piątek, 20 stycznia 2017

Radosław Sikorski - Prochy Świętych

Praktycznie każda wojna kończy się cierpieniem ludności cywilnej. Śmierć, rany, konieczność ucieczki z domu to prawdziwy obraz wielu konfliktów. Jeden z nich zrelacjonowany został przez Radosława Sikorskiego, którego zdjęcie prezentuje ofiary afgańskiej wojny. 


fot. Radosław Sikorski 


Mało kto dziś wie, że Radosław Sikorski w latach 80. był wolnym dziennikarzem pracującym dla kilku brytyjskich redakcji. W 1986 roku wyruszył do Afganistanu jako nieoficjalny korespondent The Sunday Telegraph, Observera oraz BBC. Obok sprzętu oraz środków na wyprawę, nie otrzymał z Wielkiej Brytanii żadnego zabezpieczenia na wypadek schwytania przez Sowietów. Gdyby tak się stało, mógł zostać co najmniej posądzony o szpiegostwo. W przeciwieństwie do wielu zachodnich dziennikarzy czy całych redakcji nie uważał Afganistanu za sprawę już przegraną. Dzięki temu znalazł się w tym kraju w przełomowym momencie wojny. 

Jego wyprawa miała kilka celów. Przede wszystkim chciał ustalić losy niezwykle istotnych zabytków Heratu, a także poznać prawdę o miejscowym powstaniu z 1979 roku. Ponadto agencja Afghan Aid poprosiła go o zebranie informacji o lokalnej ludności cywilnej, zwłaszcza rolnikach. Kilkumiesięczny pobyt w tym kraju obfitował w spotkania z bojownikami, cywilami, przemytnikami, najważniejszymi postaciami dla ruchu oporu. Jako mister Rahim wielokrotnie był świadkiem walk, bombardowań. Zdarzało mu się przemykać pod lufami czołgów i patrolujących żołnierzy. Od mudżahedinów otrzymał nawet AK-47, ale na szczęście nie dane mu było go użyć w razie obrony. Swe przygody i liczne, nader trafne spostrzeżenia zawarł w bardzo dobrej książce: Prochy świętych. Afganistan czas wojny. Warto ją przeczytać, aby bliżej zapoznać się z genezą i charakterystyką radzieckiej interwencji oraz wojny w Afganistanie. Jest to także kawał porządnej pracy reporterskiej. 

Była to wojna, podczas której najwięcej cierpiała ludność cywilna. Sowieckie dowództwo stosując prawo odpowiedzialności zbiorowej, często bez przyczyny bombardowało afgańskie miasteczka i wioski lub pod zwykłym pretekstem przebywania w nich wojowników. Kończyło się to najczęściej tragicznie, gdyż nawet głębokie piwnice nie mogły chronić przed silnymi bombami i pociskami. Taka sytuacja przydarzyła się rodzinie na zaprezentowanym zdjęciu. 

Pewnego dnia Sikorski był świadkiem nalotu kilku radzieckich myśliwców. Ich celem nie była jednak wioska, w której aktualnie przebywał, lecz znajdująca się kilka kilometrów dalej Koszk-e Serwan. Kiedy dotarł na miejsce, wydobyto spod gruzów ponad 30 ciał, a nadal nie doliczono się przeszło 40 mieszkańców. Problemem był fakt, iż większość osób chowała się w piwnicach lub specjalnie drążonych tunelach. Gdy co najmniej ćwierć lub półtonowa bomba eksplodowała nad ich głowami, znajdowali się na ogół w śmiertelnej pułapce. Tak reporter relacjonował te wydarzenia:

Poszedłem do sąsiedniego domu. Mieszkańcy przekopywali resztki piwnic, wznosząc chmury kurzu (...) Oczom zebranych ukazał się niebywały widok: w piwnicznej niszy pod łukiem sklepienia, które jakimś cudem ocalało, siedziała z dwójką małych dzieci przy boku zawoalowana kobieta. Ręce wznosili ku górze, jakby za chwilę mieli się wydostać z gruzowiska i podziękować wszystkim za uratowanie. Jedno z dzieci uśmiechało się. Nie ruszali się. Ubrania dzieci, ich twarze, skóra obnażonych ramion były blade, wręcz białe, jakby oprószone mąką; dzieci nie miały żadnych obrażeń. Nie było śladu krwi - ale byli martwi. 
                                                                                            R. SikorskiProchy Świętych, Warszawa 2007, s. 192.

Była to tylko jedna z rodzin, które tego dnia straciły życie. Wyglądają oni bardziej jak postaci żywcem przeniesione z antycznych Pompei niż świeże ofiary radzieckiego nalotu. 

Trudno jest do dziś oszacować, jak wiele osób zginęło w wyniku działań wojennych czy późniejszych wybuchów min, których miliony zostały pozostawione przez komunistów. Punktem zwrotnym w czasie wojny, o którym wspomina także autor, było dostarczenie przez USA bojownikom wyrzutni i pocisków Stinger. Od tego momentu Sowieci przestali całkowicie dominować w powietrzu. Wojna w Afganistanie okazała się dla nich porażką jak i jedną z przyczyn rozpadu Imperium. 

Radosław Sikorski w swej książce porusza także ważny aspekt, o którym często pisałem, czyli powinność reporterską:

Patrząc przez obiektyw mego aparatu na zmarłych i umierających, czułem się jak impertynencki podglądacz. Nie ma bardziej intymnego momentu niż śmierć, ale odchodzący nie może nic uczynić, by uniknąć spojrzeń ciekawskich (...) Czułem, że powinienem uczcić zmarłych i cierpiących pełną szacunku ciszą, zmusiłem się jednak do fotografowania. zrobienie i pokazanie zdjęcia było jedynym sposobem na to, by ich los nabrał znaczenia dla reszty świata. 
                                                                                     R. Sikorski, Prochy Świętych, Warszawa 2007, s. 194-195.

W 1988 roku Radosław Sikorski za swe zdjęcie z Afganistanu został nagrodzony w konkursie World Press Photo. 

Na koniec chciałbym podziękować panu Radosławowi Sikorskiemu za zgodę na publikację zdjęcia oraz fragmentów z książki. 

Źródła:
R. Sikorski, Prochy Świętych, Afganistan czas wojny, A.M.F Plus, Warszawa 2007. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz