się w nowojorskim metrze w grudniu 2012 roku. 58-letni Ki Su Han według podanych później informacji został zepchnięty na tory metra przez chorego psychicznie mężczyznę. Choć od czasu tego zdarzenia do nadjechania pociągu minęło trochę czasu, to jednak nikt nie pomógł mężczyźnie i ten zginął pod kołami maszyny. Co więcej, cała dramatyczna chwila została uwieczniona przez fotografa, którego postępowanie wywołało prawdziwą burzę w mediach. 

Niedługo po sfotografowaniu tej sceny, ukazała się ona na okładce tej znanej gazety:

New York Post
Umar Abbas, autor tego zdjęcia, na co dzień współpracował jako wolny strzelec z New York Postem. Jak zapewne kierownictwo gazety mogło się spodziewać, publikacja tego obrazu wywołała falę negatywnych komentarzy. Zastanawiano się nad tym, dlaczego fotograf nie pomógł mężczyźnie. Choć cała fala krytyki wylała się na niego, to jednak nie można także nie zauważyć, że nikt z pasażeów oczekujacych na stacji, również nie pomógł mężczyźnie. 

Sam Abbas potem tłumaczył się ze swego zdjęcia w ten sposób, że wykonując ujęcia, chciał za pomocą lampy błyskowej ostrzec motorniczego. Bronił się także tym, że znajdował się zbyt daleko od mężczyzny, by mógł mu pomóc. Według niego cała sytuacja wydarzyła się niezwykle szybko. Niestety mnie samego takie tłumaczenia nie przekonują. Dla wielu z nas rzeczą naturalną, instynktowną jest rzucenie się na ratunek drugiej osobie w takiej sytuacji. Z drugiej jednak strony, czy owe zdjęcie nie jest dowodem na coraz powszechniej panującą znieczulicę we współczesnym społeczeństwie, zwłaszcza wielkomiejskim?

Punktem wyjścia opisu do tego zdjęcia było zastanowienie się nad etyką dziennikarską, granicami w fotografii. Zdarzały się już mocno kontrowersyjne sytuacje, jak choćby zdjęcie Kevina Cartera Sep i dziecko, jednak w większości przypadków przynosiły one ze sobą spory odzew społeczeństwa pod postacią pomocy dla ubogich i pokrzywdzonych, dlatego obojętność fotografów, wykorzystanie momentu także dla własnych celów, mogło być w pewien sposób zrozumiałe. Niestety w sytuacji odnoszącej się do tego obrazu, nie mogę znaleźć nic na usprawiedliwienie tej osoby. Na życie powinniśmy przede wszystkim patrzeć nie przez pryzmat obiektywu oraz ekranu telefonu, lecz własnymi oczyma i emocjami. To właśnie nasza reakcja na media i różne publikacje powinna stanowić granicę w dziennikarstwie oraz fotografii.

Źródła:
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1348,title,Dramatyczne-zdjecie-na-okladce-New-York-Post,wid,15153136,wiadomosc.html?ticaid=11214a
http://petapixel.com/2012/12/04/photograph-of-doomed-man-on-subway-tracks-sparks-outrage/



wtorek, 14 stycznia 2014

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy - Dziecko z kubkiem

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest prawdziwym światowym fenomenem, z którego my Polacy powinniśmy być szczególnie dumni. Choć największym symbolem tej akcji jest słynne czerwone serce, to jednak przez wiele lat mogliśmy przy każdym finale oglądać niezwykłe zdjęcie małego dziecka z białym kubkiem z logo WOŚP-u. Autorem tego zdjęcia jest Wojciech Makara.

fot. Wojciech Makara

Organizacja pierwszych kilku finałów Wielkiej Orkiestry była niezwykle trudnym przedsięwzięciem. Jak na tamte czasy brakowało wielu podstawowych środków, jak choćby normalnych plakatów, ulotek, czy też powszechnych dziś puszek na pieniądze. Mimo tego udało się osiągnąć sukces, a każdy rekord w ilości zebranych pieniędzy determinował fundację do jeszcze większych akcji i wysiłków na rzecz ratowania dzieci.

Fundacja wraz z Jurkiem Owsiakiem poszukiwała znaczącego symbolu, który byłby w stanie unaocznić wszystkim darczyńcom oraz przeciwnikom, dla kogo jest przeprowadzona ta akcja. Poszukiwania idealnego dziecka, które miało zostać twarzą fundacji trochę trwały, jednak ostatecznie poszukiwania zakończyły się sukcesem. Wojciechowi Makarze udało się uwiecznić na zdjęciu 8-miesieczną dziewczynkę, która była córką jego znajomych. Zdjęcie od razu podbiło serca wszystkich w fundacji.

"Te piękne oczy, takie ciemne oczy, przepiękny bobas. No każdy, kto brał to zdjęcie, mówił super, jakie to jest fajne zdjęcie. Zostało ono wydrukowane w formie pocztówki i na III albo IV finale pokazało się na plakacie. Myśmy wykorzystywali je przez wiele wiele lat." 
                                                                                             Jerzy Owsiak

Po wielu latach szefowie fundacji zdecydowali, że trzeba odnaleźć dziewczynkę obecną na zdjęciu. Okazała się nią nastoletnia już wtedy Jagoda Spojnarowicz. Została specjalnie przez Jurka Owsiaka zaproszona na kolejny finał w głównym studiu i sztabie WOŚP:


Głównym źródłem informacji był film - http://owsiaknet.pl/video/83692921


piątek, 3 stycznia 2014

Flaga na Reichstagu

Symbolem zakończenia II wojny światowej w Europie stała się radziecka flaga zawieszona na Reichstagu. Jest to jedno z najpopularniejszych zdjęć z tego okresu, które niejeden raz można było odnaleźć w podręcznikach do historii. 


fot. Yevgeny Anan'evich Khaldei
Rozpoczęta przez Niemcy 1 września 1939 roku wojna w Europie zakończyła się de facto na początku maja roku 1945 w Berlinie, kiedy to Armia Czerwona wraz z polskimi jednostkami wojskowymi zdławiła ostatni opór hitlerowskich Niemiec. Zdobycie Berlina stało się ukoronowaniem sporych sukcesów Sowietów na Wschodzie, lecz z drugiej strony pokonanie okrążonego miasta doprowadziło do śmierci i ran setek tysięcy żołnierzy oraz lokalnej ludności. 

Symbolem zniszczenia Niemiec miało zostać zdobycie Reichstagu. Był to niezwykle charakterystyczny i znany obiekt w Berlinie. Wzniesiony w 1894 roku budynek w rzeczywistości nie należał do ulubionych przez Nazistów, jednak Armia Czerwona uznała go za główny symbol faszystowskiego wroga

Historia wzniesienia flagi na budynku oraz samej fotografii ma wiele wspólnego z jednym z najsłynniejszych zdjęć w historii, czyli "Flagi z Iwo Jimy". Również i w tym wypadku dokonano powtórnego zatknięcia flagi i to druga wersja stała się tą sławniejszą. Radzieckim żołnierzom, a w szczególności Marszałkowi Żukowowi zależało na jak najszybszym zdobyciu Reichstagu oraz zatknięcia na nim flagi. W związku z tym zdecydowano się na zrzucenie na dach budynku przez samoloty dwóch czerwonych sztandarów. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja radzieckim żołnierzom udało się zatknąć flagę na budynku. Niestety z powodu ciemności wykonanie zdjęcia było praktycznie niemożliwe. Za dnia okazało się dodatkowo, że w budynku nadal znajdują się Niemcy, którzy zrzucili zawieszoną uprzednio flagę. Dopiero 2 maja udało się oczyścić obiekt. Wtedy również przystąpiono do powtórnego zawieszenia sztandaru.

Był to właśnie moment, na który czekał rosyjski fotograf Jewgienij Khaldei. Udał się na szczyt budynku wraz ze specjalną flagą sprowadzoną prosto z Moskwy. Według panującej wtedy oficjalnej wersji dwóch żołnierzy widocznych na zdjęciu przy fladze to Gruzin Meliton Kantaria (zapewne był to ukłon w stronę samego Stalina) oraz Rosjanin Michaił Jegorow. Dopiero wraz z upadkiem ZSRR okazało się, że osobą trzymającą flagę w ręku był Ukrainiec Alosza Kovalyov. Miał on zostać poinformowanym przez NKWD o ścisłej tajemnicy tego zdarzenia. Drugim żołnierzem na zdjęciu okazał się Abdulkhakim Ismailov.  

Dzięki ponownemu zawieszeniu flagi oraz ustawieniu całej sceny fotografowi udało się osiągnąć sukces oraz klimat zdjęcia  Joe Rosenthala. Obraz ten ukazał się w magazynie Ogoniok. Jednak najsłynniejsze rosyjskie zdjęcie z czasów II wojny światowej nie uniknęło kilku modyfikacjom. Przede wszystkim fotograf dodał więcej dymu nad miastem w celu pogłębienia dramaturgii wydarzenia. Dodatkowo cenzorzy usunęli z ręki żołnierza drugi zegarek, co miało zatuszować grabieże ze strony radzieckich wojskowych.  



Źródła:
http://en.wikipedia.org/wiki/Raising_a_flag_over_the_Reichstag
http://www.famouspictures.org/flag-on-the-reichstag/
http://pl.wikipedia.org/wiki/Jewgienij_Cha%C5%82dej
http://www.museumofhoaxes.com/hoax/photo_database/image/red_army_flag_over_reichstag