piątek, 13 października 2017

Granice publikacji - Super Express i Waldemar Milewicz

Śmierć Waldemara Milewicza w Iraku w 2004 roku była ogromnym szokiem dla opinii publicznej. Nagle zginął człowiek, którego mogliśmy latami podziwiać na ekranach telewizorów. Niestety nie mniejszy szok przeżyliśmy, gdy na okładce Super Expresu znalazło się zdjęcie martwego reportera. W kraju wybuchła burza, która wywołała debatę na temat granic publikacji. Dziś trochę powrócimy do tamtych wydarzeń.


zdjęcie z szacunku dla dziennikarza celowo edytowane 

Waldemar Milewicz to jeden z najbardziej pamiętnych dziennikarzy w historii polskiej telewizji. Charakterystyczny głos, typowa kurtka, w której zwiedził wiele konfliktów i niebezpiecznych miejsc, były jego znakami rozpoznawczymi. Reporter nie bał się wyjeżdżać na sam front. Podczas pracy dziennikarskiej znalazł się między innymi w Czeczeni, Iraku, Rwandzie, Afganistanie, Haiti, byłej Jugosławii. Do dziś pamiętam, gdy jako dzieciak oglądałem jego wejścia na żywo podczas głównych wydarzeń Wiadomości czy reportaże z cyklu Dziwny jest ten świat - był to solidny kawał reporterskiej roboty, z którego zapewne i po części dziś korzystam na blogu. 

W 2004 roku ponownie wybrał się do Iraku. Była to zupełnie inna wizyta niż za pierwszym razem. Debiut w Iraku polegał na śledzeniu postępów międzynarodowej koalicji w walce z Saddamem Husajnem. Kilka miesięcy po inwazji nastroje stały się zupełnie inne, a celem ataków bombowych, samobójczych stawali się nie tylko żołnierze, lecz także dziennikarze. Jak sam zapisał w konspekcie swego nowego reportażu: „Jadę tam po to, aby pokazać prawdziwy obraz sytuacji w Iraku. Chcę pokazać prawdziwy obraz irackiego ruchu oporu. Przekonać się, kim naprawdę są ludzie dokonujący zamachów na wojska koalicji”. 

Milewicz wraz z kolegami 7 maja 2004 roku wyruszył samochodem spod hotelu Palestyna w Bagdadzie przez Babilon do Nadżafu. Była to niestety zła i słabo chroniona droga. Samochód specjalnie został oznakowany tabliczką PRESS, która zazwyczaj dawała ochronę podróżującym. W Iraku okazało się, że będzie wręcz odwrotnie - zaczęło się polowanie na dziennikarzy. Pojazd został nieoczekiwanie ostrzelany z broni maszynowej. Dziennikarz i jego montażysta Mounir Bouamrane zginęli na miejscu, natomiast operator kamery Jerzy Ernst został ciężko ranny. 

Niestety Waldka Milewicza szczęście nagle opuściło. Do dziś nie wiadomo, jaki był dokładnie powód zamachu. Pojawiły się nawet informacje o tym, że pomylono go z innym Waldemarem Milewiczem, handlarzem bronią. Śledztwo zostało umorzone, przez co zapewne nigdy nie dowiemy się prawdy.

Momentalnie od informacji z Iraku wszystkie liczące się stacje i gazety zaczęły tworzyć newsy, wspominać reportera. Wkrótce na światło wypłynęło zdjęcie ukazujące ciało Milewicza. Wszyscy zgodnie uznali, że jego publikacja byłaby nie na miejscu. Oczywiście wszyscy z wyjątkiem Super Expressu. Na okładce sobotniego wydania gazety wydrukowana została fotografia dziennikarza w ostrzelanym samochodzie. Od razu wywołała burzę, gdyż przekroczono pewne granice dobrego smaku. 

Grupa wielu czołowych dziennikarzy wystosowała w związku z tym list:

My dziennikarze podpisani pod tym listem jesteśmy oburzeni publikacją Super Expressu, który zamieścił, na pierwszej stronie, szokujące zdjęcie ciała naszego kolegi Waldemara Milewicza, zabitego przez zamachowców w Iraku. Uważamy, że wykorzystywanie przez wszelkie media ludzkiej tragedii w celach marketingowych, promocyjnych czy politycznych jest obrzydliwe i poniżające, niegodne naszego zawodu. Nikt z nas nie chce, by nasze, czy naszych kolegów pośmiertne zdjęcia, służyły komuś do podnoszenia nakładu pism i brutalnego zarabiania pieniędzy. 

Co jest niezwykle istotne, nawet dziennik Fakt znany z wielu kontrowersyjnych akcji, nie zdecydował się na podobny krok - wiele to świadczyło i nadal świadczy o niskim poziomie SE, który z dziennikiem ma mało wspólnego; już mu bliżej do brukowca, ze szczególnym uwzględnieniem słowa BRUK. Oczywiście w dobie wolności mediów dziennik nie spotkał się z większą karą. 

Dochodzimy zatem do sedna dzisiejszego wpisu - gdzie są granice publikacji? Nie da się ukryć, że często ze względów etycznych wiele informacji czy obrazów jest poddawanych cenzurze, specjalne pomijanych przez TV czy prasę. W przypadku zamachów, katastrof naturalnych nic chyba nie robi tak dużego wrażenia, jak zdjęcia ofiar. Jednak zwykle są one odpowiednio dobrane, aby uszanować zmarłych. Często właśnie odwaga redaktorów naczelnych w zakresie publikacji zdjęć sprawiała, że mogliśmy bliżej poznać wiele wydarzeń. Co innego w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z konkretną osobą wraz z zaprezentowaniem jej twarzy. Tak mieliśmy przy śmierci Milewicza czy też w czasie, gdy zdjęcia umierającej księżnej Diany znalazły się na okładkach tabloidów. 

Moim zdaniem w przypadku kanałów komercyjnych jak okładki gazet i czasopism nie powinno być miejsca na takie wykorzystywanie zdjęć. Od tego jest dziś sieć, gdzie bez trudu znajdziemy takie obrazy. Jednak różnica leży w tym, iż możemy je odnaleźć, nie są nam narzucane z góry. 

A jakie jest Wasze zdanie na temat granic publikacji?




Źródła:
http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1579223,1,w-10-rocznice-smierci-waldemara-milewicza.read
http://www.newsweek.pl/polska/to-taka-smiertelna-robota,19847,1,1.html
http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/milewicz-zginal-bo-pomylono-go-z/elme0fz
http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/skandaliczna-okladka-super-expressu





wtorek, 10 października 2017

(Nie) chce się żyć!

Jeśli miałbym komuś polecić listę polskich filmów wartych zobaczenia, to z pewnością znalazłoby się na niej ,,Chce się żyć" w reżyserii Macieja Pieprzycy. Według mnie jest to jeden z najlepszych i najpiękniejszych filmów ostatnich lat. W rewelacyjny sposób przedstawia historię chłopaka, który dla wszystkich był rośliną, choć w swoim kruchym i wątłym ciele miał coś, co z czasem zadziwiło wszystkich. Niestety w związku z tym filmem doszło do pewnego nieprzyjemnego wydarzenia, które stanowić będzie temat dzisiejszego wpisu.


Fot.: Piotr Grzybowski


Maciej Pieprzyca poświęcił ponad 4 lata na tworzenie swego filmu. Reżyser zainspirował się filmem dokumentalnym ,,Jak motyl" Ewy Pięty. Opowiadał on historię Przemka Chrzanowskiego, który większość swego życia spędził w domu opieki. Przez lekarzy uznawany był za ciężko upośledzonego fizycznie i psychicznie, a także niezdolnego do normalnego myślenia. Przez lata wszelkie jego próby kontaktu ze światem traktowane były jako ataki padaczki. Dopiero jedna z opiekunek zauważyła coś, co wydawało się niemożliwe. W krótkim czasie Przemek nauczył się języka Bliss złożonego z tysięcy symboli. Chłopak za pomocą mrugnięć lub dźwięków zaczął wskazywać znaki dotyczące konkretnych słów. Od tego momentu zaczął porozumiewać się ze światem. Był to prawdziwy fenomen. O chłopcu artykuł napisał Super Express, potem ukazał się film dokumentalny. Niestety kilka minut sławy minęło i chłopak wciąż pozostawał zamknięty w swym małym świecie. 

Wszystko po części się zmieniło lub miało się zmienić wraz z premierą ,,Chce się żyć". Maciej Pieprzyca zainspirowany losem chłopca, postanowił bliżej przyjrzeć się temu zagadnieniu. Odwiedzał liczne ośrodki, rozmawiał z rodzicami upośledzonych dzieci. Dzięki temu poznał Sebastiana, Szymona i kilku innych chłopców, których losy postanowił poniekąd ukazać w swym filmie. Ponieważ Przemek był niezwykle zaciekawiony pracami nad filmem, reżyser postanowił wprowadzić z nim ujęcia podczas napisów końcowych, gdzie chłopak spotyka się z Dawidem Ogrodnikiem, odtwórcą głównej roli. Ten fakt mógł sprawić, że wszyscy pomyśleli, iż film jest właśnie o Przemku. Mimo kilku podobieństw, w rzeczywistości więcej dzieli filmowego Mateusza od chłopaka. Mateusz jest sprawniejszy fizycznie, do ośrodka trafił dopiero w wieku kilkunastu lat (Przemek jest w nim od 8. roku życia), a także jest bardziej optymistycznie nastawiony do życia.  

W pewnym momencie ukazał się artykuł w Super Expresie, w którym mama Przemka żaliła się, że reżyser wykorzystał jej syna, zarobił na nim wielkie pieniądze i nie przekazał obiecanego komputera i nowoczesnego wózka. Na domiar złego chłopak nie dostał zaproszenia na premierę filmu. W pewnym momencie w sieci na reżysera wylane zostało wiadro pomyj, a sam Maciej Pieprzyca ponoć popadł w depresję. W udzielonych wywiadach niejednokrotnie wspominał, że żadnych obietnic nie składał, Przemek wraz z mamą dostali od niego imienne zaproszenia na premierę, a sam chłopak miał otrzymać kilka tysięcy złotych na zakup niezbędnego sprzętu. Ponadto dopiero z gazety twórca filmu dowiedział się, że są jakieś kłopoty, nieporozumienia. 

Trudno jest tutaj dokładnie wskazać, jak wyglądała z tym sprawa, choć wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby SE specjalnie przekręcił słowa, stworzył nieprawdziwe informacje - w końcu nastawiony jest na sensację. Do dziś pamiętam oburzającą okładkę ze zdjęciem martwego Waldka Milewicza. 

W opublikowanym artykule w SE ponoć Przemek żalił się, że został wykorzystany, poczuł się jak szmaciana lalka. Mimo optymistycznego tytułu, jemu nie chce się żyć. Czuję się opuszczony, samotny. Nie da się ukryć, że jest to ciemna strona nie samego filmu, ale polskich realiów. Bez odpowiedniego i stałego źródło dofinansowania, chłopak nie ma szans na rozwój. Jak i inne osoby przeżył swe 5 minut sławy, lecz został zapomniany. Niestety poszukiwania na Google informacji o Przemku kończą się na 2013 roku, przez co jego historia wydaje się być odstawiona na boczny tor. 

,,Chce się żyć" to film, który z pewnością mógł zmienić i zmieni nastawienie wielu osób do niepełnosprawności. Chyba po raz pierwszy w naszej kinematografii ktoś tak blisko i dokładnie zetknął nas z postacią, która zupełnie odbiega od typowego głównego bohatera. Produkcja pełna smutku, ciepła, radości niesie ze sobą sporą dawkę emocji, jak i uczy nas, że nasze codzienne problemy, sprawy nie są tak istotne. Gdyby taki film powstał w Hollywood, to z pewnością zgarnąłby cały worek najważniejszych nagród filmowych.

Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał, to polecam na wieczór z rodziną, drugą osobą.


Źródła:
http://www.newsweek.pl/polska/chce-sie-zyc-o-porazeniu-mozgowym-film-macieja-pieprzycy,artykuly,273793,1.html
http://www.se.pl/wiadomosci/polska/filmowcy-mnie-wykorzystali-wykorzystano-niepelnosprawnego-przemka_362060.html
http://natemat.pl/79729,maciej-pieprzyca-niczego-nie-obiecywalem-tworca-filmu-chce-sie-zyc-odpowiada-na-zarzuty-bohatera-filmu



wtorek, 26 września 2017

Powieśmy słonia, czyli ludzkie okrucieństwo w czystej postaci

Niestety ludzkie okrucieństwo wobec zwierząt jest czymś, co towarzyszy nam od dziejów i niestety będzie nadal obecne w naszym świecie. Przez wieki dopuszczaliśmy się różnych barbarzyńskich metod, które doprowadziły do wyginięcia lub bliskiego unicestwienia wielu gatunków zwierząt. Zazwyczaj o wielu takich rzeczach się nie mówi. Dziś zaprezentuję wydarzenia, do których doszło 100 lat temu w Stanach Zjednoczonych.

fot. nn


Zanim na świecie pojawiła się telewizja, internet, jednym z podstawowych źródeł rozrywki, miejscem, w którym można było zobaczyć popisy kaskaderskie, egzotyczne zwierzęta, był cyrk. Przełom XIX i XX wieku to wspaniała era grup cyrkowych, które przyciągały na swe występy setki, tysiące ludzi z wsi i miasteczek. Jedną z takich ekip było Sparks World Famous Shows. Ta amerykańska grupa była jedną z najpopularniejszych na początku XX wieku, a dzięki rozwojowi kolei mogła dotrzeć do wielu mniej dostępnych miejscowości w Stanach Zjednoczonych.

Już w tamtym czasie Charlie Sparks był jedną z najbardziej znanych i szanowanych postaci w świecie cyrkowym. Z biegiem lat udało mu się stworzyć grupę cyrkową, której cały dobytek mieścił się w 15 wagonach kolejowych. Niewątpliwie największą ozdobą cyrku była Mary. Ta 5-tonowa słonica indyjska reklamowana była jako „Największe zwierze na Ziemi”. Znana byłą z tego, że była większa niż Jumbo – największy słoń konkurencyjnego cyrku. Widzowie tłumnie przybywali na pokazy, gdzie wykonywała przeróżne sztuczki: stawała na głowie, grała na instrumentach muzycznych czy w baseball.

Wszystko to miało się zmienić pewnego wrześniowego dnia 1916 roku. Sparks zatrudnił do opieki nad słoniami nowego pracownika. Walter Eldridge nie miał wcześniej styczności z tak dużymi zwierzętami. Od samego dyrektora i kilku innych pracowników otrzymał wytyczne, iż ma się niezwykle ostrożnie obchodzić ze zwierzętami. Któregoś dnia idąc z nimi do wodopoju, popełnił śmiertelny błąd. Mary zauważyła nagle kawałek arbuza, po którego zdecydowała się sięgnąć. Mężczyzna nieroztropnie szarpnął słonicę za ucho hakiem na wysięgniku. Ta rozsierdzona chwyciła go trąbą, rzuciła o ziemię, a następnie roztrzaskała czaszkę jedną ze swych nóg.

Przerażony i jednocześnie rozgniewany tłum ruszył na zwierzę w celu linczu. Lokalny kowal próbował nawet zastrzelić słonia z dubeltówki, jednak gruba skóra odporna była na działanie śrutu. Sparksowi udało się uspokoić zwierzę, aczkolwiek wieść o morderczym słoniu szybko rozprzestrzeniła się po okolicy. Zazwyczaj w takich sytuacjach słoń zostaje sprzedany do innego miejsca, jednak zła sława z pewnością uniemożliwiłaby tę czynność. Na domiar złego lokalna prasa podchwyciła temat, nazywając słonia „Morderczą Mary”, jednocześnie przypisując jej inne zbrodnie. Wszystko to wpłynęło na fakt, iż wiele miejscowości jednoznacznie zakazało wstępu grupie z takim słoniem.

Właściciel cyrku, który doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji finansowych, podjął się jedynej dla niego słusznej wersji – należy zabić Mary! Było to dla niego jednak trudne zadanie. Po pierwsze, słonica była w jego cyrku przez blisko 20 lat, przez co dosyć mocno zżył się ze zwierzęciem. Po drugie, ciężko było znaleźć sposób jej uśmiercenia. Broń okazała się nieskuteczna, zwierzę wyczułoby truciznę w jedzeniu. W końcu zdecydowano się na bardzo bestialski sposób, a mianowicie powieszenie słonia.

W okolicy znaleziono wielki dźwig kolejowy, który miał posłużyć za narzędzie egzekucji. 13 września Mary została przewieziona koleją do pobliskiego miasta Erwin. Tam na publiczną egzekucje czekało ponad 2500 osób. Słonica podejrzewała coś złego, zawodząc całą drogę do miejsca stracenia. Inne słonie cyrkowe zostały zabrane w odosobnione miejsce. Nogi zwierzęcia zostały przykute łańcuchami do torów. Następnie założono jej na szyję wielką pętlę. Gdy dźwig uniósł Mary, okazało się, że zapomniano o łańcuchach! Świadkowie wspominali o dźwięku rozrywanych ścięgien, a następnie łamanych kości, gdy lina pękła. Oszołomiony słoń czekał w bólu na drugą próbę, która już „na szczęście” okazała się pomyślna. Po kilku minutach Mary uduszona została za pomocą drugiej liny z dźwigu. Następnie jej ciało zostało zakopane nieopodal toru.

Nie da się ukryć, że był to przykład jednej z najbardziej bezsensownych zbrodni i egzekucji w dziejach. Dobitnie pokazuje, do czego zdolni są ludzie, zwłaszcza w przypadku zwierząt.

Jedynym pozytywem w całej historii jest fakt, iż mieszkańcy Erwin z czasem zdali sobie z tego niepochlebnego czynu. Dziś znajduje się w mieście specjalny rezerwat dla słoni i innych zwierząt cyrkowych, które mogą tam w spokoju dożyć reszty swych dni.

Źródła: https://cozahistoria.pl/egzekucja-slonicy-mary-kuriozalny-wyrok

http://altereddimensions.net/2016/the-town-that-hanged-an-elephant-the-macabre-story-behind-murderous-marys-dreadful-execution

http://themoonlitroad.com/murderous-mary/









sobota, 9 września 2017

Kuźnia Raciborska - leśne piekło

25 lat temu, 26 sierpnia 1992 roku w lasach w okolicy Kuźni Raciborskiej doszło do wybuchu największego pożaru w powojennej historii Polski. Miejsce na co dzień zielone, pełne życia, zamieniło się w piekło. Błyskawiczna akcja pożarnicza niestety nie przyniosła skutku. Straty, jakie wtedy zanotowano, są do dziś widoczne w tym regionie. 


fot. Gazeta Wyborcza


26 sierpnia 1992 roku około godziny 13:42 pociąg towarowy jadący do Częstochowy, przyhamował dwa kilometry za Kuźnią Raciborską. Wydobywające się spod kół iskry zapaliły pas przeciwpożarowy wzdłuż torów. Ogień szybko został dostrzeżony z okolicznych wież. Na miejscu zjawiły się pierwsze jednostki straży. Niestety już w tym momencie miał on trzy źródła i zajmował pasy o długości większej niż 3000 metrów. Pożar zaczął się niezwykle szybko rozprzestrzeniać. Mieliśmy wtedy do czynienia z niezwykle upalnym i suchym latem, a ostatnie opady deszczu zanotowano w maju. Wszystko nagle działało na niekorzyść strażaków. Kilkunastocentymetrowa warstwa ściółki była niczym podpałka, specjalne zbiorniki wodne wyschły, na domiar złego wiał silny wiatr. Okoliczne lasy zdominowane były przez sosny i świerki. Gdy ogień sięgał korony drzew, prześlizgał się z łatwością z jednego szczytu na drugi. W taki oto sposób powstał jeden z największych pożarów w Europie Środkowej. 

Już dzień później łuna ognia widoczna była z Kędzierzyna-Koźla, a wielu mieszkańców okolicznych miejscowości, w tym nawet Katowic musiało obcować z zapachem dymu. W ciągu 24 godzin na miejscu zjawiło się ponad 3 tysiące strażaków, a w akcji gaśniczej brały udział samoloty i helikoptery. Były one jednak przestarzałe i bezużyteczne, gdyż brak komunikacji radiowej i koordynacji doprowadzał do zrzucania wody na oślep przez pilotów. To samo tyczyło się sprzętu gaśniczego. Lokalne wozy strażackie często miały po kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Strażacy korzystali ze sprzętu, odzieży pamiętającej czasy PRL-u. Węże pękały pod wpływem gorąca, ludzie narzekali na przepalone buty, brak zaopatrzenia. Większość strażaków do akcji wyruszyło z marszu, bez wody, prowiantu. Na pomoc przybyło wojsko, które buldożerami i czołgami budowało wały ziemne. To wciąż jednak było za mało. W niektórych miejscach atmosfera grozy napędzana była przez detonacje niewybuchów z czasów II wojny światowej. 

30 sierpnia pożar objął ponad 8 tysięcy hektarów, a jego obwód wynosił 120-130 km. Zagrożone stały się zbiorniki paliwa na przedmieściach Kędzierzyna. Na całe szczęście tego dnia wiatr zmienił kierunek i zaczął wiać w stronę już spalonych terenów. Był to kulminacyjny moment, w którym to strażacy sami przyznawali, że już nie bronią się przed, lecz walczą z ogniem. Tydzień po wybuchu pożaru wreszcie zaczął padać deszcz, który znacząco ułatwił akcję przeciwpożarową. Do tego czasu spaleniu uległy 9062 hektary lasu. Dzięki ofiarnej akcji strażaków, żołnierzy i ochotników uratowano dalsze 40 tysięcy przed zniszczeniem. Akcja gaśnicza została uznana za zakończoną dopiero po 26 dniach! 

Leśnicy wkrótce przystąpili do prac odnowieniowych. Do roku 1997 posadzili ponad 60 milionów drzew i krzewów. Większość z nich jednak się nie przyjęła. Do dziś nie udało się przywrócić równowagi i stanu leśnego sprzed pożaru. Na wielu zdjęciach po 20-25 latach, które można znaleźć w sieci, ewidentnie widać miejsca objęte kiedyś niszczycielskim żywiołem. Straty poniosła również fauna. Wielu strażaków wspominało o martwych sarnach i jeleniach, którym nie udało się uciec przed ogniem. Sporo z nich należało dobijać, aby skrócić ich cierpienia. 

Podczas akcji gaśniczej zginęło niestety dwóch strażaków. Miało to miejsce już pierwszego dnia. Około godziny 16:00, kilka wozów strażackich znajdowało się w głębi lasu. Strażacy gasili ogień po jednej stronie drogi, gdy nieoczekiwanie ogień szybko pojawił się po ich przeciwnej stronie. Wkrótce objął on cztery pierwsze wozy; piątemu na całe szczęście mimo płonących opon udało się wycofać. Panowało tam istne piekło, przeszło 900 stopni Celsjusza. Temperatura była tak wysoka, iż w pewnym momencie z trudem można było oddychać. Strażacy nie mieli innego wyjścia, jak biec przed siebie, często w ogień. Na szkoleniu uczono, że trzeba przezwyciężyć strach i skoczyć w ogień, gdyż tuż za nim panować będzie niższa temperatura. Mimo mniejszych lub większych oparzeń liczyło się przeżycie. 

Szczęście opuściło dwóch strażaków. Andrzej Kaczyna zdecydował się schronić w jednym z wozów. W pewnym momencie słyszano w radiostacji, jak krzyczał: „Tu jest cholerny ogień! Cholerny ogień!”. Po przejściu fali ognia znaleziono go skulonego w kabinie. Widok spalonej skóry na plecach do samych kości musiał być z pewnością przerażający dla jego kolegów. Andrzej Malinowski ruszył z kolei w stronę ognia. Ze strażaka prawie nic nie zostało. Jego kask uległ stopieniu, ocalała jedynie metalowa sprzączka od paska. 

Pożar w Kuźni Raciborskiej był ogromną katastrofą, gdzie straty i koszty akcji wyliczono na ponad 700 milionów złotych. Skala ogromnych zniszczeń okazała się przestrogą dla innych. Od tego czasu zmieniono wiele procedur zarówno w leśnictwie jak i straży pożarnej. Dziś dysponujemy nowoczesnym systemem ratownictwa i sprzętem. Eksperci jednak nie wykluczają, że podobny pożar również i dziś mógłby okazać się poważną katastrofą. 

fot. Dziennik Zachodni 


Źródła:
http://www.dziennikzachodni.pl/wiadomosci/a/25-lat-po-wielkim-pozarze-lasow-w-kuzni-raciborskiej-zobaczcie-niezwykly-film-dokumentalny,12395919/
http://katowice.wyborcza.pl/multimedia/kuznia/kuznia-raciborska/_0




piątek, 25 sierpnia 2017

Ron Haviv - Bijeljina

Kiedy na początku lat 90. ubiegłego wieku oczy całego świata zwrócone były na upadający Związek Radziecki, na Bałkanach narodził się konflikt, który wkrótce okazał się najbardziej krwawym w Europie od zakończenia II wojny światowej. Kilkuletnia wojna przyczyniła się do śmierci ponad 100 tysięcy osób, a znacznie więcej odniosło rany, zostało bez dachu nad głową. Porachunki między grupami etnicznymi doprowadziły do wielu zbrodni wojennych. Część z nich zostało określonych mianem ludobójstwa. Jedna z takich sytuacji miała miejsce w miejscowości Bijeljina.


fot. Ron Haviv


Rozpad Jugosławii stawał się faktem. Po kolei dawne republiki wchodzące w skład wielkiego socjalistycznego państwa, ogłaszały swą niepodległość. Problemem był fakt, iż często grupy etniczne przemieszane były między sobą, a przekrój ludności wyglądał niczym wielowarstwowe ciasto. W wyniku tego zarówno Serbowie, Bośniacy, Chorwaci czy Albańczycy pragnęli należeć do własnego państwa. Kolejnym punktem zapalnym były różnice kulturowe, religijne. Nagle dawni sąsiedzi stawali się wrogami, a brak regularnych armii, kontroli nad wojskiem doprowadzał do wielu tragicznych wydarzeń.

We wrześniu 1991 roku bośniaccy Serbowie ogłosili powstanie Serbskiego Autonomicznego Obwodu z Bijeljiną jako swoją stolicą. Oczywiście taki ruch nie spodobał się lokalnym Bośniakom, którzy stanowili ponad 50% mieszkańców miasta. Przeprowadzone zostało referendum częściowo zbojkotowane przez Serbów, a także blokowane przez lokalne władze. Wynik oczywiście nie spodobał się ludności serbskiej, która przystąpiła do działania. Bijeljina była w owym czasie niezwykle istotnym punktem na mapie, skąd można było kontrolować sporą cześć regionu, szlaki komunikacyjne.

1-2 kwietnia miasto zostało otoczone przez jednostki JNA (Jugosławiańskiej Armii Ludowej). Ponieważ było bronione zaledwie przez kilkudziesięciu policjantów, rezultat starcia mógł być tylko jeden. Niestety Serbowie nie poprzestali na samym zwycięstwie. Przez najbliższych kilkanaście godzin miały miejsce liczne morderstwa Bośniaków, gwałty, grabieże. Zabijani byli także Serbowie, których podejrzewano o brak lojalności wobec władzy. Dokładna liczba ofiar nie jest znana. Początkowo sądzono, że mogło ich być ponad tysiąc, jednak późniejsze badania wskazały, że w tym czasie zginąć mogło między 48 a 78 osób. Nie są to jednak dokładne dane, dlatego faktyczna liczba zamordowanych cywili mogła być znacznie wyższa. 

Przeprowadzone oględziny zwłok wykazały, że wiele z ofiar zostało postrzelonych z bliskiej odległości w głowę, usta, klatkę piersiową. Sporą grupę stanowili przedstawiciele elit, duchowieństwa - niestety nasuwają się tu na myśl działania Niemiec i Związku Radzieckiego z czasów II wojny światowej. Przez kilka następnych miesięcy w całym regionie zabitych zostało wielu mieszkańców. W mieście zburzono wszystkie 9 meczetów. Nastąpił także exodus Bośniaków, czego dowodem był fakt, iż po zakończeniu wojny z blisko 30 tysięcy przedstawicieli tej narodowości, w Bijeljinie żyło ich mniej niż 3 tysiące. 

W czasie ataku na miasto serbskim jednostkom towarzyszył fotoreporter Ron Haviv. Amerykaninowi udało się uzyskać zgodę na dostęp do Tygrysów Arkana, czyli niezwykle znanej wtedy formacji paramilitarnej pod dowództwem Željko Ražnatovicia. W czasie wojny urosła ona do ponad 10 tysięcy członków i była odpowiedzialna za liczne pogwałcenia międzynarodowych konwencji. Haviv miał jednak zakaz fotografowania scen śmierci. Oczywiście fotograf go nie posłuchał, czego dowodem było tytułowe zdjęcie. Przedstawia ono jednego z członków Tygrysów, który kopie w głowę martwą Bośniaczkę. Widać na nim okrucieństwo ze strony Serbów, którzy dopuścili się w mieście, zdaniem niektórych aktów ludobójstwa, pogwałcenia wszelkich konwencji. To najlepszy symbol tego, co zdarzyło się na terenie Bośni i Hercegowiny. 

Zdjęcie Haviva tydzień później ukazało się na łamach Time. Przyczyniło się ono do międzynarodowej debaty, która jednak, jak to zwykle bywa, do niczego nie doprowadziła. Wojna dopiero się rozpoczynała i miała pochłonąć znacznie więcej istnień. Haviv w regionie stał się persona non grata, a Ražnatović wpisał go na listę śmierci. Do dziś sprawcy masakry z małymi wyjątkami, nie zostali osądzeni. 

Warto na koniec dodać, iż niestety obie strony dopuszczały się podobnych działań. Z racji ilości ofiar oraz szerszego dostępu do informacji, to właśnie zbrodnie Serbów są najbardziej znane. 

Źródła: 
http://100photos.time.com/photos/ron-haviv-bosnia
https://en.wikipedia.org/wiki/Bijeljina_massacre



niedziela, 16 lipca 2017

Grobowiec świetlików

Przez ostatnie kilka lat, w związku z trwającym konfliktem w Syrii, mogliśmy być i nadal jesteśmy świadkami ogromnych cierpień ludności cywilnej. Obrazy martwych lub rannych dzieci tylko uświadamiają nas, że podczas konfliktów zbrojnych to właśnie cywile są niezwykle narażeni na straty. Tak niestety było, jest i będzie. Dowodem tego jest dosyć często publikowane zdjęcie japońskiego chłopca z końca II wojny światowej. 


fot. Joe O’Donnell


Wraz ze zdobyciem Iwo Jimy i Okinawy, Amerykanie stanęli przed arcytrudnym zadaniem - inwazją na Japonię. Z perspektywy zachowanych dokumentów z obu stron wynika, że walki skończyłyby się ogromną rzezią. Japończycy wierzący święcie w cesarza i swój kraj, byli skłonni oddać swe życie w imię ojczyzny. Plany zakładały nawet wykorzystywanie żółwi do walki z amerykańskimi czołgami. Nie chodzi tu jednak o popularne gady, lecz dzieci obwiązane granatami i dynamitem, które miały wpełzać pod alianckie maszyny, a następnie detonować w samobójczej misji. Dowodzi to ogromnej determinacji i szaleństwa Japończyków. Dlatego też zdecydowano się na wykorzystanie bomb atomowych. Ich użycie było według mnie złem koniecznym. Złamało ducha i opór Japończyków, uratowało potencjalnie znacznie więcej istnień, lecz przyczyniło się do ogromnych zniszczeń, traumy czy też zmian na świecie. 

Podczas obu ataków zginęły dziesiątki tysięcy ludzi. Niestety w większości byli to cywile. Dwa miasta zostały praktycznie doszczętnie zniszczone. Wiele ocalałych osób cierpiało na poparzenia, choroby popromienne. Sami Amerykanie byli zaskoczeni wielką mocą swych bomb. Był to dopiero początek dramatu, gdyż spora część narodu cierpiała na niedożywienie spowodowane działaniami wojennymi. Warto choćby przytoczyć, że tylko sam dywanowy nalot na Tokio w nocy z 9 na 10 marca 1945 roku zakończył się śmiercią około 120 tysięcy osób! Wraz z zakończeniem wojny Amerykanie musieli nieść sporą pomoc swym niedawnym wrogom. Wtedy też do Kraju Kwitnącej Wiśni przybył Joe O’Donnell. 

Był on fotografem pracującym dla Białego Domu, którego zadaniem było dokumentowanie zniszczeń wojennych, wpływu bomb atomowych na mieszkańców obu miast. Pewnego dnia w Nagasaki był świadkiem sceny, która została utrwalona na opisywanym zdjęciu. W różnych miejscach miasta tworzone były prowizoryczne krematoria do palenia zwłok ofiar wojennych. Przy jednym z nich zauważył około 10-letniego chłopca niosącego na plecach młodszego brata lub siostrę. Ponieważ był to popularny widok w Japonii, uznał, że młodsze dziecko z odchyloną głową po prostu śpi. Po bosych nogach oraz całej sytuacji można wnioskować, że stracili całą rodzinę i nie mieli za wiele przy sobie. Starszy chłopiec stał niczym żołnierz na baczność przez około 10 minut, dopóki nie podeszło do niego dwóch pracowników krematorium. Wtedy nagle fotograf uświadomił sobie, że drugie dziecko jest martwe. 

Delikatnie zabrali malca z pleców chłopca, po czym ułożyli je na stosie kremacyjnym. Jak sam O’Donnell po latach stwierdził, przez cały proces palenia zwłok chłopiec pozostał w tej samej pozie. Jego dramat można było zaobserwować tylko przez zaciśniętą dolną wargę, z której sączyła się krew. Świadczy to o tym, że w kulturze nastawionej wtedy na brak emocji, niezwykle trudno było mu powstrzymać gniew, bezsilność, rozpacz. Według fotografa, chwilę po kremacji mały Japończyk odwrócił się i poszedł w nieznanym kierunku. Do dziś nie poznano jego tożsamości. 

Specjalnie nazwałem ten artykuł Grobowcem świetlików, albowiem tak też nazywa się słynna animacja z 1988 roku w reżyserii Isao Takahaty. Opowiadająca losy 14-letniego Seity i jego młodszej siostry, którzy po śmierci matki muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, jest powszechnie uznawana za jeden z najlepszych manifestów antywojennych. 

Źródła:
http://rarehistoricalphotos.com/japanese-boy-standing-attention-brought-dead-younger-brother-cremation-pyre-1945/
https://pl.aleteia.org/2016/09/07/lekcja-japonskiego-chlopca-wedrujacego-z-martwym-braciszkiem-na-plecach/



niedziela, 18 czerwca 2017

Greg Marinovich - Ludzka Pochodnia

Na początku lat 90. wraz z upadkiem Związku Radzieckiego, w Europie doszło do wielu przemian politycznych i społecznych. Oczy całego świata zwrócone były na kraje dawnego Bloku Wschodniego. Tymczasem ważne zmiany następowały także w RPA. Powolnym krokiem zbliżał się koniec apartheidu oraz utraty władzy przez białych. Niestety zanim do tego doszło miały miejsca tragiczne wydarzenia zwane Wojną Hotelową. Ich największym symbolem były płonące naszyjniki.


fot. Greg Marinovich


W latach 1990-1994 w RPA rozgrywała się nieformalna wojna, która pochłonęła ponad 14 tysięcy ofiar. Dochodziło wtedy do starć między mniejszością Zulusów a innymi grupami etnicznymi. Zulusi sprowadzeni wiele lat wcześniej do pracy, zamieszkiwali specjalne hotele robotnicze. Nieopodal nich ulokowane były czarne getta wielu mniejszości. Wszystko to stanowiło mieszankę wybuchową. Początkowo dochodziło do mniejszych konfliktów etnicznych. Jednak z początkiem lat 90. sytuację tę wykorzystała biała ludność. Partia Wolności Inkatha była formacją polityczną założoną przez mniejszość Zulusów. Była ona przeciwna apartheidowi, jednak negowała polityczne ambicje Afrykańskiego Kongresu Narodowego. Właśnie ten jeden szczegół zaważył na konflikcie.

Rządzący nieoficjalnie wspierali i finansowali Inkathę, przez co jedna grupa była napuszczana na drugą. W wielu miastach powstały prawdziwe linie frontu. Przypominało to poniekąd sytuację na Bałkanach, gdzie miasta dzielone były na strefy muzułmańskie i prawosławne/katolickie. W związku z tym każdy znał swoje miejsce, a zapuszczanie się na inne terytoria było niczym wyrok śmierci. Powstały linie demarkacyjne, a często także jedne grupy dokonywały zbrojnych wypadów na inne dzielnice. Ponieważ mamy do czynienia z biedotą, do walki wykorzystywane było, co popadnie. Najczęściej były to noże, maczety, kije. Powstały wtedy też "płonące naszyjniki".

Kilka lat wcześniej Winnie Madikizela-Mandela, ówczesna żona Nelsona Mandeli podczas jednego z przemówień powiedziała: Nie mamy karabinów. Mamy tylko kamienie, pudełka zapałek i benzynę. Razem, ręka w rękę, przy pomocy zapałek i naszyjników wyzwolimy ten kraj. Choć to nie ona była wynalazczynią naszyjników, to jednak do dziś jest z nimi kojarzona. O co dokładnie chodziło? Otóż wymyślono okrutny sposób śmierci. Polegał on na nakładaniu ofierze opony samochodowej, która krępowała ruchy. Następnie polewano ją benzyną i podpalano. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak ciężką oraz okrutną musiała być taka śmierć.

15 września 1990 roku Greg Marinovich znalazł się na ulicach Soveto. Był on jednym z czterech członków słynnego Bractwa Bang Bang. Zajmowali się oni dokumentacją konfliktu na przedmieściach największych miast. W pewnym momencie podczas rekonesansu zauważył grupę młodych osób szarpiących dorosłego mężczyznę. Sytuacja miała miejsce na terenach wiernych Mandeli, dlatego ów mężczyzna musiał być Zulusem. Zapewne został uznany za szpiega, choć prawdopodobne, iż tylko jechał do pracy. Młodzi ludzie zaczęli go kopać i okładać pięściami. Gdy Greg wyjął aparat, tłum "kazał mu spierdalać". Fotograf odpowiedział, że przestanie robić zdjęcia, jak zostawią mężczyznę w spokoju. Nieoczekiwanie jeden z młodszych chłopców wyjął nóż i wbił go w pierś Zulusa. Marinovich instynktownie cofnął się o parę centymetrów, po czym poczuł, jak inny nóż przecina jego torbę fotograficzną. Gdyby nie ten ruch, zapewne otrzymałby cios prosto w brzuch. 

Pojawienie się policji spowodowało ucieczkę tłumu. Jednak policjanci nie wyszli nawet z pojazdu. Oddali tylko kilka strzałów w powietrze, po czym odjechali. Mimo ciężkich obrażeń, ranny Zulus próbował uciec z miejsca linczu. Niestety po kilku krokach upadł, po czym powrócili oprawcy. Zaciągnęli go na drugą stronę nasypu kolejowego. Fotograf ruszył za tłumem. Gdy był już blisko szczytu nasypu, usłyszał dziwne "puf". Nie był to jednak charakterystyczny dźwięk broni palnej. Nagle jego oczom ukazał się makabryczny widok. Na rannego mężczyznę prawdopodobnie wcześniej założono oponę, wlano do niej benzynę i podpalono. W innych źródłach podaje się, że był to koktajl Mołotowa (co z racji widoku płonącego mężczyzny wydaje się bardziej prawdopodobne). Niemniej jednak, własnie zapłon był tym nieznanym dźwiękiem. Marinovich zszokowany obrazem konającego mężczyzny, przyłożył do oka aparat. Gdy zaczął fotografować, do płonącego człowieka podbiegł nastolatek z maczetą, którą zatopił w głowie Zulusa. Do dziś niestety reporter nie wie, czy był to akt łaski czy po prostu chęć szybszego mordu. Po pewnym czasie okazało się, że ofiarą był Lindsaye Tshabalala, lokalny pracownik. 

Obraz zatytułowany Ludzka Pochodnia szybko znalazł się na pierwszych stronach i okładkach wielu gazet. Sam fotograf otrzymał za niego Nagrodę Pulitzera. Do samego końca dokumentował różne oblicza konfliktu. Przez ten czas został cztery razy ranny, w tym raz ciężko. Choć mówiono, iż miał i przynosił pecha, to jednak był jednym z dwóch członków Klanu, którzy przeżyli - Ken Oosterbroek zginął podczas walk, Kevin Carter znany z fotografii z sepem popełnił samobójstwo, a João Silva stracił wiele lat później nogi w Afganistanie. 

Wojna Hotelowa to niestety ciemna strona walki o władzę w RPA. Ukazuje nam, że nawet tak znane i popularne osoby, jak Nelson Mandela, pośrednio lub w bezpośredni sposób miały wpływ na liczne morderstwa i rabunki. 


Źródła: http://blurppp.com/blog/legendarne-zdjecia-greg-marinovich-czlowiek-pochodnia-czyli-plonacy-naszyjnik/
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/39157,fotoreporterow-dylematy-moralne
http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/plonace-naszyjniki-winnie-mandeli/7mlrm
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bractwo_Bang_Bang







piątek, 16 czerwca 2017

Czas próby - niezwykła historia straży przybrzeżnej

W historii dochodziło do wielu mniejszych lub większych katastrof morskich. Zniszczeniu, zatonięciu ulegały zarówno kutry rybackie, jak i wielkie kontenerowce, tankowce. Najczęściej takie wydarzenia wiązały się z się dużą liczbą ofiar. Na szczęście są też takie historie, które poniekąd kończą się szczęśliwie. Jedną z najbardziej niezwykłych i spektakularnych jest ta, która miała miejsce w 1952 roku.


fot. Richard C. Kelsey


Od lat wzdłuż granicy lądu i morza Stanów Zjednoczonych swą służbę pełni Straż Przybrzeżna. United States Coast Guard to najmniejszy z rodzajów amerykańskich sił zbrojnych. Jej zadaniem jest między innymi obrona narodowa, ochrona środowiska naturalnego oraz ochrona bezpieczeństwa morskiego. Do tego ostatniego zalicza się pomoc niesioną rozbitkom, uszkodzonym statkom. 18 lutego 1952 roku miała miejsce akcja, która w USA powszechnie uchodzi za jedną z najważniejszych w historii amerykańskiej straży przybrzeżnej 

Tego dnia u wybrzeży Nowej Anglii rozszalał się sztorm, jeden z najgorszych w ciągu ostatnich lat. Był to jeden z tych dni, kiedy nikt nie miał ochoty wychodzić na zewnątrz. Fale morskie osiągały kilkanaście metrów wysokości, a przy tym towarzyszył im mroźny wiatr i opady śniegu. Niestety zarówno marynarze, jak i członkowie straży pełnili wtedy służbę. W niedługim czasie doszło do rzeczy niebywałej. Najpierw w jednostkach nabrzeżnych otrzymano sygnał, iż wiele kilometrów od brzegu doszło do przełamania w pół tankowca "Fort Mercer". Ze wszystkich portów wyruszyły jednostki ratownicze. Kiedy większość ratowników była w drodze do przełamanego tankowca, otrzymano drugie, identyczne wezwanie. 

Tym razem identyczny tankowiec, "Pendleton", miał dokładnie ten sam problem. Okręt w wyniku uderzeń fal przełamał się w pół. Statek ten znajdował się bliżej brzegu, przez co lokalni mieszkańcy mogli słyszeć jego syreny, a czasem nawet dojrzeć go na tle oceanu. Oba statki należały do okrętów typu Liberty T2 z okresu II wojny światowej. Były to wersje budowane tanio i szybko, które po wojnie trafiły w ręce prywatnych armatorów. Na spokojne wody nadawały się idealnie, jednak w gorszych warunkach dawały o sobie znać ich błędy konstrukcyjne czy tańsze materiały. 

Problem w całej sytuacji polegał na tym, że mało kto przy zdrowych zmysłach wyruszyłby w taką pogodę. Zagrożeniem była nie tylko pogoda, lecz także mielizny, które znajdowały się kilka kilometrów od wejścia do portu. Kolejną przeszkodą było wyposażenie miejscowych strażników. Jedynym dostępnym okrętem w bazie była motorówka CG-36500. To mała jednostka z 4 członkami załogi, która mogła pomieścić, co najmniej kilku rozbitków. Tymczasem na ratunek czekało ponad 30 marynarzy!

Wypłynięcie małą, drewnianą motorówką było igraniem ze śmiercią. Jednak tego czynu podjął się Bernard Webber. Choć większość ratowników była przeciwna wypłynięciu, to jednak Webber wraz z trzema ochotnikami: Richardem Liveseyem, Ervinem Maske oraz Andrew Fitzgeraldem wkrótce wyruszył w morze. Tymczasem Pendleton mimo poważnych uszkodzeń nadal utrzymywał się na morzu. Wraz z częścią dziobową zginęło 8 marynarzy, w tym kapitan okrętu. Pozostali przetrwali na rufie statku. Mimo ogromnych uszkodzeń maszynownia wciąż funkcjonowała, dzięki czemu marynarze mogli powoli poruszać się jednostką. Za pomocą prowizorycznego steru udało im się odrobinę zmieniać pozycję. 

Tymczasem ratownikom na przekór wielu przeszkodom udało się przepłynąć mielizny. Okupili to jednak uszkodzeniem motorówki oraz zniszczonym kompasem. Choć tracili powoli nadzieję, to jednak w pewnym momencie udało im się w środku nocy dotrzeć do wraku Pendletona. Na pokładzie na ratunek czekało 33 marynarzy. Webber bez większego planu rozpoczął akcję ratunkową. Załoga tankowca powoli zaczęła schodzić po drabince na pokład motorówki. Gdyby nie nieszczęśliwy wypadek uratowano by wszystkie osoby. Zginął jednak marynarz, który odpadł od drabinki i uderzył o śrubę statku. 

Webber zdawał sobie sprawę z kryzysowej sytuacji, w jakiej wszyscy się znaleźli. Choć sztorm powoli ucichł, to jednak powrót uszkodzoną i przeciążoną łodzią był wielce niebezpieczny. Webberowi udało się skontaktować z lądem, gdzie poradzono mu udanie się do najbliższej jednostki wodnej i przekazanie rozbitków. Ratownik odmówił jednak, po czym skierował motorówkę w stronę Chatham. Na całe szczęście w mroku nocy udało im się dojrzeć boję sygnalizacyjną. 

Tytułowe zdjęcie prezentuje moment wpłynięcia CG-36500 do portu. Ratowników i marynarzy nie tylko przywitała reszta straży, lecz także lokalni mieszkańcy. Dla wielu z nich był to prawdziwy cud. Łącznie z obu tankowców uratowano tego dnia 70 marynarzy. Jednak to akcja z Pendletonem na zawsze przeszła do historii United States Coast Guard. Webber wraz z pozostałymi marynarzami odznaczeni zostali złotymi medalami za ratowanie życia. 

Niedawno stworzony został film Czas Próby, który dotyczy własnie tych wydarzeń. Dla mnie takie 6/10, jednak warto go zobaczyć w celu dopełnienia przeczytanej historii.


Źródła:
http://www.smartage.pl/zatoniecie-tankowcow-pendleton-i-fort-mercer/
https://en.wikipedia.org/wiki/Coast_Guard_Motor_Lifeboat_CG_36500
https://en.wikipedia.org/wiki/Bernard_C._Webber

sobota, 6 maja 2017

The Kiss of Life

W szeroko rozumianej sztuce, w tym także fotografii pocałunek najczęściej prezentowany był i jest jako forma uczuciowego zbliżenia dwóch osób. Zdarzały się od tego oczywiście wyjątki, jak choćby pocałunki śmierci. Również i w tym wypadku mamy do czynienia z obrazem, który na pierwszy rzut oka może nam się kojarzyć z czymś powszechnym, jak na dzisiejsze czasy, choć w ujęciu LGTB. Historia kryjąca się za nim jest jednak zupełnie odmienna.

fot. Rocco Morabito

Nie od dziś wiadomo, że z prądem nie ma żartów. Jakakolwiek bezpośrednia styczność z wysokim napięciem kończy się zwykle poranieniem lub śmiercią. Dlatego też elektryk zajmujący się pracą na wysokościach, to jeden z najniebezpieczniejszych zawodów. Przekonał się o tym Randall Champion. W 1967 roku podczas pracy na jednym ze słupów energetycznych został on porażony prądem o sile 4 tysięcy voltów. Ponieważ zgodnie z procedurami był w tym czasie przypięty pasami, jego ciało zawisło na wysokości wielu metrów.

Świadkiem tego zdarzenia był J.D. Thompson, inny pracownik energetyki. Chwilę po wypadku wspiął się na słup w celu ratowania życia kolegi. Ponieważ Champion zwisał głową w dół, niemożliwym było przeprowadzenie prawidłowej resuscytacji. W związku z tym mężczyzna zdecydował się na klasyczną metodę usta-usta. Wykonywał ją aż do wyczucia pulsu u kolegi. Po tym czasie sprowadził ciało na dół i kontynuował pomoc do czasu przyjazdu pogotowia.

Traf chciał, że w tym samym czasie na miejscu zjawił się Rocco Morabito, fotoreporter lokalnej gazety. Akurat wracał ze strajku kolejarzy. Kiedy ujrzał całe wydarzenie, momentalnie sięgnął po aparat. Gdy wykonywał serię kilku zdjęć, usłyszał nagle od jednego z mężczyzn: „on oddycha!". Okazało się, że mimo wysokiego napięcia stan pracownika energetyki jest stabilny. Nie tylko przeżył porażenie prądem, lecz dane mu było cieszyć się życiem przez kolejne 35 lat.


Fotografia zatytułowana „The Kiss of Life” szybko trafiła na okładki wielu dzienników na całym świecie, a sam Morabito, nieznany nikomu fotograf, otrzymał za nią nagrodę Pulitzera.  

Źródła:
http://rarehistoricalphotos.com/kiss-life-utility-worker-giving-mouth-mouth-co-worker-contacted-high-voltage-wire-1967/
http://dziwowisko.pl/slynne-zdjecie-kiss-of-life/

środa, 19 kwietnia 2017

Budd Dwyer - śmierć na wizji

Wielokrotnie spotykaliśmy się z sytuacją, kiedy ktoś został niesłusznie skazany. Dla sporej ilości osób oznaczało to pobyt w więzieniu, utratę dotychczasowego życia, a nawet karę śmierci. Fałszywe zeznania, błędy proceduralne to niestety codzienność w sądownictwie wielu krajów. Do takiej sytuacji doszło 30 lat temu w Stanach Zjednoczonych, kiedy to Budd Dwyer został skazany za przyjęcie rzekomej łapówki. Wszystko skończyło się tragicznie. 



fot. Paul Vathis

R. Budd Dwyer był lokalnym politykiem, skarbnikiem stanowym w Pensylwanii. W 1980 roku w tym miejscu dokonano odkrycia, iż przez wiele lat z powodu błędu urzędnicy państwowi nadpłacali podatek federalny. Zdecydowano się wtedy na przetarg, dzięki któremu wybrana firma księgowa miała za kilka milionów dolarów dokonać obliczeń wynagrodzeń każdego pracownika. Wkrótce okazało się, że J.R. Torquato Jr. oraz W.T. Smith, starając się o kontrakt stanowy, oferowali urzędnikom łapówki. W maju 1984 roku kontrakt rzeczywiście został przyznany firmie prowadzonej przez Smitha.

W 1986 roku sprawa jednak wypłynęła na jaw, a jednym z podejrzanych był właśnie R. Budd Dwyer. Został oskarżony o przyjęcie 300 tysięcy dolarów łapówki za wyświadczenie przysługi. Początkowo prokurator okręgowy zaproponował Dwyerowi przyznanie się do przyjęcia łapówki. Dzięki temu poprzez współpracę z wymiarem sprawiedliwości miał stracić swój urząd i otrzymać maksymalnie pięć lat więzienia. Polityk odmówił jednak, przez co został uznany winnym. Groziło mu w związku z tym nawet do 55 lat i 300 tysięcy dolarów grzywny. Przez cały czas Dwyer twierdził jednak, że jest niewinny.

Specjalnie w związku z tym zwołał 22 stycznia 1987 roku konferencję prasową. Znalazł się na niej także Paul Vathis, fotograf AP. Jednocześnie konferencja była transmitowana na żywo przez kilka stacji telewizyjnych. Dwyer zamiast ogłoszenia rezygnacji z pełnionej funkcji, nadal utrzymywał, że został wrobiony. Podczas konferencji powiedział:

"Dziękuję Panu za 47 lat ekscytujących zmian, stymulujących doświadczeń, wiele szczęśliwych chwili, a ponad wszystko, za najwspanialszą żonę i dzieci, które byłyby marzeniem każdego mężczyzny. Teraz moje życie się zmieniło, bez żadnego powodu. Ludzie (...) wiedzą, że jestem niewinny i chcą pomóc. Ale w tym kraju, w najwspanialszej demokracji na świecie, nic nie mogą uczynić, by uchronić mnie przed oskarżeniem o przestępstwo, którego nie popełniłem. Niektórzy z nich nazywają mnie Hiobem naszych czasów, a sędziego Malcolma Muira porównują do średniowiecznych sędziów. Stwierdził on, że (...) kara więzienia dla mnie będzie działać odstraszająco na innych urzędników publicznych. Nie sądzę jednak, aby kara ta odstraszała tych, którzy mnie znają, bo wiedzą oni, że nie zrobiłem nic złego. Jestem ofiarą publicznych oskarżeń, a więzienie byłoby tu amerykańskim gułagiem. Proszę tych, którzy mi wierzą (...), by pracowali niestrudzenie nad stworzeniem w Stanach Zjednoczonych wymiaru prawdziwej sprawiedliwości i oczyszczeniem mnie z zarzutów, tak by moja rodzina (...) nie była naznaczona tą niesprawiedliwością, której się wobec mnie dopuszczono (...)."

                                                                                                           tłumaczenie za cba.gov.pl

Tuż po odczytaniu listu, wręczył każdemu z członków swego zespołu kopertę. Okazało się, że w jednej z nich był list pożegnalny do żony, w drugiej dokument o przekazaniu organów do przeszczepów, a w trzeciej list do Roberta P. Casey'a, jego następcy. Tuż po tym wyciągnął z papierowej torebki rewolwer Magnum, kaliber .357 i pociągnął za spust, strzelając sobie w usta.

Całość tych wydarzeń uchwycił na czarno-białej kliszy Paul Vathis. Za swe zdjęcie otrzymał nagrodę World Press Photo 1988. Jednocześnie moment samobójstwa obejrzało wiele osób przed telewizorami. Do dziś uznaje się zarejestrowane chwile za jedne z najbardziej tragicznych w historii amerykańskiej telewizji. 

fot. Paul Vathis




Zdjęcia z tego wydarzenia wpłynęły także na zmianę w fotografii prasowej, gdyż od tego czasu agencja Associated Press nadała rozporządzenie, aby wszystkie materiały dla niej rejestrowane były na kolorowych kliszach.

Po wielu latach okazało się, że Budd Dwyer rzeczywiście był niewinnym człowiekiem, którego obciążyły fałszywe zeznania W.T. Smitha. 

Źródła:
https://cba.gov.pl/pl/newsy-serwisu-antykorup/2365,Samobojstwo-na-wizji.print
https://pl.wikipedia.org/wiki/Budd_Dwyer





niedziela, 9 kwietnia 2017

Milimetry od śmierci!

Sport, zwłaszcza drużynowy, często wiąże się z ryzykiem kontuzji. Sytuacje złamanych kości, naderwań, skręceń są na porządku dziennym. Jednak to, co przytrafiło się Clintowi Malarchukowi, na trwałe zapisało się w historii hokeja. To prawdziwy cud, że tego dnia bramkarz Buffalo Sabres nie pożegnał się z życiem.


fot. Craig Melvin

Hokej od samego początku stał się efektowną, a przy tym niezwykle niebezpieczną dyscypliną sportową. Dowodzi tego chociażby zdjęcie Terryego Sawchuka, który przez większość swej kariery bramkarskiej grał bez ochronnej maski.

fot. Ralph Morse
Bramkarze narażeni byli na silne uderzenia krążka hokejowego, a także kontakt z atakującymi graczami. Dziś chronieni są przez liczne elementy wyposażenia, które okazują się jednak czasem zawodne. Doświadczył tego Clint Malarchuk. 22 marca 1989 roku meczu pomiędzy St. Louis Blues i Buffalo Sabres omal nie przypłacił życiem. Podczas gry Steve Tuttle oraz Uwe Krupp zderzyli się ze sobą na wysokości bramki pilnowanej przez Malarchuka. Nieszczęśliwie obaj wpadli na bramkarza, a łyżwa Tuttle'a przecięła mu tętnicę.

Nagle cała hala zamarła. Widzom ukazał się widok broczącego krwią Clinta. Był to przerażający obraz, który na myśl przywoływał bardziej sceny z krwawych horrorów. Zanotowano wiele przypadków omdleń, problemów z sercem, a niektórzy zawodnicy zaczęli wymiotować. Malarchuk był pewien, że umiera. Jego jedynym pragnieniem było opuszczenie lodu, gdyż wiedział, że w telewizji mecz ogląda jego matka. Jak sam stwierdził potem, nie chciał, aby widziała jego ostatnie chwile. Kazał wtedy przekazać, że ją kocha oraz wezwał księdza.

Na całe szczęście życie uratował mu Jim Pizzutelli, trener od przygotowania fizycznego. W czasie wojny w Wietnamie służył on jako medyk. Szybko zatamował krwotok tętniczy, dzięki czemu dał hokeiście czas do przybycia lekarzy. Do tego momentu stracił on ponad 1,5 litra krwi! W czasie podróży do szpitala Malarchuk był cały czas świadomy, a nawet żartował, że chciałby wrócić na trzecią tercję. Lekarze musieli założyć mu aż 300 szwów, aby zaszyć 15-centymetrową ranę. Okazało się, że brakowało około 3 milimetrów, aby bramkarz wykrwawił się w ciągu minuty na oczach kibiców.

Zaledwie kilka tygodni po tym incydencie, powrócił na taflę i kontynuował karierę do 1997 roku.

Warto zapoznać się także z materiałem wideo:


Źródła:
https://en.wikipedia.org/wiki/Clint_Malarchuk







niedziela, 19 lutego 2017

Jakub Szymczuk - Majdan

Właśnie mija trzecia rocznica tragicznych wydarzeń w Kijowie, kiedy to w wyniku walk między protestującymi a siłami rządowymi zginęło ponad 100 osób. Jednym z tych, którzy dokumentowali te zajścia był Jakub Szymczuk. Udało mu się zrobić jedno z najważniejszych zdjęć w najnowszej polskiej fotografii prasowej.


fot. Jakub Szymczuk


Euromajdan przeszedł do historii jako największy protest ludności cywilnej w dziejach Ukrainy. Wszystko rozpoczęło się 21 listopada 2013, kiedy to w Kijowie zaczęły się demonstracje ludzi niezadowolonych z odłożenia przez prezydenta Wiktora Janukowycza podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. W bardzo szybkim czasie przemieniło się to w rewolucję, gdzie protestujący żądali odsunięcia od władzy prezydenta oraz zmian w polityce kraju.

Punktem zapalnym okazał się 30 listopada, kiedy doszło do brutalnego rozpędzenia demonstracji przez jednostki Berkutu. Od tego czasu centralny plac Kijowa stał się głównym miejscem manifestów. W kulminacyjnym punkcie w stolicy zebrało się kilkaset tysięcy osób. Z biegiem czasu dochodziło do eskalacji konfliktu. Oddziały rządowe wielokrotnie próbowały doprowadzić do likwidacji obozowiska, lecz spotykały się z silnym oporem cywilów. Po obu stronach notowano rannych i zabitych. Dochodziło do wielu prowokacji, porwań dziennikarzy, utrudniania pracy lekarzom.

Partia rządząca wraz z prezydentem robiła wszystko w celu zdławienia protestów, tym bardziej, że spotykała się z coraz większym oburzeniem ze strony opinii międzynarodowej. Na placu Niepodległości zaczynają płonąć opony, które stają się jednym z symboli protestów. Zwolennicy europejskich reform w ten sposób utrudniają pracę Berkutowi. Do najtragiczniejszych wydarzeń dochodzi między 18 a 20 lutego. Oddziały rządowe dokonują próby likwidacji Majdanu. Jest to praktycznie szturm, z wykorzystaniem ciężkiego sprzętu, dużej ilości milicji. Na dachach pojawiają się snajperzy, którzy strzelają do bezbronnych ofiar. 20 luty przechodzi do historii Ukrainy jako „Czarny Czwartek”. Ginie wtedy ponad 70 osób, z czego większość stanowią protestujący. 

Jakub Szymczuk znajduje się wtedy po raz drugi na Majdanie. Kilka dni wcześniej dokumentuje wydarzenia, które nie zwiastowały aż tak wielkiej tragedii. Po przyjeździe do Polski postanawia jednak szybko wracać na Ukrainę, gdyż przeczuwa, że może dojść do czegoś ważnego. W czwartek pracuje już na pierwszym froncie. Dowiaduje się, że przy drodze do Pałacu Prezydenckiego strzelają do ludzi. Mimo ostrzeżeń od innego fotografa kieruje się w sam środek walk. W pewnym momencie zobaczył mężczyznę, który organizował rzucanie opon na płonącą barykadę. Gdy biegł on w stronę barykady, został postrzelony w głowę. Jego ciało zostało złożone tuż obok fotografa, dzięki czemu mógł zobaczyć tragedię z bliska. Jeden z kompanów demonstranta zaczął płakać nad jego ciałem. Wtedy właśnie powstała słynna fotografia, która wedle Jakuba Szymczuka jest najważniejszą, jaką do tej pory zrobił w swym życiu. Tak relacjonował te wydarzenia w Gościu Niedzielnym:

Akurat skradał się facet z oponą, którą rzucił za barykadę. Chciałem mu zrobić zdjęcie. Zniknął mi za chwilę za płomieniami. Strzał. Krwista mgła. Czas się zatrzymał. Jego koledzy go odciągnęli tuż pod moje stopy. Położyli jego dziurawy hełm. Jeden wrócił na front, drugi nad nim klęczał. Miał niepewne ruchy, nie wiedział, co robić. Płakał. Ale był to głuchy płacz, taki bez łez”.


Zdjęcie stało się jednym z symboli Euromajdanu, Niedługo potem okazało się, że mężczyzną na obrazie jest Anatolij Żałowaga. Pochodzący z Lwowa, z wykształcenia był nauczycielem wychowania fizycznego. Był to dopiero jego drugi dzień w Kijowie. Wieczorem w środę Anatolij zadzwonił do brata i poinformował go, że pełni służbę na barykadzie, która była atakowana przez siły rządowe. Następnego dnia rodzina dowiedziała się, że zginął on na Majdanie. Miał jedynie 33 lata.

W 2014 roku fotografia ta uznana została Zdjęciem Dekady 2004-2014 Grand Press Photo.

Polecam również krótki film opowiadający o wydarzeniach z perspektywy samego fotografa: 




Źródła:
http://wydarzenia.o.pl/2016/02/majdan-w-obietywie-jakuba-szymczuka-mck-krakow/#/
http://gosc.pl/doc/2078589.To-nasz-syn/3
https://pl.wikipedia.org/wiki/Euromajdan

piątek, 20 stycznia 2017

Radosław Sikorski - Prochy Świętych

Praktycznie każda wojna kończy się cierpieniem ludności cywilnej. Śmierć, rany, konieczność ucieczki z domu to prawdziwy obraz wielu konfliktów. Jeden z nich zrelacjonowany został przez Radosława Sikorskiego, którego zdjęcie prezentuje ofiary afgańskiej wojny. 


fot. Radosław Sikorski 


Mało kto dziś wie, że Radosław Sikorski w latach 80. był wolnym dziennikarzem pracującym dla kilku brytyjskich redakcji. W 1986 roku wyruszył do Afganistanu jako nieoficjalny korespondent The Sunday Telegraph, Observera oraz BBC. Obok sprzętu oraz środków na wyprawę, nie otrzymał z Wielkiej Brytanii żadnego zabezpieczenia na wypadek schwytania przez Sowietów. Gdyby tak się stało, mógł zostać co najmniej posądzony o szpiegostwo. W przeciwieństwie do wielu zachodnich dziennikarzy czy całych redakcji nie uważał Afganistanu za sprawę już przegraną. Dzięki temu znalazł się w tym kraju w przełomowym momencie wojny. 

Jego wyprawa miała kilka celów. Przede wszystkim chciał ustalić losy niezwykle istotnych zabytków Heratu, a także poznać prawdę o miejscowym powstaniu z 1979 roku. Ponadto agencja Afghan Aid poprosiła go o zebranie informacji o lokalnej ludności cywilnej, zwłaszcza rolnikach. Kilkumiesięczny pobyt w tym kraju obfitował w spotkania z bojownikami, cywilami, przemytnikami, najważniejszymi postaciami dla ruchu oporu. Jako mister Rahim wielokrotnie był świadkiem walk, bombardowań. Zdarzało mu się przemykać pod lufami czołgów i patrolujących żołnierzy. Od mudżahedinów otrzymał nawet AK-47, ale na szczęście nie dane mu było go użyć w razie obrony. Swe przygody i liczne, nader trafne spostrzeżenia zawarł w bardzo dobrej książce: Prochy świętych. Afganistan czas wojny. Warto ją przeczytać, aby bliżej zapoznać się z genezą i charakterystyką radzieckiej interwencji oraz wojny w Afganistanie. Jest to także kawał porządnej pracy reporterskiej. 

Była to wojna, podczas której najwięcej cierpiała ludność cywilna. Sowieckie dowództwo stosując prawo odpowiedzialności zbiorowej, często bez przyczyny bombardowało afgańskie miasteczka i wioski lub pod zwykłym pretekstem przebywania w nich wojowników. Kończyło się to najczęściej tragicznie, gdyż nawet głębokie piwnice nie mogły chronić przed silnymi bombami i pociskami. Taka sytuacja przydarzyła się rodzinie na zaprezentowanym zdjęciu. 

Pewnego dnia Sikorski był świadkiem nalotu kilku radzieckich myśliwców. Ich celem nie była jednak wioska, w której aktualnie przebywał, lecz znajdująca się kilka kilometrów dalej Koszk-e Serwan. Kiedy dotarł na miejsce, wydobyto spod gruzów ponad 30 ciał, a nadal nie doliczono się przeszło 40 mieszkańców. Problemem był fakt, iż większość osób chowała się w piwnicach lub specjalnie drążonych tunelach. Gdy co najmniej ćwierć lub półtonowa bomba eksplodowała nad ich głowami, znajdowali się na ogół w śmiertelnej pułapce. Tak reporter relacjonował te wydarzenia:

Poszedłem do sąsiedniego domu. Mieszkańcy przekopywali resztki piwnic, wznosząc chmury kurzu (...) Oczom zebranych ukazał się niebywały widok: w piwnicznej niszy pod łukiem sklepienia, które jakimś cudem ocalało, siedziała z dwójką małych dzieci przy boku zawoalowana kobieta. Ręce wznosili ku górze, jakby za chwilę mieli się wydostać z gruzowiska i podziękować wszystkim za uratowanie. Jedno z dzieci uśmiechało się. Nie ruszali się. Ubrania dzieci, ich twarze, skóra obnażonych ramion były blade, wręcz białe, jakby oprószone mąką; dzieci nie miały żadnych obrażeń. Nie było śladu krwi - ale byli martwi. 
                                                                                            R. SikorskiProchy Świętych, Warszawa 2007, s. 192.

Była to tylko jedna z rodzin, które tego dnia straciły życie. Wyglądają oni bardziej jak postaci żywcem przeniesione z antycznych Pompei niż świeże ofiary radzieckiego nalotu. 

Trudno jest do dziś oszacować, jak wiele osób zginęło w wyniku działań wojennych czy późniejszych wybuchów min, których miliony zostały pozostawione przez komunistów. Punktem zwrotnym w czasie wojny, o którym wspomina także autor, było dostarczenie przez USA bojownikom wyrzutni i pocisków Stinger. Od tego momentu Sowieci przestali całkowicie dominować w powietrzu. Wojna w Afganistanie okazała się dla nich porażką jak i jedną z przyczyn rozpadu Imperium. 

Radosław Sikorski w swej książce porusza także ważny aspekt, o którym często pisałem, czyli powinność reporterską:

Patrząc przez obiektyw mego aparatu na zmarłych i umierających, czułem się jak impertynencki podglądacz. Nie ma bardziej intymnego momentu niż śmierć, ale odchodzący nie może nic uczynić, by uniknąć spojrzeń ciekawskich (...) Czułem, że powinienem uczcić zmarłych i cierpiących pełną szacunku ciszą, zmusiłem się jednak do fotografowania. zrobienie i pokazanie zdjęcia było jedynym sposobem na to, by ich los nabrał znaczenia dla reszty świata. 
                                                                                     R. Sikorski, Prochy Świętych, Warszawa 2007, s. 194-195.

W 1988 roku Radosław Sikorski za swe zdjęcie z Afganistanu został nagrodzony w konkursie World Press Photo. 

Na koniec chciałbym podziękować panu Radosławowi Sikorskiemu za zgodę na publikację zdjęcia oraz fragmentów z książki. 

Źródła:
R. Sikorski, Prochy Świętych, Afganistan czas wojny, A.M.F Plus, Warszawa 2007.