Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XX wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XX wiek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 września 2022

Emmett Till - śmierć, która wstrząsnęła Ameryką

Stany Zjednoczone lat 50. i 60. XX wieku znacznie różniły się od tego, co dziś znamy. Zwłaszcza Południe uosabiało niezwykle konserwanty kierunek społeczeństwa, co jest widoczne po dziś dzień. Mimo upływu 100 lat od wojny secesyjnej, nadal można było zaobserwować wyraźny podział na dwie Ameryki. Podział ten był w szczególności widoczny w podejściu do czarnoskórej ludności. Wyraźnie o tym przekonać się miał Emmett Till, bohater dzisiejszego wpisu.

fot. David Jackson


II wojna światowa wydawać się mogła przełomem dla stosunków między białą a czarną ludnością Ameryki. Wiele osób o afrykańskich korzeniach służyło w armii, pracowało w fabrykach dla wspólnego wojennego wysiłku. Koniec zmagań w Europie i na Pacyfiku przyniósł jednak powrót do dawnych czasów. Wciąż w wielu południowych stanach obowiązywały tak zwane Prawa Jima Crowa. Były to regulacje prawne, które ograniczały prawa czarnoskórej ludności, jeszcze bardziej pogłębiając różnice między Amerykanami. To właśnie z tego wzięły się słynne do dziś osobne toalety, szkoły, siedzenia w autobusach, gdzie wyraźnie pokazywano rzeczy "tylko dla białych" bądź "nie dla kolorowych". Jednak z początkiem lat 50. XX wieku Krajowe Stowarzyszenie na Rzecz Popierania Ludności Kolorowej (NAACP) oraz inne organizacje z sukcesem wywalczyły stopniowe zniesienie segregacji w szkołach. To tylko jeszcze bardziej rozsierdziło mieszkańców Południa.

Emmett Till był 14-letnim chłopcem, który urodził się i mieszkał w Chicago. Choć i tu spotykał się z oznakami segregacji, to jednak ta część USA znana była z bardziej liberalnych poglądów. Chłopiec ceniony był za swój żywiołowy charakter, częste dowcipy, które opowiadał. Latem 1955 roku został zaproszony na wakacje do swojej rodziny w Missisipi. Przed wyjazdem matka ostrzegła go jednak, że jest to zupełnie inne miejsce, gdzie należy przestrzegać specyficznych reguł. Emmett wraz z kuzynami przybywa do małego miasteczka Money. Pewnego dnia udaje się do lokalnego sklepu. Gdy wychodził z niego, gwizdnął na właścicielkę, Carolyn Bryant. Po reakcji znajomych od razu zrozumiał, że popełnił ogromny błąd. Po kilku dniach do domu, w którym znajdował się chłopiec, wpada Roy Bryant ze swoim przyrodnim bratem J.W. Milamem. Mężczyźni wyciągają chłopca z domu, jednak oznajmiają rodzinie, że wywiozą go na drogę, gdzie dostanie małą nauczkę za swój wybryk. Los Emmetta miał okazać się wyjątkowo brutalny.

Chłopiec zaginął, a jego zmasakrowane ciało znaleziono 3 dni później w rzece. Till był nie do rozpoznania, a oprawcy dodatkowo przywiązali jego ciało drutem kolczastym do odziarniarki, aby poszło na dno. Emmetta w zasadzie udało się zidentyfikować tylko dzięki sygnetowi, który miał na palcu. Jego twarz była napuchnięta, jedno oko wybite, a nos połamany w wielu miejscach. Choć lokalnym władzom zależało na szybkim pogrzebie, to jednak zgodnie z wolą matki chłopca, Mamie Bradley, uroczystość odbyła się 2 września przy otwartej trumnie. Kobiecie zależało na tym, aby jak najwięcej osób zobaczyło, co stało się z jej synem. Na miejscu pojawiło się ponad 50 tysięcy mieszkańców, gdzie dla wielu z nich ciało chłopca było wręcz przerażające. Podczas pogrzebu powstało słynne zdjęcie, gdzie zrozpaczona matka spogląda na ciało Emmetta.



Jeszcze przed pogrzebem Moses Newson i Simeon Booker zostali wyznaczeni do przeprowadzenia dziennikarskiego śledztwa. Booker wziął udział w pogrzebie wraz z fotografem Davidem Jacksonem, który zrobił słynne zdjęcie Tilla w trumnie. Nakład ich czasopisma JET wzbudził na tyle duże zainteresowanie, że musiano zorganizować po raz pierwszy w historii dodruk. Dwóch wspomnianych dziennikarzy omówiło na łamach również zbliżający się proces i odegrało kluczową rolę w znalezieniu kilku kluczowych świadków.

Bryant i Milam zostali szybko aresztowani. Mimo ewidentnych dowodów, zeznań świadków obaj zostali uniewinnieni przez lokalną ławę przysięgłych. Mimo to, wielu białych mieszkańców Ameryki było zszokowanych, że w ich czasach dochodzi do morderstw rodem z XVIII czy XIX stulecia. Uniewinnienie sprawców oburzyło społeczność Afroamerykanów w całym kraju. Wtedy też powstał ruch Emmett Till Generation, który przyczynił się do masowych spotkań, strajków i marszów na rzecz równego traktowania czarnoskórej ludności zgodnie z prawem. Nie minęło wiele dni, gdy w mieście Montgomery, Rosa Parks odmawia ustąpienia białemu mężczyźnie miejsca w autobusie, co wraz ze sprawą Emmetta jest katalizatorem zmian i zniesienia segregacji rasowej w kolejnych latach.

źródła: 

https://time.com/4399793/emmett-till-civil-rights-photography/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Emmett_Till

https://www.youtube.com/watch?v=aNVh1MGDjMo&ab_channel=ciekawehistorie

https://www.loc.gov/collections/civil-rights-history-project/articles-and-essays/murder-of-emmett-till/

niedziela, 15 marca 2020

Księżna Diana - gest, który znaczył wiele

Są takie gesty, które dla jednych są czymś zwyczajnym, dla innych zaś mogą mieć ogromne, symboliczne wręcz znaczenie. Z pewnością taką sytuacją było podanie dłoni przez księżną Dianę pacjentowi choremu na AIDS. Co w tym takiego dziwnego? 


fot. Tim Graham


Lata 80. i 90. to okres, kiedy na Zachodzie społeczeństwo zmagało się z coraz większą ilością zachorowań na HIV i AIDS. Pierwsze kliniczne przypadki AIDS zanotowano w Stanach Zjednoczonych w 1981 roku. Jednak HIV pojawił się już 20 lat wcześniej w Kongo. Nie potrzeba było jednak dużo czasu, aby stał się problemem globalnym. Stał się on domeną osób homoseksualnych oraz uzależnionych od narkotyków. Jednak przypadek Magica Johnsona pokazał, że każdy może być narażony na zakażenie. Ogłoszenie przez niego w listopadzie 1991 roku, że jest nosicielem wirusa HIV, było szokiem nie tylko dla całego sportowego świata, lecz i mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Koszykarz jednak przekonywał, że zarażenie nastąpiło zapewne poprzez posiadanie wielu partnerek seksualnych. Johnson stał się szybko bohaterem Ameryki, który poświęcił się pomocy chorym jak i edukacji innych na temat HIV i AIDS.

Zanim to jednak nastąpiło, również w 1991 roku miało miejsce inne ważne wydarzenie. Księżna Diana podczas podróży do Kanady postanowiła odwiedzić Casey House w Toronto. Było to hospicjum dla osób chorych na AIDS. Diana w pewnym momencie przywitała się z jednym z mężczyzn. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że księżna nie miała na sobie rękawiczek. W owym czasie wśród większej części społeczeństwa panowało przekonanie, że wirus HIV przenosi się przez dotyk. Tym czynem Diana pokazała, że nie można obawiać się chorych, a takie gesty są dla nich ogromnym wsparciem. Stała się jedną z pierwszych znanych osób, które bez obaw podchodziły do zarażonych. W tym samym roku odwiedziła także brazylijski ośrodek dla zarażonych sierot, gdzie bez obaw brała małe dzieci na ręce, przytulała je czy nawet całowała. Między innymi dlatego do Diany przylgnął później przydomek "Królowa ludzkich serc". 

O osobach zakażonych mówiła: HIV nie sprawia, że ludzie stają się niebezpieczni, dlatego możesz uścisnąć im dłonie i przytulić. Niebo wie, że tego potrzebują

Warto na końcu jednak dodać, że pierwszą znaną osobą, która nie bała się kontaktu z chorymi była Barbara Bush. Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych już w 1989 roku bez obaw przytulała małe dzieci w ośrodku dla zarażonych. Jej zdjęcie jednak nie miało tak dużej siły przebicia jak fotografia Lady Di. 

fot. Dennis Cook
Źródła:
https://rarehistoricalphotos.com/princess-diana-aids-1991/?fbclid=IwAR0tXXsUwPDc3P6gkSoc6ASIm8jcMd2kURoJETnGw608OBcv0vwSuTKWyKw
https://www.womansday.com/life/entertainment/a55591/this-old-photo-of-princess-diana-is-going-viral/
https://www.cbc.ca/radio/asithappens/as-it-happens-wednesday-full-episode-1.4624832/aids-worker-remembers-when-barbara-bush-cradled-baby-donovan-in-1989-1.4624843





środa, 26 lutego 2020

Martin Elliott - Tennis Girl

Są takie zdjęcia, o których dziś możemy mówić jako "kultowych" w świecie popkultury. Niewątpliwie jednym z najbardziej znanych obrazów w historii jest Tennis Girl. 


fot. Martin Elliott





Nie od dziś wiadomo, że wielu mężczyzn i nie tylko nie zawsze interesuje się światem tenisa jedynie ze względu na wyniki sportowe. Eugenie Bouchard, Ana Ivanović, Anna Kurnikowa, Martina Hingis czy Marija Szarapowa przyciągały lub nadal przyciągają na korty miłośników damskiej urody. Być może wpływ na popularyzację damskiego tenisa wśród mężczyzn miało pewne zdjęcie, które wykonane zostało we wrześniu 1976 roku przez Martina Elliotta. Ukazuje ono tenisistkę, która kroczy po korcie w tenisowym uniformie oraz z rakietą w prawej dłoni. Interesująca jest jednak lewa strona, gdzie dziewczyna sięga dłonią pośladka, pokazując jednocześnie, że nie ma na sobie bielizny. Całość jest przy tym świetnie oświetlona przez promienie zachodzącego słońca. 

Osobą na zdjęciu była Fiona Butler, wówczas 18-letnia dziewczyna fotografa. Sam obraz został wykonany na jednym z kortów Uniwersytetu w Birmingham. Dziewczyna w ogóle nie grała w tenisa, a wszystkie rekwizyty, łącznie z uniformem i rakietą należały do Carol Knotts, przyjaciółki Martina. Ponieważ Fiona wciąż mieszkała z rodzicami, wymusiła na Martinie, aby na zdjęciu nie było widać jej twarzy. Dopiero po 25 latach, w 2001 roku fotograf ogłosił światu, że na zdjęciu znajduje się własnie Fiona. W międzyczasie fotografia ta stała się prawdziwym fenomenem. Zdjęcie zostało sprzedane agencji Athena, która po raz pierwszy opublikowała je w kalendarzu na 1977 rok. Przez następne lata Tennis Girl sprzedawana była jako plakat, a agencja zarobiła na niej krocie, gdyż oficjalnie samych plakatów sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy. Można się tylko domyślić, że tenisowa sylwetka Fiony przez lata zdobiła pokoje wielu nastolatków, a także była dla niektórych tym, czym później stały się magazyny dla dorosłych. Obecnie jest także łakomym kąskiem dla kolekcjonerów i miłośników stylu retro. 

Sam Martin Elliott także zarobił sporo na swym zdjęciu, gdyż zachował prawa autorskie, dzięki którym mógł liczyć na zyski z licencji. Mówi się, że mógł zainkasować na konto około 250 tysięcy funtów. Był jednak artystą jednego zdjęcia, gdyż żadna inna jego fotografia nie zyskała uznania wydawców. Zmarł w 2010 roku na raka. Fiona z kolei unikała rozgłosu, a przy tym nigdy nie rościła sobie praw do zdjęcia. Dziś jest szczęśliwą żoną milionera. 

fot. N.N


Źródła:

niedziela, 26 stycznia 2020

George R. Lawrence - San Francisco 1906

XIX wiek to czas, kiedy dzięki kilku niezwykłym osobom nie tylko narodziła się współczesna fotografia, lecz i zyskaliśmy wyjątkowe nowinki technologiczne. Dziś nazywa się ich pionierami fotografii. Najbardziej znane są takie osoby jak Joseph Nicéphore Niépce, Jacques Daguerre, Henry Fox Talbot, Carleton Watkins, czy James Clerk Maxwell. W tym artykule chciałbym przyjrzeć się postaci George'a R. Lawrence'a, który był jednym z twórców dzisiejszej fotografii panoramicznej. 


fot. George R. Lawrence

zdjęcie w dużej rozdzielczości pod adresem -https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/b/b3/San_Francisco_in_ruin_edit2.jpg


















Pochodzący ze Stanów Zjednoczonych George R. Lawrence urodził się w lutym 1868 roku. Około 1891 roku wraz z przyjacielem otworzył swe pierwsze studio fotograficzne. Początkowo szczególnie interesował się fotografią z wykorzystaniem sztucznego światła, na lata przed wynalezieniem pierwszych lamp błyskowych. Jednak przeszedł do historii jako jeden z wynalazców zdjęć panoramicznych. W okolicach 1900 roku zbudował największy w owych czasach aparat fotograficzny, który ważył aż 640 kilogramów. Sama płytka negatywu miała w nim wymiary 4,5 na 8 cali. Jednym z pierwszych zdjęć wykonanych tym aparatem był obraz pociągu linii Alton Limited. Z czasem Lawrence zaczął konstruować mniejsze aparaty, które wykorzystywał do zdjęć z pomocą balonów czy latawców. Tą techniką wykonał w 1906 roku swe najsłynniejsze dzieło. 

18 kwietnia 1906 roku około godziny 5:12 San Francisco nawiedziło największe trzęsienie ziemi w historii. Posiadało ono magnitudę 7,8 w skali Marcallego (podobna wartość w skali Richtera) i trwało w samym mieście niecałą minutę. Epicentrum znajdowało się pod dnem morskim, 3 km od miasta. Niecała minuta starczyła, by trzęsienie zniszczyło około 80% zabudowy miasta i zabiło ponad 3000 osób. Z racji specyficznego klimatu większość ówczesnej zabudowy miasta miała charakter drewniany. W wyniku tego, przez następne kilka dni San Francisco zmagało się także z licznymi pożarami. Przyjmuje się, że bez dachu nad głową mogło zostać nawet 300 tysięcy osób. Wielu z nich przez kolejne 2 lata mieszkało w prowizorycznych namiotach. Łączne straty finansowe wyniosły ponad 400 mln ówczesnych dolarów, co dziś ma wartość blisko 11 mld! 

28 maja, a więc niewiele ponad miesiąc po tragedii, Lawrence wykonał swe słynne zdjęcie. Użył do niego kamery o wadze 22 kilogramów oraz płytki z celuloidu. Aparat został wzniesiony na specjalnym latawcu na wysokość 600 metrów nad zatoką. Fotografowi udało się wykonać niezwykle ostre zdjęcie o panoramie 160 stopni. Po wywołaniu obraz miał wymiary 17 na 48 cali. Co bardzo ważne, w owym czasie znalazł wielu chętnych, którzy byli skłonni zapłacić aż 125 dolarów za odbitkę. Łącznie udało mu się sprzedać ilość kopii za około 15 tysięcy, co dziś jest kwotą ponad 400 tysięcy dolarów! 

Jeśli spojrzymy na zdjęcie w przybliżeniu, jesteśmy w stanie dostrzec tak wiele detali. Wrażenie robi szczególnie obraz niektórych dzielnic, całkowicie zniszczonych przez żywioł. Widać także, że solidne konstrukcje z cegieł czy betonu mimo wielu uszkodzeń w większości przetrwały trzęsienie oraz pożary. Takie ujęcie udało się uchwycić ponad 110 lat temu i to za pomocą prymitywnych technik! 100 lat po tym wydarzeniu, Ronald Klein zbudował dokładną replikę aparatu Lawrence'a. Mniej więcej z tej samej wysokości, lecz z wykorzystaniem helikoptera wykonana została kolejna panorama miasta. Znamienne jest, że osobą za aparatem był Mark Walsh, prawnuk George'a R. Lawrence'a! Niestety w tym wypadku nie znalazłem kopii w wysokiej rozdzielczości.

fot. Mark Walsh

Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/George_R._Lawrence
https://www.smartage.pl/trzesienie-ziemi-w-san-francisco-1906/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Trz%C4%99sienie_ziemi_w_San_Francisco_(1906)


niedziela, 12 stycznia 2020

Dmitrii Baltermants - Grief

II wojna światowa była okresem, w którym zginęły miliony osób, a przy tym dostarczyła jednak wielu ikonicznych fotografii. Sporo osób zapewne kojarzy obrazy wyzwalanych więźniów obozów koncentracyjnych, flagę na Iwo Jimie, Monte Cassino czy też pocałunek z dnia zwycięstwa. O części z nich już pisałem wcześniej na blogu. Tym razem chciałbym przyjrzeć się zdjęciu wykonanym w 1942 roku przez Dmitriego Baltermantsa. Powszechnie znane jest ono jako Grief, czyli cierpienie. 


fot. Dmitrii Baltermants


Jak doskonale wiadomo, wojska niemieckie na terenach okupowanych stosowały liczne narzędzia terroru. Często bowiem dochodziło do masowych egzekucji, podpaleń. Szczególnie tyczyło się to ludności żydowskiej, która w oczach pewnego niespełnionego kaprala nabrała znaczenia największego zagrożenia dla aryjskiej rasy. Już w czasie inwazji na Polskę w 1939 roku dochodziło do egzekucji Żydów. Przybrały one na sile wraz z atakiem III Rzeszy na Związek Radziecki. Niedługo po zajęciu Kijowa Niemcy w pobliskim Babim Jarze w kilka dni zamordowali ponad 30 tysięcy Żydów. Do podobnych zbrodni dochodziło w wielu innych miastach w ZSRR. Jedna z takich historii miała miejsce na Krymie. 

Słynny półwysep był areną jednych z najbardziej zaciekłych walk w trakcie II wojny światowej. We wrześniu 1941 roku praktycznie cały Krym z wyjątkiem Sewastopola znalazł się w niemieckich rękach. Już wtedy specjalne oddziały zajmowały się likwidacją ludności żydowskiej. Do największej masakry doszło w listopadzie, kiedy to Niemcy w okolicach miasta Kercz zamordowali w rowach przeciwczołgowych ponad 7 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Na przełomie grudnia i stycznia miała miejsce operacja desantowa kerczeńsko-teodozyjska, podczas której wojskom ZSRR udało się wyzwolić Półwysep Kerczeński we wschodniej części Krymu. To właśnie wtedy odkryto miejsce rozstrzelań. 

Wraz z wojskami znalazł się tam urodzony w Warszawie Dmitri Baltermants. Oficjalny wojskowy fotograf zastał przerażający obraz setek, tysięcy zamrożonych zwłok, wśród których błądziły kobiety w poszukiwaniu członków swych rodzin. Na pierwszym planie widzimy rozpacz dwóch kobiet, które prawdopodobnie znalazły swych mężów lub synów. Na posiadanym negatywie wiele lat po wojnie fotograf nieco przyciemnił niebo, aby całość nabrała jeszcze bardziej posępnego i przejmującego charakteru. 

Zdjęcie jednak z powodu potencjalnie zbyt dużego szoku dla opinii publicznej zostało ocenzurowane. Dopiero w latach 60. oficjalnie opublikowano je w prasie. Z miejsca stało się ono ikonicznym obrazem wojny, dla wielu dobitnie podsumowującym smutek, cierpienie, które dotknęło miliony obywateli ZSRR.

Fotografia ta została kilka lat temu umieszczona na liście 100 najważniejszych zdjęć w historii, według magazynu Time



fot. Dmitrii Baltermants


Źródła:






czwartek, 9 stycznia 2020

Pride 1985 - romans z potrzeby

Historia pokazuje, że w niektórych okolicznościach dochodzi do pewnych przymierzy, które w normalnych warunkach nie przyszłyby nam do głowy. Tyczy się to zarówno wydarzeń politycznych, społecznych jak i militarnych. Jednym z takich nieoczekiwanych układów był sojusz, jaki zawarły ze sobą w Anglii związki górnicze z organizacjami LGBT. 


fot. Colin Clews


Wielka Brytania była miejscem, gdzie rozpoczęła się wielka rewolucja przemysłowa. To właśnie tutaj prężnie działały setki kopalń węgla kamiennego, który był niezbędny dla gospodarki. Jeszcze przed I wojną światową wydobywano tu rocznie ponad 300 mln ton węgla, a w całym sektorze zatrudnionych było ponad milion osób. W owym czasie Wielka Brytania była drugim na świecie po USA wydobywcą węgla. Jednak z biegiem kolejnych dekad jej rola, jak i samego górnictwa zaczęła maleć. 

Po II wojnie światowej większość kopalń została znacjonalizowana przez rząd, a samo górnictwo zyskało liczne subsydia. Niestety w związku z ekspansją węgla z krajów bloku wschodniego brytyjski węgiel stał się mniej konkurencyjny. Już pod koniec lat 50. wydobycie spadło poniżej 200 mln ton rocznie, a setki kopalń zaczęto likwidować. W latach 70. wzrosło znaczenie ropy naftowej, gazu ziemnego, a przede wszystkim energii jądrowej. Mimo wszystko górnicy cieszyli się sporymi przywilejami, jak i posiadali silne związki zawodowe. Jeszcze w latach 70. byli w stanie swymi strajkami i protestami obalać rządy. Wszystko to jednak zmieniło się wraz z wkroczeniem na arenę Margaret Thatcher.

Żelazna Dama była przeciwna mocnej pozycji związków zawodowych, jak i dążyła do radykalnych zmian w gospodarce. Na początek zabrała się za hutnictwo, gdzie w ciągu kilku lat zatrudnienie w tym sektorze zmalało z 200 do 70 tysięcy. Zdaniem ekonomistów mimo nowoczesnych kopalń, rocznie rząd musiał dokładać do tej gałęzi gospodarki aż 250 mln funtów. Przy tym węgiel importowany do Wielkiej Brytanii był o 25% tańszy niż pozyskiwany na miejscu. W 1983 roku premier wyznaczyła Iana MacGregora na osobę odpowiedzialną za restrukturyzację górnictwa. Na początku 1984 roku zaplanowano zamknięcie 20 ze 170 czynnych kopalni, choć w planach była likwidacja kolejnych 70. To oczywiście nie spodobało się związkom zawodowym. 12 marca 1984 roku rozpoczął się ogólnokrajowy strajk, choć nie objął on wszystkich ośrodków. Głównie przebiegał on na terytorium Walii. Strajk traktowany był jako konfrontacja między górnikami a rządem. Wiadomym było, że tylko jedna strona może wyjść z tego zwycięsko. 

Protestujący górnicy oczywiście nie otrzymywali pensji. Ich sytuację można porównać nieco do ośrodków górniczych na Górnym Śląsku. W tradycyjnych rodzinach to mężczyzna był jedynym żywicielem rodziny. W takim wypadku całe rodziny pozostawały bez środków do życia. Można było to choćby zobaczyć w takich kinowych produkcjach jak Billy Elliot czy Dumni i wściekli. Zaczęto zatem tworzyć w całej Wielkiej Brytanii zbiórki na rzecz górników. I tu właśnie dochodzimy do głównej historii. Jedną z bardziej prześladowanych w latach 70. i 80. w Anglii społeczności były osoby homoseksualne. Był to czas, kiedy zaczęto mówić o HIV i AIDS, a dopiero w roku 2000 oficjalnie zniesiono zakaz publicznej manifestacji orientacji seksualnej. 

Nic zatem dziwnego, że niektórzy z aktywistów dostrzegli nieco analogiczną sytuację u górników, którzy byli brutalnie pacyfikowani przez policję podczas pikiet. Jedną z takich osób był Mark Ashton, który wraz z przyjacielem Michaelem Jacksonem w czerwcu 1984 roku założył organizację Lesbians and Gays Support the Miners. Rozpoczęli oni kwesty na rzecz rodzin górników, a wkrótce do ich akcji dołączyło kilkanaście innych grup. LGSM wspierała przede wszystkim górników z okolic walijskiego Swansea. Mimo początkowej niechęci szybko doszło do wspólnych kontaktów, jak i wizyt. Przez nieco ponad pół roku grupie udało się zebrać 22,5 tysiąca funtów (dziś ponad 67), gdzie całość trafiła do rodzin górników. 

Dosyć sporym zaskoczeniem dla wielu osób był fakt, iż podczas odbywającej się 29 czerwca 1985 roku parady równości w Londynie, na samym przodzie wspólnie ze sobą maszerowali walijscy górnicy z gejami i lesbijkami. Był to wyraz solidarności i wdzięczności za okazaną pomoc. Jeszcze tego samego roku dzięki wsparciu Krajowego Związku Zawodowego Górników do statusu Partii Pracy wpisano walkę o prawa mniejszości seksualnych. Polecam przy okazji wspomniany wcześniej film Dumni i wściekli, który bliżej przedstawia całą sytuację. 




fot. 2, 3, 4 NN



Strajk górników zakończył się w 1985 roku niepowodzeniem. Wielka Brytania w owym czasie sprowadzała nawet węgiel z Polski, dzięki czemu była w stanie zaspokoić potrzeby gospodarki. Górnikom nie tylko nie udało im się złamać Thatcher, lecz również cała sytuacja mocno odbiła się na ich sytuacji finansowej. Choć wielu z nich wróciło do pracy, to przyjmuje się, że straty w rodzinie górniczej w owym czasie wyniosły średnio 7-8 tysięcy funtów. Dla rządu cały strajk również okazał się niezwykle kosztowny, a przy tym oznaczał kolejną rewolucję przemysłową. Już kilka lat później roczne wydobycie spadło poniżej 100 mln ton. Obecnie wszystkie duże ośrodki zostały zlikwidowane, a w całym sektorze górniczym pracuje mniej niż 2 tysiące osób. Mark Ashton, który założył organizację LGSM, zmarł w 1987 roku w wyniku powikłań związanych z AIDS. 

Źródła:
https://www.vice.com/en_uk/article/exqzp4/jonathan-blake-lgsm-pride-923
https://en.wikipedia.org/wiki/Lesbians_and_Gays_Support_the_Miners
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1606627,1,jak-thatcher-rozbila-gornikow.read
https://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/480497,zamykanie-kopaln-w-wielkiej-brytanii-brytyjski-wegiel-i-margaret-thatcher.html


środa, 27 marca 2019

Tragedia cygańskich dzieci, czyli o manipulacji słów kilka

W przypadku wielu materiałów fotograficznych w historii często dochodziło i nadal dochodzi do przeinaczania pewnych faktów, manipulowania nimi. Najczęściej mamy do czynienia z propagandą rządową bądź ze strony wybranych środowisk. Pod pewnymi względami przykładem tego może być zdjęcie czwórki cygańskich dzieci.

fot. N.N



Okres dwudziestolecia międzywojennego wielu osobom kojarzy się z czasami prosperity. Wzniesiona zostaje Gdynia jako jeden z nowocześniejszych portów morskich w Europie, w planach budowy znajduje się Centralny Okręg Przemysłowy. Niestety w wielu wsiach i miasteczkach nadal panuje bieda, którą można porównać do warunków z II połowy XIX wieku. Tyczy się to zwłaszcza lat 20. Bieda i nędza w szczególności dotknęły ludności cygańskiej. W 1923 roku mąż Marianny Dolińskiej zostaje aresztowany za wielokrotne kradzieże. Kobieta zostaje nagle sama z czwórką dzieci, bez żadnych środków do życia. Zaczyna snuć się od wioski do wioski w rejonie Radomia. W końcu wyczerpana całą sytuacją, popadająca w obłęd kobieta decyduje się na desperacki czyn. Postanawia skrócić cierpienia swych dzieci, wieszając je na drzewie. Dochodzi wtedy do morderstwa Stefana (7 lat), Bronisławy (5 lat), Antoniego (3 lata), Zosi (6 miesięcy). Nazajutrz kobieta zgłasza się na najbliższy posterunek policji. Przybyli na miejsce stróże prawa są przerażeni widokiem dzieci. Jeden z policjantów wykonał wtedy kilka zdjęć miejsca zdarzenia.


fot. N.N 



Kobieta po kilku miesiącach zostaje uznana za obłąkaną i trafia do szpitala psychiatrycznego. Trafia pod opiekę lekarza, Witolda Łuniewskiego. Ten uznaje, że kobieta cierpi na coś, co dziś możemy nazwać chorobą afektywną dwubiegunową. Jasnym jest, że czyn, którego dokonała, nie był do końca wynikiem świadomych działań. Do swej śmierci w 1928 roku Marianna Dolińska przebywała w ośrodku w Tworkach. To właśnie w tym czasie lekarz publikuje artykuł o swej pacjentce, który został między innymi zilustrowany zdjęciem samej Marianny, jak i zamordowanych dzieci.

Tuż po zakończeniu wojny zdjęcie wykonane z innej perspektywy znalazło się w kolejnym medycznym artykule. Z niewyjaśnionych do dziś przyczyn w różnych kręgach zaczęła krążyć trzecia fotografia, która zapewne była połączeniem dwóch poprzednich. Ponieważ negatyw bądź oryginał uległ uszkodzeniom, sporo osób uznało, że owe linie na zdjęciu to drut kolczasty. Szybko powiązano obraz ze zbrodniami dokonanymi przez UPA. W 1993 roku w jednym z artykułów we wrocławskim czasopiśmie "Na Rubieży" umieszczona została tytułowa fotografia z podpisem Dzieci polskie zamęczone i pomordowane przez oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii w okolicy wsi Kozowa. Od tego czasu zaczęto powszechnie ją uznawać za faktyczne zbrodnie Ukraińców. Warto przy tym dodać, że w czasie wojny próbowano przypisać całą historię bolszewikom i ich rzekomego mordu na dzieciach z 1919 roku.

Nie można zaprzeczyć, że wydarzenia na Wołyniu były ogromną tragedią, gdzie dokonywano bestialskich, wręcz brutalnych mordów na dzieciach, kobietach i mężczyznach. Niemniej jednak w tym przypadku do ich ilustracji użyto zdjęcia wykonanego 10 lat wcześniej, zanim jeszcze nastroje antypolskie osiągnęły punkt kulminacyjny. W międzyczasie znaleziono nawet dowódców odpowiedzialnych za ten mord czy też uznano jednego z niemieckich żołnierzy za autora zdjęcia. Dziś wciąż w wielu kręgach nadal panuje błędne przekonanie o pochodzeniu i znaczeniu fotografii. Doszło nawet do tego, iż przez pewien czas na jednym z oficjalnych pomników pamięci pomordowanych przez UPA widniała rzeźba inspirowana tytułowym zdjęciem.

Źródła:
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/95-lat-temu-marianna-dolinska-dokonala-dzieciobojstwa-zdjecia-przeszly-do-historii/s38fdw9
https://pl.wikipedia.org/wiki/Marianna_Doli%C5%84ska

środa, 13 marca 2019

George Junius Stinney - skazany za niewinność

Tak często łączone hasła prawa i sprawiedliwości nie zawsze idą ze sobą w parze. W dziejach mieliśmy już wiele przypadków, kiedy niewinne osoby skazano na surowe wyroki czy nawet karę śmierci. Jedna z takich mniej znanych historii dotyczy 14-letniego George'a Juniusa Stinney'a Jr. 


fot. N.N


Lata 40. XX wieku w Stanach Zjednoczonych to okres, w którym wciąż panuje segregacja rasowa, w szczególności widoczna w południowych stanach. Choć wielu czarnoskórych żołnierzy walczy na frontach II wojny światowej, to jednak wciąż spotykają się z wykluczeniem, rasizmem (świetnym przykładem tego zjawiska jest nominowany do Oskarów film Mudbound). W samej Ameryce ciemnoskóra ludność musi korzystać z osobnych miejsc w autobusach, kin, hoteli czy restauracji. Na porządku dziennym są wszelkie nadużycia policyjne. Idealnym i niestety tragicznym tego przykładem jest George Junius Stinney.

W 1944 roku w miasteczku Alcolu w Południowej Karolinie dochodzi do morderstwa dwóch białych dziewczynek, 11-letniej Betty June Binnicker i 8-letniej Mary Emmy Thames. Następnego dnia policja zatrzymuje George'a jako podejrzanego. Według funkcjonariuszy chłopiec na posterunku przyznaje się do postawionych mu zarzutów. Wkrótce dochodzi do procesu, który trwa łącznie mniej niż 3 godziny. Ława przysięgłych składająca się jedynie z białych obywateli wydaje werdykt, a sędzia uznaje chłopca winnym, skazując go na karę śmierci. Obrońca nie wykazuje większych chęci pomocy, pomijając nawet opcję odwołania się od wyroku. Po kilku miesiącach dochodzi do egzekucji na krześle elektrycznym. Strażnicy mieli ponoć spore problemy z dostosowaniem krzesła do wątłej budowy ciała chłopca, a w czasie wykonywania wyroku odsłoniła się spod maski przerażona twarz George'a. Stał się on jedną z najmłodszych osób skazanych na karę śmierci. 

Jeszcze przed wyrokiem wiele osób wysyłało do gubernatora stanu listy z prośbą o ułaskawienie. Ten jednak w roku wyborów bał się negatywnej opinii publicznej, przez co odmówił skorzystania z tego prawa. Tuż po wyroku, Catherine, siostra George'a rozpoczęła walkę o dobre imię chłopca. 

Od początku wiele na to wskazywało, że został on niesłusznie skazany. Przede wszystkim obie dziewczynki zabito przez zadanie wielu ciosów ciężką belką kolejową. Wątpliwie, aby chłopiec o wadze ledwie 40 kg mógł dysponować taką siłą. Zeznania policyjne również budzą wiele zastrzeżeń. George miał się ponoć przyznać do uderzenia dziewczynek w obronie własnej. Nie ma z przesłuchań żadnych nagrań, protokołów, jedynie notatki obu policjantów. Wszystko na to wskazuje, że same zeznania zostały wymuszone w czasie tortur. Odmawiając łaski, gubernator argumentował ten fakt, iż obie dziewczynki zostały zgwałcone przez chłopca. Tymczasem żadne badania medyczne nie potwierdzają takiego zdarzenia. 

Dopiero w 2004 roku lokalny historyk, George Frierson zaczął żmudne zbieranie wszelkich informacji na temat chłopca i wydarzeń sprzed 60 lat. Dzięki jego staraniom i ponownym otwarciu sprawy, w 2014 roku sąd orzekł, że George Junius Stinney został niesłusznie skazany na karę śmierci, jak i również nie zagwarantowano mu praw zawartych w konstytucji.  

Tak według filmowców mogła wyglądać egzekucja chłopca:



Źródła:
https://en.wikipedia.org/wiki/George_Stinney








środa, 21 listopada 2018

Morderstwo Branko Jungicia

Gdyby zapytać mieszkańców różnych krajów o największe zbrodnie II wojny światowej, to zapewne większość wymieniłaby tylko zagładę Żydów. Z pewnością Holocaust był jedną z największych tragedii XX wieku, jednak w okresie działań wojennych doszło do wielu innych zbrodni jak choćby: radzieccy jeńcy w niemieckich rękach, japońskie obozy śmierci, rzeź wielu chińskich miast, eksterminacja Cyganów, inteligencji polskiej, wydarzenia na Wołyniu. W przypadku obozów zagłady mało kto pamięta, że w cieniu Holocaustu znajdują się Bałkany.

fot. N.N 

Kocioł bałkański to chyba jedno z najbardziej trafnych określeń na zachodni region Półwyspu Bałkańskiego. Od wieków egzystuje tu ze sobą wiele odmiennych narodów, kultur, religii. Dlatego też co pewien czas dochodzi do starć, napięć na tle etnicznym, religijnym. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej w Jugosławii coraz częściej do głosu dochodzili chorwaccy ustasze - faszystowska organizacja paramilitarna i polityczna. Dokonywali oni licznych zamachów terrorystycznych, ataków na Serbów i inne grupy narodowościowe. Ta organizacja o faszystowskiej ideologii w wielu przypadkach wzorowała się na polityce Hitlera i Mussoliniego. W 1941 roku, niedługo po podbiciu Jugosławii przez państwa osi, na jej terenie utworzone zostało Niepodległe Państwo Chorwackie. Jego granice objęły dzisiejszą Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę. 

Był to moment, w którym zaczęła się prawdziwa gehenna innych nacji niż Chorwaci, zwłaszcza Serbów. Wprowadzono prawo niczym na okupowanych przez nazistów terenach. Serbowie i Żydzi musieli nosić specjalne opaski, a do wielu miejsc zabroniono im wstępu. To dopiero jednak początek makabrycznej historii. Założeniem był trójpodział Serbów: 1/3 miała zostać zabita, 1/3 wysiedlona, a reszta nawrócona na katolicyzm. Wkrótce w wielu regionach utworzono obozy koncentracyjne. Największy z nich funkcjonował w Jasenovacu. Można stwierdzić, że osadzone w nim osoby czekał często los gorszy niż Żydów na terenach okupowanych przez III Rzeszę. 

Przebywający w nim Serbowie zmuszani byli do niewolniczej pracy, a morderstwa odbywały się tu na porządku dziennym. Chorwaci wręcz prześcigali się w bestialstwie. Ofiary zabijano za pomocą siekier, młotków, noży, bagnetów, pił. Wyrywano im oczy, podrzynano gardła, o innych metodach nie wspominając. Znamienne, że ulubionym narzędziem zbrodni był specjalny nóż nazwany nie inaczej jak "Serbosiek". Pewnego dnia zorganizowano nawet zawody w ilości ofiar jednej nocy, które wygrał Petar „Pero” Brzica. Udało mu się pozbawić życia nożem przynajmniej 670 więźniów, choć sam twierdził, że było ich dwukrotnie więcej. Często ofiary wrzucano do rzeki Sawy, aby dopływały do Belgradu, siejąc strach wśród Serbów. Bestialstwo Chorwatów było tak duże, że przerażało nawet Niemców i Włochów. 

Jasenovac nie bez powodu nazywany jest dziś "bałkańskim Auschwitz". Przez cały okres wojenny zginęło w nim ponad 80 tysięcy osób, choć niektórzy historycy uważają, że ofiar było znacznie więcej. Ponad połowę z nich stanowili Serbowie, dalej Cyganie, Żydzi, bośniaccy muzułmanie, Chorwaci, jak i przedstawiciele innych narodowości. Przyjmuje się obecnie, że w całym Niepodległym Państwie Chorwackim do końca wojny zabito 30 tysięcy Żydów, około 29 tysięcy Romów i aż między 300 a 600 tysięcy Serbów! Oczywiście większość sprawców mordów uniknęła kary. 

Jednym z symboli tych okrutnych czasów jest zabójstwo Branko Jungicia. Był to Serb osadzony w 1942 roku w sławetnym obozie. Tam ustasze zmusili go do wielogodzinnego klęczenia i zadeklarowania przejścia z prawosławia na katolicyzm. Gdy ten odmówił, ci pozbawili go życia. Na zdjęciu widać go opartego o ziemię tuż przed tym, jak Chorwaci ucięli mu głowę widoczną piłą do drewna. Wszelki dalszy komentarz jest tu zbędny. 

Niecałe 50 lat po tych wydarzeniach, na Bałkanach doszło do kolejnych czystek etnicznych, którym tym razem przewodzili Serbowie. Można powiedzieć, że historia po raz kolejny zatoczyła koło. Oby ostatni. 

Źródła:
https://histmag.org/Jasenovac-Auschwitz-Balkanow-11198/1
https://pl.wikipedia.org/wiki/Jasenovac_(ob%C3%B3z_koncentracyjny)
https://cozahistoria.pl/zabojstwo-branko-jungicia-co-za-historia/







wtorek, 25 września 2018

Peter Fechter - ku wolności

Mur Berliński był jednym z najważniejszych symboli zimnej wojny jak i podziału Niemiec. System umocnień o długości blisko 156 kilometrów na blisko 30 lat oddzielił mieszkańców wschodniej i zachodniej części Berlina. Zarówno w czasie jego budowy jak i funkcjonowania, wiele osób podjęło próbę ucieczki na zachodnią stronę. Dla niektórych okazała się ona tragiczna. Jedną z najbardziej znanych ofiar stał się Peter Fechter. 


fot. N.N


W chwili narodzin, w styczniu 1944 roku, Peter Fechter był świadkiem nadchodzącego upadku III Rzeszy. Niecałe 1,5 roku później większość miasta legła w gruzach i znajdowała się pod sowiecką okupacją. Po podziale kraju i miasta na strefy zdemilitaryzowane, chłopak dorastał we wschodnioberlińskiej dzielnicy Weißensee. Tam też ukończył szkołę zawodową na kierunku murarstwa. Podczas dorastania Peter był świadkiem coraz większych różnic gospodarczych i kulturowych między Wschodem a Zachodem. Nosił się z zamiarem wyjazdu do RFN do pracy, jednak nie otrzymał od lokalnych władz na to pozwolenia. Ze swym przyjacielem, Helmutem Kulbeikiem, już od dłuższego czasu zastanawiali się nad ucieczką na Zachód, jednak brakowało im konkretnego planu. 

Wkrótce nadarzyła się okazja, albowiem komunistyczne władze zadecydowały o budowie drugiego muru, który miał utworzyć strefę niczyją. Peter wraz z przyjacielem zostali zatrudnieni do jego wznoszenia. Zdawali sobie jednak sprawę z tego, że wraz z momentem ukończenia muru, ich możliwości ucieczki znacząco zmaleją. Postanowili więc działać. W piątek 17 sierpnia 1962 roku schowali się w jednej z szop z narzędziami, czekając aż znikną straże. Gdy nadarzyła się okazja, momentalnie ruszyli do ucieczki. Helmut jako pierwszy wspiął się na dwumetrowy mur i udało mu się przeskoczyć na drugą stronę. Peter nie miał jednak takiego szczęścia. Obaj nastolatkowie nie wiedzieli o tym, że w wyniku kilku incydentów na granicy, wschodni żołnierze i pogranicznicy otrzymali rozkaz strzelania do każdego, kto zechce uciec do RFN. Gdy Peter dobiegał do muru, w jego kierunku otworzony został ogień z przynajmniej trzech karabinów. Kule sięgnęły miednicy i biodra, przez co chłopak upadł po wschodniej stronie.

W tym momencie zaczęła się ponad godzinna gehenna Fechtera. Postrzelony chłopak zaczął się wykrwawiać i wzywać pomocy. Cała sytuacja szybko zaalarmowała Niemców po drugiej stronie. Zachodni strażnicy nie mogli jednak nic zrobić, poza przerzuceniem chłopakowi opatrunków. Ten niestety wykrwawił się na tyle, iż nie był w stanie samodzielnie się opatrzyć. Pomimo nawoływań ze strony gapiów, wojskowi NRD oraz pobliscy Amerykanie nie udzielili rannemu pomocy. Amerykanie ponoć dostali rozkaz pozostania na swych posterunkach, a wojskowi z NRD być może obawiali się ognia z drugiej strony. Tymczasem Peter z każdą minutą wykrwawiał się coraz bardziej, po czym przestał wykazywać oznaki życia. Dopiero około godzinę po śmierci chłopaka, pogranicznicy usunęli jego ciało. Ten moment został uwieczniony na tytułowym zdjęciu. Po obu stronach towarzyszyły im okrzyki Mordercy, Mordercy!



fot. 2 i 3. N.N 


Wkrótce doszło do zamieszek, które zostały szybko spacyfikowane przez wojskowych. Była to też pierwsza antyamerykańska demonstracja od czasu zakończenia wojny. Przypadek Petera szybko uświadomił Niemcom, jak wielkim problemem stał się Mur Berliński. Jego historia wkrótce ukazała się w magazynie „Time”. Po wschodniej stronie nazwany został jednak postrzelonym kryminalistą. Chłopak stał się jedną z wielu ofiar żołnierzy. Peter ledwo skończył 18 lat. 

Do momentu upadku muru z rąk żołnierzy wschodnich zginęło według różnych źródeł od 136 do 239 osób.

Źródła:
http://haase.blox.pl/2016/03/W-prawe-oko.html 
https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/775285,Chris-Gueffroy-ostatnia-ofiara-muru-berlinskiego
https://pl.wikipedia.org/wiki/Peter_Fechter

czwartek, 26 lipca 2018

James Nachtwey - Somalia 1992

Przez ostatnich kilkanaście lat mogliśmy usłyszeć o licznych klęskach głodu w Afryce. Nawet dziś, co chwila docierają do nas kolejne informacje o nowych rejonach dotkniętych tym problemem. Nic też dziwnego, że tematem tym interesuje się sporo fotografów, którzy swymi reportażami próbują pomóc głodującym ludziom. Jedną z takich osób jest James Nachtwey, który w 1992 roku wykonał niezwykle wstrząsające, a przy tym poruszające zdjęcia w Somalii.


fot. James Nachtwey

Jeśli mielibyśmy w kilku słowach określić Somalię, najczęściej pojawiałyby się hasła: bieda, chaos, głód. Tak też można w skrócie powiedzieć coś o tym afrykańskim kraju. Od lat 90. jest on pustoszony przez wojny domowe, walki plemienne, jak i panujące susze. W przeciwieństwie do innych krajów w regionie, Somalia charakteryzuje się zupełnie inną strukturą. Somalijczycy określani są mianem ludu wojowniczego, który za bardzo nie akceptuję władzy zwierzchniczej. Dla większości z nich bardziej istotne są związki plemienne niż rząd centralny. Doprowadziło to do tego, iż w 1991 roku doszło do obalenia Mohammeda Siada Barre, który przez 21 lat rządził tym krajem. W następnie tych wydarzeń powstał prawdziwy chaos na ulicach, a Somalia została podzielona na wiele osobnych regionów - państewek, rządzonych przez plemiona. Taka sytuacja de facto utrzymuje się do dziś, a sam kraj zaliczany jest do regionów upadłych, bez centralnego rządu.

Konflikt z początku lat 90. doprowadził do pierwszej poważnej klęski głodu. Farmerzy byli często wypędzani ze swych gospodarstw, a ich plony kradzione lub niszczone. W ten oto sposób głód stał się bronią masowego rażenia - prymitywną, lecz nader skuteczną. Setki tysięcy ludzi unicestwiono powoli i okrutnie. Szybko głód zaczął obejmować cały kraj. Powstawało coraz więcej ośrodków dla uchodźców. Konwoje humanitarne były często przejmowane przez lokalne bandy, dlatego też na miejsce szybko sprowadzono siły ONZ. Misje UNOSOM I i II miały za zadanie poradzić sobie z chaosem, lecz niestety okazało się to niewykonalne. To właśnie wtedy doszło między innymi do wydarzeń pokazanych w filmie Helikopter w ogniu.

W 1992 roku na miejsce przybył James Nachtwey, który już w owym czasie był jednym z najbardziej znanych fotoreporterów na świecie. Za zadanie obrał sobie wizytę w ośrodkach pomocy oraz dokumentowanie miejscowej ludności. Od początku był w szoku przez to, co zobaczył na miejscu. Praktycznie w każdej lokalizacji spotykał się z przeraźliwie wychudzonymi postaciami, chaosem panującym w miastach i na wsiach. Codziennie widywał matki grzebiące swe dzieci, jak i ludzi z oczami bez nadziei. Bardzo zaintrygował go widok wszechobecnych taczek czy wózków transportowych. Okazało się, że służą one do przewożenia zwłok lub osób, które nie mają nawet siły dojść do ośrodka pomocy. To właśnie owe taczki i wózki stały się dla niego symbolem panującego głodu.

Pewnego dnia udało mu się sfotografować kobietę, która była właśnie przewożona takimi taczkami do centrum żywieniowego. Gdy podszedł do niej, ta wyciągnęła swą dłoń, prosząc o pomoc. Fotograf zdał sobie sprawę, iż był to niezwykle ważny moment, dlatego uwiecznił go na zdjęciu. Obraz ten jest wręcz wstrząsający. Mamy tutaj do czynienia z dwiema młodymi kobietami, które w wyniku skrajnego niedożywienia prezentują się niczym więźniowie obozów koncentracyjnych. Porównanie to jest tym bardziej trafne i uderzające, iż na wielu archiwalnych zdjęciach z czasów wojennych możemy zaobserwować stosy lub pojedyncze ciała wywożone na takich środkach transportu. Pytaniem pozostaje, czy kobieta ta przeżyła czy jednak owe taczki okazały się łodzią Charona?

Choć obie kobiety znajdują się tuż obok siebie, to dzieli je jednak ściana głodu, zwątpienia, zapewne braku nadziei. Było to tylko jedno z wielu zdjęć pokazujących tragiczny los Somalijczyków. Kilka innych jest równie uderzających.

fot. James Nachtwey
Całość jest trochę dopełniana przez początkowe sceny filmu Black Hawk Down. 



Dzięki pomocy takich osób jak Nachtwey, organizacjom międzynarodowym udało się uratować setki tysięcy osób. Mimo wszystko przyjmuje się, że tylko w 1992 roku w całym kraju zmarło około 200 tysięcy Somalijczyków. Kraj ten do dziś pogrążony jest w chaosie. Najczęściej zajmuje pierwsze miejsce w rankingach państw o najtrudniejszych warunkach do życia. Co kilka lat wybucha w nim klęska głodu, która kończy się śmiercią dziesiątek, a nawet setek tysięcy osób. Obecnie Somalia zmaga się także z napływem sił islamskich, jak i również to właśnie ten kraj przoduje w piractwie morskim. 

Źródła:
http://100photos.time.com/photos/james-nachtwey-famine-in-somalia
https://www.worldpressphoto.org/collection/photo/1993/world-press-photo-year/james-nachtwey
https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojna_domowa_w_Somalii
https://pl.wikipedia.org/wiki/Somalia





niedziela, 1 lipca 2018

Żytnia - problem dzisiejszych czasów

Dziś postanowiłem zająć się nieco głębszym tematem, który ukazuje całkiem istotny problem obecnych czasów, jakim jest działanie w obszarze social media, reklamy. Wpis będzie w większości dotyczył przypadku ogromnej wpadki, jaką zaliczyła marka wódki Żytnia. 

fot. Krzysztof Raczkowiak/Żytnia Extra

W 2015 roku na profilu Żytniej Extra na Facebooku ukazała się grafika, która miała zdaniem autorów, promować dobrą zabawę. Widok czterech mężczyzn niosących kolegę, został opatrzony napisem ,,KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią” jak i również komentarzem „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina Żytniej?" Nie trzeba być historykiem, by zauważyć, że coś w kontekście dowcipu na tym zdjęciu nie gra. Szybko okazało się, że przedstawia ono jedną z ofiar stanu wojennego. Ale o tym w dalszej części tekstu. W ciągu krótkiej chwili w sieci rozpętała się prawdziwa burza, a sama marka wódki zaliczyła jedną z największych wpadek w historii polskiego marketingu. 

Oczywiście wpis szybko zniknął z oficjalnego profilu, jednak nic w sieci nie ginie. Firma Polmos, właściciel marki Żytnia Extra, wystosowała przeprosiny, jednocześnie zrzucając winę na toruńską agencję reklamową Project. To własnie ona w owym czasie była odpowiedzialną za promocję marki Żytnia Extra. Polmos natychmiast zerwał umowę z agencją. Ta z kolei również przeprosiła za zaistniałą sytuację, zwalając całą winę na niekompetencję pracownika. I tutaj przechodzimy do Marty S.

28-letnia Marta S. była odpowiedzialna za prowadzenie profilu Żytniej Extra na Facebooku. W krótkim streszczeniu, osoby pracujące w obrębie social media są odpowiedzialne między innymi za wrzucanie materiałów na profil, tworzenie ankiet, konkursów, komunikację z fanami, klientami marki. Nie jest to zbyt trudna praca, jednak wymaga swoistego wyczucia, jak i przestrzegania określonych reguł. Jedną z nich są prawa autorskie, a drugą dobry obyczaj. I tutaj na obu polach dziewczyna niestety dała ciała.

W tym miejscu przejdę do pierwszej sprawy, jaką są prawa autorskie. Młodsze pokolenie w wielu przypadkach przyzwyczajone jest do czegoś za darmo. Od wielu lat poprzez torrenty, inne kanały pobieramy filmy, muzykę, książki. W związku z tym nie zwraca się uwagi na prawa autorskie. Można to zauważyć choćby na wielu kanałach na YouTube, gdzie niektórzy polscy twórcy korzystają z utworów muzycznych bez pozwolenia. To samo tyczy się fotografii. Dopuszczalne jest tu jednak prawo cytatu, z którego sam również korzystam. Niestety w większości przypadków trudno jest dotrzeć do autorów zdjęć czy też właścicieli praw autorskich. Jednak dokładne oznaczenie autora, po części rozwiązuje moim zdaniem sprawę, tym bardziej, że mamy do czynienia z hobby, pasją, a nie chęcią zarobku.

W przypadku pracownicy agencji reklamowej, po prostu podczas poszukiwań wybrała ona interesujące dla niej zdjęcie, które pobrała z witryny Instytutu Pamięci Narodowej. Do komercyjnego użycia, jakim jest promocja alkoholu, wykorzystanie fotografii czy jej przerobienie wymaga zgody właściciela, którym okazał się być Krzysztof Raczkowiak. Według ekspertów jako fotografia reporterska z okresu PRL-u, nie podlegała ona ochronie prawa autorskiego, jednak autor ma pełne prawo do wytoczenia procesu w postępowaniu cywilnym, do czego zapewne doszło. 

Drugim ważnym elementem jest z pewnością analiza samych materiałów, które wrzucamy do sieci. Nie wiem czy jest to do końca prawda, ale z wyczytanych informacji wynika, że Marta S. jest absolwentką studiów historycznych! Podczas procesu wyznała, iż mało wie o tym okresie. Fakt, poziom nauczania o historii Polski po 1945 roku stoi na bardzo niskim poziomie, jednak nie dajmy się zwariować. Jak przyznałem na początku, większość z nas od razu skojarzy, że sytuacja na zdjęciu nie jest zabawna, a niesiony mężczyzna faktycznie może być ranny. Zasłanianie się brakiem wiedzy historycznej, nie jest tożsame z wyczuciem chwili, dobrym smakiem. Dziś niestety wiele osób idzie na łatwiznę - znajduje zdjęcie, grafikę, nie sprawdza autora, kontekstu zdjęcia i wykorzystuje je do nieadekwatnych celów. To tak, jakby producent zabawek czy jedzenia dla dzieci umieścił na opakowaniach uśmiechniętego chłopca, którym okazałby się mały Adolf Hitler czy Józef Stalin. Dziecko to dziecko, ale kontekst mimo wszystko niezbyt smaczny. Jeśli zajmujemy się publikacją memów na oficjalnych profilach firmowych, to musimy zdawać sobie sprawy, iż mogą one urosnąć do całkiem poważnego problemu. I tutaj przechodzimy do trzeciej sprawy, czyli agencji marketingowych.

W ostatnich latach zapanowała moda na zatrudnianie osób bez kompetencji na stanowiska w obszarze social media. Jest to dział, na którym agencja marketingowa może wyciągnąć całkiem dobre pieniądze. Jednak cena powinna iść w parze z jakością. Zdaje się, że mimo wszystko wiele dużych marek nie wyciąga wniosków z dotychczasowych wpadek rynkowych. W zeszłym roku mieliśmy blamaż lub zaplanowaną akcję Tigera z 1 sierpnia, a niedawno Patryk Jaki po skandalicznym zdjęciu Donalda Tuska wrzuconym po porażce Niemiec z Meksykiem, całą winę zrzucił na ,,osobę prowadzącą profil". Toruńska agencja reklamowa Project również całość winy zrzuciła na Martę S., zarzucając jej brak kompetencji. Jednak wiele to świadczy o samej agencji. W przypadku większych projektów, jakim z pewnością był Polmos, nad pracownikiem powinna znajdować się osoba, która zajmuje się akceptowaniem planowanych i publikowanych materiałów. Dzięki temu można mieć pewność, że każdy post zostanie przejrzany przez kogoś bardziej doświadczonego. Tutaj ewidentnie nikt nie sprawował kontroli nad młodym i zapewne początkującym pracownikiem. 

Agencja niezwykle szybko pozbyła się problemu, jakim była Marta S. To nie nasza wina, pracownica działała samodzielnie, bez naszej akceptacji, dlatego wina leży tylko po jej stronie. Jakie to proste! Za jednym razem Polmos i Project uniknęły winy, znajdując kozła ofiarnego. Skoro pozbywasz się z łatwością problemu, nie przyjmujesz odpowiedzialności, to niezbyt dobrze świadczy o tobie jako pracodawcy. Project zrzucił winę na pracownicę, która de facto nią nie była. Została zatrudniona na umowie śmieciowej, w związku z czym została obarczoną całą odpowiedzialnością cywilno-prawną.  Dziewczyna została pozostawiona sama sobie, co sprawiło, że cała agresja internetowa została skierowana właśnie na nią. Na całe szczęście pozostała Martą S., dzięki czemu uniknęła publicnzego linczu. Tymczasem jeden z mężczyzn obecnych na zdjęciu, wytoczył jej cywilny proces o zniesławienie, który zakończył się ugodą w wysokości 15 tysięcy złotych! Gdyby Marta S. została zatrudniona na umowę o pracę, konsekwencje jej czynów, zgodnie z Kodeksem Pracy, leżałyby po stronie agencji Project. Wiele firm zatrudnia jednak młode osoby na umowy śmieciowe, dlatego w przypadku pracy w reklamie, marketingu warto zdawać sobie sprawę z konsekwencji swoich działań. 

Nie wiem, jak zakończyła się cała historia, albowiem dziewczynie pozew cywilny miał wytoczyć również sam fotograf, przez co końcowy koszt głupoty, braku taktu i wiedzy może być większy niż owe 15 tysięcy.

fot. Krzysztof Raczkowiak

Jeśli dobrnęliście do tego momentu, to czas na tradycyjny wpis, jakim jest historia jednej fotografii. Tytułowe zdjęcie zostało wykonane przez Krzysztofa Raczkowiaka 31 sierpnia 1982 roku w Lubinie w rocznicę porozumień sierpniowych. W czasie odbywających się w mieście protestów, władza zdecydowała się na użycie siły i brutalne spacyfikowanie strajku. Od kul policji i ZOMO zginęły wtedy 3 osoby, a kilkadziesiąt zostało rannych. Wydarzenia te znane są jako zbrodnia lubińska. Śmierć ponieśli wtedy Michał Adamowicz, Andrzej Trajkowski i Mieczysław Poźniak. Tego dnia Krzysztof Raczkowiak udał się do miasta ze swym aparatem. Początkowo bał się jednak wykonywać zdjęcia, aby tłum nie wziął go za ubeka. Jednak podczas ucieczki ktoś krzyknął do niego ,,Panie, fotografuj pan to skurwysyństwo!" Raczkowiakowi udało się biec równolegle z mężczyznami widocznymi na zdjęciu. Chwilę wcześniej widział ich pochylających się nad śmiertelnie rannym Michałem Adamowiczem. Dopiero następnego dnia, po wywołaniu filmu zdał sobie sprawę z tego, że uwiecznił na zdjęciu zamordowanego człowieka. Jak to zwykle bywało, skazanych za użycie siły zostało jedynie trzech dowódców milicji. Sami mocodawcy oczywiście uniknęli kary. 

Źródła:
http://www.lubin82.pl/index.html
http://www.beskidzka24.pl/artykul,z_tragicznej_historii_zakpila_historyczka,39878.html
http://next.gazeta.pl/next/7,151003,19945693,ta-historia-pokazuje-dlaczego-umowy-smieciowe-moga-was-wiele.html#BoxBizImgB
https://bezprawnik.pl/mem-zytnia-ugoda-facebook/